饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 10 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:16184 字 更新时间:2026-6-22 23:19

przechowywane w bezpiecznym miejscu. – Urwał na moment. – Chce pan, żebym otworzył?

– Dwa zamki – jeden dostępny z zewnątrz, drugi tylko od wewnątrz. Oba, moim zdaniem, zainstalowane całkiem niedawno. Czego tak się boi pański pracodawca? – spytałem.

– Pan Lavelle nie dyskutuje ze mną o swoich sprawach – wycedził Clayton. – Napatrzył się pan?

Odniosłem wrażenie, że impertynencja lokaja to nie przypadek. Może i miał już w swym dawnym życiu do czynienia z Athelneyem Jonesem, ale mnie nie obawiał się w najmniejszym stopniu.

– Czy widziałem dość czy nie, to wyłącznie moja sprawa – odparowałem, ale w duchu

musiałem przyznać mu rację: nie było powodu sterczeć dłużej przy tej furtce.

Wróciliśmy do kuchni. I tym razem przekroczyłem próg jako pierwszy. Starsza pani

i kuchenny kontynuowali swą pracę, jakby zdążyli już zapomnieć o naszej wizycie. Thomas nadal siedział w spiżarni, a kucharka dołączyła do niego, zajęta segregowaniem cebuli – brała do ręki po jednej, w skupieniu, jakby spodziewała się, że któraś może być podróbką. Gdy Jones w końcu dołączył do mnie, lokaj starannie zamknął drzwi i odłożył klucz na miejsce. Jedno było dla mnie jasne: nie mieliśmy sobie już nic do powiedzenia. Może i należało domagać się pozwolenia na przeszukanie całego domu, może rzekomy goniec jednak się gdzieś ukrył, ale czy rzeczywiście mieliśmy szansę go znaleźć? Budynek był spory i z pewnością znalazłoby się w nim sto świetnych schowków, a może i pomieszczenia ukryte gdzieś za boazerią. Jones skinął

głową Claytonowi i wyszliśmy.

– Nie sądzę, żeby chłopak wszedł do tego domu – powiedziałem, gdy znowu znaleźliśmy się na ulicy, przed frontową bramą.

– A to dlaczego?

– Przyjrzałem się dobrze ziemi wokół tylnej furtki. Nie znalazłem żadnych śladów stóp, czy to dorosłego, czy dziecka. A przecież z zewnątrz nie mógł otworzyć bramki zabezpieczonej od środka żelazną sztabą.

– I ja nie widziałem tropów, Chase. Zgadzam się, że dowody wskazują na to, iż chłopak żadnym sposobem nie mógł się dostać do środka – chyba że zasuwa była otwarta, bo

spodziewano się jego powrotu. Pomyśl jednak i o tym: śledziłem go, a on nieświadomie doprowadził mnie wprost do domu Scotchy’ego Lavelle’a, człowieka, którego znasz jako wspólnika Clarence’a Devereux. Albo więc wszedł do tego budynku, albo sam Devereux mieszka gdzieś bardzo blisko. Jak mówiłem, nie jest możliwe, by udał się gdzieś indziej. Kiedy zaś dowody prowadzą nas tylko do jednego wniosku, to choćby był on najbardziej zdumiewający, nie wolno nam zignorować jego prawdziwości. Dlatego wierzę, że chłopak wszedł do tego domu i prawdopodobnie wciąż tam przebywa.

– Co więc możemy uczynić?

– Trzeba nam udać się do zwierzchności i wrócić tu z nakazem drobiazgowego przeszukania domu.

– Jeśli chłopak wie, że go szukamy, ulotni się.

– Być może, ale ja nie mniej chętnie porozmawiałbym z kobietą Lavelle’a – Henriettą, czy jak jej było? Możliwe, że policja wzbudzi w niej większy strach niż w nim. Co się zaś tyczy Claytona, to być może w tej chwili jeszcze boi się odezwać, ale wiem, jak mu przemówić do rozumu. Zaufaj mi, Chase, znajdziemy w tym domu coś, co pozwoli nam zrobić kolejny krok w stronę celu.

– W stronę Clarence’a Devereux!

– Otóż to. Jeśli ci dwaj utrzymują ze sobą kontakt – a nie wątpię, że tak jest – to znajdziemy ogniwo, które ich łączy.

Istotnie, powróciliśmy w to miejsce następnego dnia, ale nie po to, by dokonać przeszukania, o którym mówił Jones. Zanim bowiem słońce wzeszło na nowo nad Highgate Hill, rezydencja Bladeston House stała się sceną zbrodni nadzwyczaj okrutnej i absolutnie zadziwiającej.

7

Krew i cienie

R ankiem ciała odnalazła pokojówka, a jej krzyki obudziły sąsiadów. Wbrew temu, co usłyszeliśmy od jej pracodawcy, panna Mary Stagg nie mieszkała w Bladeston House i z tej prostej przyczyny jej życie nie dobiegło końca owej feralnej nocy. Mary dzieliła ze swą siostrą –

również służącą – mały domek w Highgate Village, który odziedziczyły po rodzicach. Nie było jej u Lavelle’a podczas naszej wizyty, bo miała wolny dzień i wybrała się z siostrą na zakupy.

Zjawiła się dopiero rano, o wschodzie słońca, żeby wymieść popiół z kominków i pomóc w szykowaniu śniadania. Ze zdumieniem stwierdziła, że otwarte są frontowa brama i frontowe drzwi domu. Tak niecodzienne zaniedbanie środków ostrożności powinno było dać jej do myślenia, lecz mimo zdziwienia weszła dalej, pogwizdując wesoło. I wtedy zobaczyła upiorną scenę, którą miała pamiętać aż po kres swoich dni.

Nawet ja czułem, że będę musiał zebrać wszystkie siły, gdy wyskakiwałem z kaleszy, którą po mnie przysłano. Athelney Jones czekał na mnie u drzwi. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na jego pobladłą i wykrzywioną grymasem niesmaku twarz, by zrozumieć, że oto wkraczam na miejsce zbrodni tak nieludzkiej, że nawet on, człowiek niezwykle doświadczony w policyjnej robocie, nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego.

– Jakież to wężowisko odkryliśmy, Chase? – spytał, gdy się zbliżałem. – I pomyśleć, że byliśmy tu ledwie wczoraj. Sądzisz, że składając wizytę, nieświadomie staliśmy się powodem tej rzezi?

– Lavelle...? – spytałem.

– Wszyscy! Także Clayton, rudy chłopak, kucharka, metresa Lavelle’a... Wszyscy zostali zamordowani.

– Jak?

– Sam zobaczysz. Czworo zginęło we własnych łóżkach – może powinni dziękować losowi, bo Lavelle... – Jones odetchnął głęboko. – Jest równie strasznie jak w Swallow Gardens czy przy Pinchin Street. Okropna sprawa, najgorsza z najgorszych.

Razem weszliśmy do domu. Zastaliśmy tam siedmiu, może ośmiu funkcjonariuszy policji, snujących się po ciemnych kątach tak wolno i cicho, jakby nie marzyli o niczym innym, jak tylko o tym, by stąd zniknąć. Hol, który poprzedniego dnia wydawał mi się mroczny, teraz przygnębiał

mnie jeszcze bardziej, zwłaszcza że w powietrzu unosiła się woń, którą znałem dotąd jedynie z rzeźnickich sklepów. Po chwili spostrzegłem też niepokojąco liczną gromadę much. Na podłodze przed sobą miałem kałużę gęstej cieczy podobnej do smoły.

– Dobry Boże! – zawołałem, przyciskając dłoń do oczu. Zasłoniłem je jednak tylko

w połowie, bo nie mogłem się powstrzymać od patrzenia na to, co tak mnie wzburzyło.

Scotchy Lavelle siedział na jednym z ciężkich drewnianych krzeseł, które pamiętałem z naszej pierwszej wizyty. Ubranego w jedwabną koszulę nocną sięgającą kostek, posadzono go celowo w taki sposób, by mógł patrzeć na siebie w lustrze. Ktokolwiek to zrobił, chciał, by ofiara dobrze widziała, co się z nią dzieje.

Lavelle nie został przywiązany do krzesła – został doń przybity. Chropowate, kwadratowe łby gwoździ sterczały z jego zmasakrowanych dłoni, których zastygłe palce wciąż zaciskały się na podłokietnikach. Młotek, którego użyto do tej budzącej grozę operacji, leżał opodal kominka, podobnie jak przewrócona na bok chińska waza. Tuż obok wypatrzyłem dwie jasne wstążki, zapewne przyniesione z sypialni, a teraz porzucone na podłodze.

Gardło Scotchy’ego Lavelle’a zostało poderżnięte w sposób tak okrutny, a zarazem

mistrzowski, że nie mogłem nie pomyśleć o Perrym i o nożu chirurgicznym, którym z taką lubością groził mi w Café Royal. Zastanawiałem się, czy i Jones wnioskował podobnie. Tej ohydnej zbrodni mogło się dopuścić dziecko... Choć z pewnością nie działało samotnie. Potrzeba było co najmniej dwóch mężczyzn, by zawlec Lavelle’a w to miejsce. Ale co się wtedy działo z pozostałymi domownikami?

– Zginęli we śnie – rzekł cicho Jones, jakby czytał w moich myślach. – Kucharka, kuchenny i kobieta, która być może nosiła imię Henrietta. Ani śladu oporu, walki. Clayton spał w piwnicy; pchnięto go prosto w serce.

– I nikt się nie obudził? – spytałem. – Nikt nic nie usłyszał?

– Sądzę, że zostali odurzeni.

Zanim przetrawiłem te słowa, wiedziałem, że Jones mnie wyprzedził.

– Curry! – wykrzyknąłem. – Pamięta pan, Jones? Pytałem tę kobietę, co gotuje, mówiła, że to na kolację. Widocznie wszyscy jedli to samo, więc ten, kto tu przyszedł, musiał tylko... Bez trudu wrzucił do garnka jakiś mocny narkotyk, może sproszkowane opium. Curry jest aromatyczne, trudno wyczuć obcy smak.

– To jednak oznacza, że ktokolwiek to był, musiał najpierw dostać się do kuchni – powiedział

Jones.

– Powinniśmy przyjrzeć się drzwiom.

Okrążyliśmy trupa szerokim łukiem, ostrożnie stawiając kroki, bo w półmroku trudno było odróżnić plamy cienia od plam krwi. Odetchnęliśmy swobodniej dopiero w kuchni. Znowu miałem przed sobą nieskazitelnie czysty piecyk, wykafelkowaną podłogę i otwarte drzwi spiżarni, a w niej półki pełne schludnie poukładanych produktów. A pośrodku tego wszystkiego stał ciemny i pusty garnek po curry, niczym sekretny dowód winy. Na krześle siedziała skulona pokojówka i szlochała, kryjąc twarz w fartuchu, pilnowana przez umundurowanego konstabla policji.

– Niedobrze – mruknąłem. – Bardzo niedobrze.

– Ale kto mógł zrobić coś takiego i po co? Oto najważniejsze pytanie naszego śledztwa. –

Zauważyłem, że Jones, wytrącony z równowagi przez makabryczną zbrodnię, z trudem, ale jednak odzyskuje spokój, który wydał mi się bodaj najbardziej istotną częścią jego natury, gdy się poznaliśmy w Meiringen. – Wiemy, że Scott Lavelle – a raczej Scotchy Lavelle – był członkiem gangu Clarence’a Devereux.

– Co do tego nie mam żadnych wątpliwości – odrzekłem.

– Aranżuje spotkanie z profesorem Jamesem Moriartym i w tej właśnie sprawie posyła

chłopca, Perry’ego, do Café Royal. Człowiek podający się za Moriarty’ego pojawia się w umówionym miejscu, ale zostaje zdemaskowany. Chłopiec odkrywa podstęp dzięki...

– Dzięki krukom na wieży.

– Na tym sprawa się kończy. Chłopak rusza w daleką drogę do Highgate i melduje się

u ludzi, którzy go posłali. Spotkania nie będzie, możliwe, że Moriarty jednak zginął. Do takiego wniosku dochodzą ci, których szukamy.

– I wtedy pojawiamy się my.

– Tak, detektywi z dwóch krajów. Wiemy co nieco o chłopcu i zadajemy pytania, ale prawdę mówiąc, Chase, niewiele z tego wynika. Wyobrażam sobie, że Lavelle musiał uśmiechać się promiennie, kiedy wyszliśmy.

– Za to teraz nie jest mu za wesoło – odparłem i mimo woli wróciłem myślą do wielkiej krwawej rany na jego gardle. W gruncie rzeczy i ona wyglądała jak demoniczny uśmiech.

– Dlaczego został zamordowany? Dlaczego właśnie teraz? Nie wiemy, lecz oto mamy przed

sobą pierwszy trop, pierwszą wskazówkę: drzwi już nie są zamknięte.

Athelney Jones miał rację. Drzwi z kuchni do ogrodu, które Clayton otwierał i zamykał

w naszej obecności, posługując się kluczem wziętym z wieszaka na bocznej ścianie komody, istotnie nie były już zamknięte. Jones przekręcił gałkę, a ja, wdzięczny za łyk świeżego powietrza, podążyłem za nim na krzywo ostrzyżony trawnik i ścieżkę, którą kroczyliśmy ledwie dzień wcześniej.

Doszliśmy aż do muru, by się przekonać, że i tylna furtka jest otwarta. Zamek Chubba otwarto od zewnątrz, a następnie wycięto okrągły otwór w drewnie, dokładnie w miejscu, w którym znajdował się drugi, wewnętrzny zamek. On także został przecięty, a wtedy

odblokowanie zasuwy nie stanowiło już problemu. Jones przyjrzał się uważnie śladom włamania.

– Chubb nieuszkodzony – zameldował po chwili. – Jeśli otwarto go wytrychem, to intruz musi posiadać umiejętności dalece wykraczające poza to, czego można by się spodziewać po zwykłym złodzieju ogrodowym. Zatem wszedł tu nie byle kto. Możliwe wszakże jest i to, że sprawca posiadał duplikat klucza. To się jeszcze okaże. Drugi zamek, ten od zasuwy, to dopiero ciekawa sprawa... Musieli wyciąć dziurę w desce, używając otwornicy z grotem pośrodku i dwoma, może trzema ostrzami na obwodzie. Takie narzędzie nie hałasuje zbytnio. Ale spójrz tylko, gdzie je umieścili!

– Otwór jest dokładnie na wysokości zamka – zauważyłem.

– Właśnie. Wymierzyli co do cala. A potem użyli wiertła, żeby przebić obudowę zamka, odsłonić mechanizm. To profesjonalna robota, ale nie skończyłaby się sukcesem, gdyby intruzi nie mieli okazji stanąć wcześniej tu, gdzie my teraz stoimy, i precyzyjnie ustalić pozycji drugiego zamka.

– Może więc ktoś z domowników był ich wspólnikiem.

– Nikt z domowników nie przeżył, Chase. Ocalała tylko ta pokojówka... Jestem raczej skłonny wierzyć, że intruzi działali samodzielnie.

– Wciąż używa pan liczby mnogiej, inspektorze Jones. Jest pan pewny, że to robota więcej niż jednego człowieka?

– Najzupełniej. A tu mamy ślady. – To rzekłszy, wskazał mi miejsce końcem laski, ja zaś, pochyliwszy się, dostrzegłem dwa tropy biegnące obok siebie, od muru aż do tylnych drzwi domu. – Mężczyzna i chłopiec – ciągnął Jones. – Chłopiec, jak widać, całkiem beztroski; szedł

sobie w podskokach. Mężczyzna zostawił głębsze ślady. Ma co najmniej sześć stóp wzrostu i nosi dość osobliwe buty. Widzisz ten kanciasty zarys pod palcami? Szedł niespiesznie, a chłopak puścił się przodem.

– Co znaczy, że już tu był.

– Istotnie, żwawy krok sugeruje nam, że znał otoczenie. Zauważ coś jeszcze: wybrał prostą, najkrótszą drogę do kuchni. Co więcej, choć mieliśmy księżycową noc, o ile się nie mylę, wcale się nie bał, że zostanie zauważony.

– Bo wiedział, że wszyscy śpią.

– Śpią głębokim snem odurzonych. Nadal nie wiemy, w jaki sposób dostał się do domu, ale przypuszczam, że wspiął się po rurze spustowej i wszedł oknem na piętrze. – Athelney Jones rozłożył lornetkę ukrytą w rączce laski i spojrzał przez nią w górę, na wyższą kondygnację budynku. Rzeczywiście, obok kuchennych drzwi biegła w górę wąska rura, która w żadnym razie nie utrzymałaby ciężaru dorosłego człowieka – być może dlatego Lavelle nawet nie

przypuszczał, że z tej strony grozi mu niebezpieczeństwo. Jednakże z dzieckiem sprawa przedstawiała się zgoła inaczej i gdyby tylko potrafiło wspiąć się na piętro...

– Okna zamknięte na klamkę – powiedział Jones. – Łatwo byłoby wsunąć nóż w szczelinę i przesunąć zapadkę, a następnie zejść schodami na parter, żeby wpuścić kompana do kuchni.

– Chłopiec, o którym mówimy... to zapewne ten sam – zauważyłem.

– Perry? Niewątpliwie. – Athelney Jones oparł się na lasce. – W normalnych warunkach nie łączyłbym dziecka z tak ponurymi zbrodniami, ale widziałem, do czego ten chłopiec jest zdolny.

Widziałem broń, którą ci groził. On tu był, Chase. Szedłem jego tropem. Wszedł z ogrodu kuchennymi drzwiami i zobaczył garnek z curry – pewnie wtedy poczynił przygotowania; zamierzał wrócić nocą, z kolegą. Pozostaje wszak jedno pytanie: Dlaczego Lavelle nas okłamał?

Dlaczego wszyscy udawali, że chłopca tu nie było? Sami wysłali go na spotkanie z nami; nie mógł przecież pojawić się w Café Royal z innego powodu. Kiedy jednak wrócił, całkiem sam, co się mogło wydarzyć?

– I dlaczego, skoro pracował dla Lavelle’a, zwrócił się przeciwko swemu panu i pomógł

wyprawić go na tamten świat?

– Miałem nadzieję, że ty mi to wyjaśnisz. Pracujesz przecież w Ameryce...

– Mogę jedynie powtórzyć to, co już mówiłem, inspektorze: amerykańskiego bandytę

cechuje obojętność, brak poczucia lojalności. Zanim na scenie pojawił się Clarence Devereux, pracował samotnie, bez organizacji, bez struktury. Lecz i gdy to się zmieniło, pozostał okrutny, zdradliwy i nieprzewidywalny. W Nowym Jorku zbrodnie tak ohydne, tak niepojęte jak ta, są na porządku dziennym. Zdarza się, że bracia kłócą się o coś tak błahego, jak rzut monetą, i jeden z nich ginie – a czasem obaj. Podobnie bywa z siostrami. Rozumie pan teraz? Próbowałem pana ostrzec. Wydarzenia w Bladeston House to zaledwie początek, pierwszy sygnał ostrzegawczy: trucizna już się dostała do krwiobiegu pańskiego kraju. Możliwe, że odpowiedzialny za to jest właśnie Devereux. Możliwe, że to nasza wizyta – o której, nie wątpię, dowiedział się błyskawicznie – przekonała go, że najwyższy czas uciszyć Lavelle’a na zawsze. Nie wiem, ale na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Obawiam się jednak, że zanim dotrzemy do prawdy, krew poleje się jeszcze wielokrotnie.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页