饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 11 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15373 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Nie mieliśmy już czego szukać w ogrodzie. Niechętnie wróciliśmy do kostnicy, która jeszcze dzień wcześniej była zwykłym domem. Jedyna osoba, która uniknęła śmierci, Mary Stagg, wciąż siedziała w kuchni, ale niewiele mogła nam powiedzieć.

– Kiedyś pracowałam dla państwa Bladeston – wyjaśniła, nie przestając szlochać. – I muszę wyznać panom całkiem szczerze, że byłam wtedy o wiele szczęśliwsza. To była porządna rodzina. Przy niej człowiek wiedział, na czym stoi. Niestety, umarł pan Bladeston i oznajmiono mi, że z początkiem roku dom zostanie wynajęty, a wdowa Bladeston przekonała mnie, żebym tu została. Mówiła, że tym sposobem mogę jej pomóc, że będzie spokojna, powierzając mi opiekę nad domem. Ten dżentelmen z Ameryki nie podobał mi się już od pierwszej chwili. Miał

wybuchowy temperament, a gdyby panowie jeszcze usłyszeli, jakich słów czasem używał!

Prawdziwy dżentelmen nigdy by się nie odezwał w taki sposób. Jako pierwsza odeszła kucharka, ani myślała znosić jego humory. Potem i pan Sykes miał dość, a na jego miejsce przyjęto pana Claytona, którego jakoś też zbytnio nie polubiłam. Mówiłam już nawet Annie – to moja siostra, sir – że myślę o złożeniu wypowiedzenia. A tu coś takiego!

– Czy drzwi do ogrodu zawsze były zamknięte na klucz? – spytał Jones, gdy pokojówka nieco ochłonęła.

– Zawsze, proszę pana. Podobnie jak wszystkie bramki i wszystkie okna. Pan Lavelle od samego początku surowo tego wymagał. Musieliśmy wszystko zamykać, a klucze przechowywać w ściśle określonym miejscu. Nikt jednak nie pukał do naszych drzwi, nigdy nie przyszedł nawet goniec z przesyłką; jeśli zaś nasz pan spodziewał się wizyty, to pan Clayton czuwał u progu.

Dawniej, za czasów pana Bladestona, mieliśmy tu i uroczyste kolacje, i przyjęcia... To był

szczęśliwy dom. A pan Lavelle w ledwie kilka miesięcy zmienił go w coś w rodzaju więzienia, a siebie samego – w głównego więźnia, bo i on rzadko opuszczał te mury.

– A pani Lavelle? Miała pani z nią do czynienia?

Pokojówka skrzywiła się mimowolnie i choć bardzo się starała panować nad sobą, nie umiała ukryć niesmaku na samą myśl o tej kobiecie. Zrozumiałem w tym momencie, jak trudna musiała być dla niej służba u Scotchy’ego i jego świty.

– Pan wybaczy, ale ja nawet nie wiem, czy to aby na pewno była pani Lavelle. Mówiliśmy do niej „proszę pani” i co prawda, to prawda – zachowywała się jak na wielką panią przystało. Nic się jej nigdy nie podobało. Ale też zawsze robiła to, co jej przykazał pan Lavelle, i nigdy nie wyszła z domu, nie spytawszy go o pozwolenie.

– Zdarzali się goście?

– Od czasu do czasu przychodzili dwaj dżentelmeni, ale widywałam ich tylko przelotnie.

Obaj wysocy, dobrze zbudowani, o ciemnych włosach. Jeden nosił wąsy i właściwie tylko tym się różnili; byli jak dwie krople wody. Niewątpliwie bracia.

– Leland i Edgar Mortlake – wymamrotałem.

– A czy słyszała pani o człowieku nazwiskiem Devereux, Clarence Devereux? – spytał Jones.

– Nie, proszę pana, ale był jeszcze ktoś, kto nigdy się tu nie pojawił, ale wciąż o nim rozmawiali, zawsze półgłosem. Raz usłyszałam jego nazwisko i wbiło mi się w pamięć. –

Pokojówka umilkła, machinalnie skręcając w palcach mokrą od łez chusteczkę. – Właśnie przechodziłam obok gabinetu, gdy pan Lavelle rozmawiał z panem Claytonem... a przynajmniej zdawało mi się, że z nim. Nie widziałam twarzy, a podsłuchiwać nie wypada. Dyskutowali z ożywieniem i właśnie wtedy usłyszałam te słowa: „Musimy być zawsze gotowi na to, że zjawi się Moriarty”. To powiedział pan Lavelle. Właściwie to nie wiem, dlaczego zrobiło to na mnie takie wrażenie. Pan Clayton przez to stroił sobie ze mnie żarty. „Nie rób tak, Mary”, powiedział

mi raz, gdy zostawiłam otwarte drzwi, „bo dopadnie cię profesor Moriarty”. Okropne nazwisko.

Czasem, gdy nie mogłam zasnąć, pamięć mi je podsuwała i okropne myśli zaczynały mi się kłębić w głowie. Mam wrażenie, że cały dom czuł strach przed tym Moriartym... Może i nie bez powodu, bo sami panowie widzą, jak to wszystko się skończyło!

Mary Stagg nie mogła nam powiedzieć nic więcej. Ostrzegliśmy ją, by nie rozpowiadała nikomu o tym, co zaszło w Bladeston House, a potem Athelney Jones odesłał ją do domu w asyście konstabla. Poczciwa dziewczyna nie mogła się doczekać, kiedy opuści te mury; wątpiłem, czy zamierzała tu jeszcze wrócić.

– Czy to może być sprawka Moriarty’ego? – spytałem.

– Moriarty nie żyje.

– Ale mógł mieć wspólników, kolegów w przestępczym rzemiośle, członków gangu. Widział

pan przecież, w jaki sposób zginął Lavelle, inspektorze Jones. Moim zdaniem to ni mniej, ni więcej, tylko wiadomość spisana krwią, być może ostrzeżenie.

Jones zamyślił się.

– Mówiłeś, że Moriarty i Devereux zamierzali się spotkać, żeby stworzyć przestępczy związek...

– Zgadza się.

– Do spotkania jednak nie doszło, o czym wiemy dzięki zaszyfrowanej wiadomości, którą znaleźliśmy w Meiringen. Możemy więc przyjąć, że nie łączyły ich jeszcze interesy, zatem dlaczego mieliby życzyć sobie nawzajem śmierci?

– Może Devereux miał coś wspólnego z tym, co się wydarzyło przy wodospadzie

Reichenbach.

Jones ze znużeniem pokręcił głową.

– W tej chwili nie widzę w tej sprawie krzty sensu. Potrzeba mi czasu; muszę się zastanowić, oczyścić umysł. Tutaj jednak tego nie zrobię. Zajmijmy się na razie przeszukaniem domu,

zobaczmy, co w sobie kryje – może znajdziemy jakieś sekretne pomieszczenia?

Zabraliśmy się więc do pracy, wyjątkowo nieprzyjemnej, jako że czuliśmy się tak, jakbyśmy badali grobowiec – niemal za każdymi drzwiami znajdowaliśmy nieboszczyka. Pierwszym był

kuchenny imieniem Thomas, który zamknął oczy po raz ostatni w prawie nieumeblowanej izdebce przylegającej do spiżarni. Widok młodzieńca o bosych stopach, leżącego na prześcieradle w tym samym ubraniu, w którym przez cały dzień pracował, wywarł na Jonesie głębokie wrażenie – być może przypomniał mu tym, że sam ma dziecko, ledwie o kilka lat młodsze.

Thomas został uduszony; wokół jego szyi wciąż zaciśnięty był sznur. Sześć stopni wiodło w dół, do piwnicy, w której mieszkał i umarł Clayton. Nóż do krojenia mięsa, zapewne pożyczony z kuchni, tkwił w jego sercu; ciało było przygwożdżone do posłania niczym owad

w laboratorium. Z ciężkim sercem wspięliśmy się na poddasze, gdzie zginęła kucharka – teraz już wiedzieliśmy, że nosiła nazwisko Winters – o twarzy równie posępnej za życia, jak i po śmierci. Ją także uduszono.

– Dlaczego wszyscy oni musieli umrzeć? – spytałem. – Zgoda, pracowali dla Lavelle’a, ale przecież nie byli niczemu winni.

– Napastnicy nie mogli ryzykować, że któryś z domowników się obudzi – odparł cicho

Jones. – Gdyby zginął jedynie Lavelle, jego słudzy nie baliby się zeznawać, nawet jeśli niewiele wiedzieli. Likwidując ich, mordercy odebrali im tę możliwość.

– Chłopak i kobieta zostali uduszeni, dlaczego więc Claytona pchnięto nożem?

– Był najsilniejszy i choć tak jak pozostali został odurzony, istniało spore ryzyko, że się obudzi. Zabójcy woleli je wyeliminować.

Odwróciłem się. Miałem już dość tych widoków.

– Dokąd teraz? – spytałem.

– Do sypialni.

Kobieta o ognistych włosach, którą Lavelle nazywał „Hen”, leżała na plecach, na materacu wypchanym gęsim pierzem, ubrana w koszulę nocną z różowego batystu, marszczonego wokół

szyi i na rękawach. Wydawało się, że śmierć dodała jej dziesięć lat. Lewa ręka sięgała ku drugiej połówce łóżka, jakby ofiara oczekiwała pomocy od człowieka, który z nią sypiał.

– Została uduszona – powiedział Jones.

– Skąd pan wie?

– Widzę ślady szminki na poduszce, narzędziu zbrodni. Zauważ też otarcia wokół nosa i ust, gdzie ją dociśnięto.

– Dobry Boże w niebiosach – wyszeptałem. Spojrzałem na puste miejsce, z którego ktoś zerwał kołdrę. – A co z Lavelle’em?

– To przez niego stało się to, co się stało.

Pospieszne przeszukanie sypialni prawie nic nam nie dało. Hen najwyraźniej lubiła tandetną biżuterię i drogie suknie; jedwabie i tafty ledwie mieściły się w szafach. W łazience znalazłem więcej perfum i kosmetyków niż w salonie Lorda i Taylora na Broadwayu, o czym zaraz poinformowałem Jonesa. Tak naprawdę jednak próbowaliśmy odwlec w czasie to, co było nieuniknione. W końcu, jeszcze bardziej przygnębieni, ruszyliśmy schodami w dół.

Scotchy Lavelle, rzecz jasna, wciąż na nas czekał, a wokół niego kręciło się paru osowiałych policjantów, marzących głównie o tym, by znaleźć się gdziekolwiek indziej. Bez słowa przyglądałem się pracy Jonesa, który przystanął w pewnej odległości i nachylił się ku trupowi, wsparty na lasce. Pamiętałem dobrze gniew i wrogość, którymi powitano nas w tym domu poprzedniego dnia. „Żeby węszyć w moim domu?”, powiedział. Może gdyby był bardziej

skłonny do współpracy, zdołałby oszukać przeznaczenie?

– Sprowadzono go tu na wpół przytomnego – oznajmił Jones. – Widzę wiele śladów,

z których możemy wywnioskować, co się tu wydarzyło. Na początek przyniesiono tu krzesło i przywiązano doń Lavelle’a.

– Wstążki!

– Nie widzę innego powodu, dla którego miałyby się tu znaleźć. Zabójcy musieli zabrać je z sypialni, doskonale wiedząc, do czego będą potrzebne. Przywiązali Lavelle’a do krzesła, a gdy byli pewni, że wszystko gotowe, ocucili go, polewając wodą. Niełatwo to dostrzec, gdy wszędzie pełno krwi, ale kołnierz i rękawy koszuli nocnej są wilgotne. Dodatkowym dowodem jest ta przewrócona waza, przyniesiona z kuchni. Widziałem ją tam wczoraj.

– Co było potem?

– Lavelle się budzi. Bez wątpienia rozpoznaje obu napastników; na pewno widział wcześniej tego chłopca. – Jones umilkł. – Nie powinienem przedstawiać ci tych wydarzeń w taki sposób; z pewnością sam dostrzegłeś wszystkie te szczegóły.

– Owszem, dostrzegłem – odpowiedziałem – ale nie mam aż takiej łatwości tworzenia z nich pełnego obrazu wydarzeń jak pan, inspektorze. Bardzo proszę, niech pan kontynuuje.

– Doskonale. Oto Lavelle jest spętany i bezbronny. Może jeszcze o tym nie wie, ale wszyscy domownicy są już martwi. Teraz zaczyna się i jego gehenna. Mężczyzna i chłopiec potrzebują informacji, dlatego zaczynają go torturować.

– Przybijają jego dłonie do poręczy.

– Nie tylko. Jakoś nie mogę się zmusić do dokładniejszego badania, ale obstawiam, że tym samym młotkiem strzaskali mu kolano. Spójrz, proszę, jak układa się materiał nocnej koszuli.

Zmiażdżyli mu też lewą piętę.

– Odrażające. Przerażające. Ale czegóż tak bardzo pragnęli się dowiedzieć?

– Wszystkiego na temat organizacji, dla której pracował.

– I powiedział im?

Jones zastanawiał się przez chwilę.

– Właściwie nie sposób odgadnąć, ale wypada nam przyjąć, że tak. Gdyby zdecydował się milczeć, niewątpliwie zadano by mu znacznie cięższe obrażenia.

– Mimo to pozbawili go życia.

– Przypuszczam, że śmierć była dla niego wybawieniem. – Jones westchnął. – Tego rodzaju zbrodni jeszcze w Anglii nie mieliśmy. Morderstwa w Whitechapel, które przyszły mi na myśl, gdy tu przyjechałem, były przejawem barbarzyństwa i podłości, lecz nawet im brakowało wykalkulowanego z zimną krwią okrucieństwa, którego świadkami jesteśmy w tym domu.

– Dokąd teraz?

– Do gabinetu. Tam, gdzie powitał nas Lavelle. Jeżeli był w posiadaniu listów czy

dokumentów, które mogłyby nas zainteresować, to najprawdopodobniej znajdziemy je właśnie tam.

I tam też się udaliśmy. Zasłony były rozsunięte, dzięki czemu z zewnątrz wpadało nieco dziennego światła, lecz gabinet i tak wydawał się mroczny, jakby opuszczony przez właściciela, jakby należał do domu, w którym od lat nikt nie mieszka. A przecież ledwie dzień wcześniej to biurko i fotel były sceną, na której aktor odgrywał swoją główną rolę. Dziś były już bezużyteczne, podobnie jak nigdy nieczytane książki na półkach, które w ciągu niewielu godzin stały się jeszcze mniej ważne. Mimo to zaczęliśmy zaglądać do szuflad i badać zawartość regałów. Jones wydawał się przekonany,że Scotchy Lavelle zostawił po sobie coś cennego.

Mogłem mu powiedzieć, że to niemożliwe. Wiedziałem, że organizacja dowodzona przez

człowieka takiego jak Clarence Devereux nie podejmie żadnego ryzyka, że uczyni wszystko, by uniknąć niebezpieczeństwa. Dlatego nie spodziewałem się, że znajdziemy, jakże dogodnie, porzucone listy w koszu na śmieci albo tajemnicze adresy nierozważnie utrwalone gdzieś na

odwrotach kopert. Cały ten dom pomyślano tak, by jak najlepiej strzegł swych sekretów, by chronił je przed ciekawskimi ze świata zewnętrznego. Lavelle podawał się za promotora biznesu, a my nie znaleźliśmy choćby skrawka dowodu na poparcie jego historyjki. Był niewidzialnym człowiekiem bez przeszłości i teraźniejszości, a wszelkie plany, strategie i spiski zabrał ze sobą do grobu.

Athelney Jones z trudem maskował rozczarowanie. Znaleźliśmy wyłącznie czyste papiery –

niewykorzystaną książeczkę czekową, parę rachunków związanych z utrzymaniem domu, parę akredytyw i weksli, w zasadzie niebudzących wątpliwości, a także zaproszenie na przyjęcie w poselstwie amerykańskim, zorganizowane celem „zacieśniania amerykańsko-brytyjskich stosunków handlowych”. I dopiero gdy Jones przeglądał dziennik Lavelle’a, zawierający wyłącznie puste kartki, znieruchomiał nagle, a potem pokazał mi jedno, jedyne słowo zapisane wielkimi literami i otoczone kółkiem wraz z jedną, jedyną liczbą.

HORNER 13.

– Co o tym sądzisz? – spytał.

– Horner? – przeczytałem z namysłem. – Może to nazwisko Perry’ego? Chłopak może mieć trzynaście lat.

– Moim zdaniem jest starszy. – Jones sięgnął głębiej do szuflady i znalazł coś jeszcze. Gdy wycofał rękę, ujrzałem w jego dłoni kostkę mydła do golenia, zawiniętą w oryginalny papier. –

Dość dziwne miejsce do przechowywania takich przedmiotów – zauważył.

– Myśli pan, że to coś oznacza?

– Być może. Tylko jeszcze nie wiem co.

– Tu nic nie ma – orzekłem. – Niczego już nie znajdziemy. Zaczynam żałować, że w ogóle trafiliśmy do tego domu. Nie ma tu nic prócz zagadek, śmierci oraz tropów wiodących donikąd.

– Jeszcze nie porzucaj nadziei – odparł Jones. – Może i kroczymy mroczną ścieżką, ale przynajmniej pojawił się nieprzyjaciel. I zaczęły się działania wojenne, jeśli mogę tak się wyrazić.

Ledwie wypowiedział te słowa, gdy w holu odezwały się podniesione głosy. Ktoś przyszedł

i funkcjonariusze starali się go zatrzymać. Głosy były coraz bardziej gniewne, a w jednym z nich rozpoznałem nieomylnie amerykański akcent.

Wybiegliśmy z Jonesem z gabinetu i natychmiast natknęliśmy się na szczupłego i z natury chyba dość powolnego człowieka. Nosił obficie natłuszczoną grzywkę ułożoną ukosem na czoło; miał starannie utrzymany wąs zasłaniający wargę. O ile Scotchy Lavelle był uosobieniem przemocy, o tyle nowy przybysz emanował dobrze wyważoną groźbą. Gotów był zabić, ale najpierw dobrze by się zastanowił. Długie lata spędzone w więzieniu odbiły na nim swe piętno: jego skóra była nienaturalnie blada, jakby martwa. Wrażenie to podkreślało jednolicie czarne ubranie: przylegający do ciała surdut oraz skórzane lakierki. Czarną laseczką wymachiwał

niczym bronią, trzymając na dystans policjantów, którzy stopniowo spychali go w stronę wyjścia.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页