饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 12 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15654 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Nie przyszedł sam – otaczali go trzej młodzieńcy, typowi chuligani, jeśli wierzyć pozorom. Mieli może po dwadzieścia lat, podobnie blade twarze i obszarpane ubrania, a także ciężkie buciory i kije w dłoniach.

Widzieli, jaki los spotkał Scotchy’ego Lavelle’a; tego widoku nie mógł uniknąć nikt, kto odważył się wejść do holu. Przybysz wpatrywał się w trupa ze zgrozą, ale jednocześnie z niesmakiem, jakby uważał za osobistą zniewagę to, że dopuszczono do tak barbarzyńskiego wydarzenia.

– Co tu się stało, u diabła? – zagrzmiał i w tym momencie ujrzał Jonesa wychodzącego z gabinetu. – Kim pan jest?

– Nazywam się Athelney Jones i jestem detektywem ze Scotland Yardu.

– Detektywem! Pięknie się składa, tylko trochę za późno na działania policji, nie sądzi pan?

Wie pan, kto to zrobił? – Zatem to na jego akcent zwróciłem uwagę przed chwilą. Mniej ordynarny niż mowa Lavelle’a, zdradzał jednak ponad wszelką wątpliwość, że i ten człowiek przybył z Nowego Jorku.

– Przyjechałem tu całkiem niedawno – odparł Jones. – Zna pan tego człowieka?

– Znałem. Tak.

– A kim pan jest?

– Nie jestem pewny, czy mam ochotę panu odpowiadać.

– Nie opuści pan tego domu, dopóki pan tego nie zrobi. – Athelney Jones wyprostował się dumnie, podpierając się laską. Patrzył prosto w oczy Amerykanina. – Jestem oficerem brytyjskiej policji – ciągnął – a pan wkroczył na miejsce zbrodni, wyjątkowo brutalnej i tymczasem niezrozumiałej. Jeżeli posiada pan jakiekolwiek informacje w tej sprawie, pańskim obowiązkiem jest podzielić się nimi ze mną. Jeśli pan odmówi, daję słowo, że spędzi pan noc w Newgate, razem z tymi zakapiorami, których pan tu sprowadził.

– Wiem, kim jest ten człowiek – wtrąciłem. – To Edgar Mortlake.

Mortlake skierował na mnie swe małe czarne ślepia.

– Pan mnie zna – zauważył – chociaż się nie poznaliśmy. – Wciągnął powietrze nosem, jakby węszył. – Z Pinkertona?

– Jak pan zgadł?

– Wszędzie rozpoznam ten smród. Nowy Jork? Chicago? Może Filadelfia? Wszystko jedno.

Daleko od domu się wypuściłeś, chłopcze. – Uśmiechnął się z mrożącą krew w żyłach pewnością siebie i samokontrolą. Woń krwi i widok okaleczonego martwego ciała, spoczywającego ledwie o parę kroków od niego, najwyraźniej nie robiły na nim wrażenia.

– Co pana tu sprowadza? – spytał Jones.

– Moje sprawy. – Mortlake spojrzał na niego szyderczo. – Z pewnością nie pańskie.

Jones zwrócił się teraz do najbliżej stojącego funkcjonariusza, który przysłuchiwał się tej wymianie zdań z narastającym niepokojem.

– Konstablu, aresztujcie tego człowieka – rozkazał. – Zarzut: utrudnianie śledztwa. Jeszcze dziś stanie przed sądem. – Policjant jakby się zawahał. – Róbcie, co należy do waszych obowiązków – dorzucił Jones.

Nigdy nie zapomnę tej chwili. Jones i Mortlake stali twarzą w twarz, otoczeni przez sześciu policjantów i grupkę ulicznych zabijaków. Było tak, jakby lada chwila miała wybuchnąć wojna.

A pośrodku tego wszystkiego Scotchy Lavelle siedział sobie cicho na krześle, zapomniany, choć w gruncie rzeczy to on był przyczyną całego zamieszania.

Mortlake ustąpił.

– To nie będzie konieczne – oznajmił, z widocznym wysiłkiem przywołując uśmiech na swą trupio bladą twarz. – Dlaczego miałbym utrudniać pracę brytyjskiej policji? – dodał, po czym wskazał laseczką na trupa. – Scotchy i ja robiliśmy razem interesy.

– Mówił, że jest promotorem biznesu.

– Naprawdę? No cóż, zajmował się wieloma sprawami. Zainwestował na przykład w mały

klub, który prowadzę w Mayfair. Można powiedzieć, że byliśmy jego współzałożycielami.

– Czyżby chodziło o Bostończyka? – wtrąciłem. Właśnie tam zamieszkał Jonathan Pilgrim, gdy przybył do Anglii.

Zaskoczyłem Mortlake’a, choć prawie udało mu się tego nie okazać.

– Właśnie – zawołał. – Widzę, że pan pinkertończyk nie próżnował. A może jest pan już członkiem klubu? Odwiedza nas wielu gości z Ameryki. Choć pana raczej na to nie stać.

Zignorowałem zaczepkę.

– Czy Clarence Devereux też jest pańskim wspólnikiem w tym interesie?

– Nie znam żadnego Clarence’a Devereux.

– A ja sądzę, że pan zna.

– To się pan myli.

Miałem dość.

– Ja wiem, kim pan jest, Edgarze Mortlake – powiedziałem. – Widziałem pańskie akta.

Napad na bank. Włamanie do sejfu. Rok w Tombs za napaść z bronią w ręku. A to tylko kilka ostatnich pańskich grzechów.

– Nie radzę odzywać się do mnie w taki sposób! – Mortlake zrobił kilka kroków w moją stronę. Wyraźnie zaniepokojeni siepacze postąpili za nim, nie bardzo wiedząc, czego się po nim spodziewać. – To wszystko przeszłość – warknął. – Teraz mieszkam w Anglii. Jestem

obywatelem Stanów Zjednoczonych i prowadzę uczciwe przedsiębiorstwo. Waszym zaś

obowiązkiem jest mnie chronić, a nie nękać – dodał, po czym ruchem głowy wskazał na nieboszczyka. – Widać jednak, że się na tym zbytnio nie znacie, o czym przekonał się mój nieszczęsny wspólnik. A gdzie kobieta?

– Jeżeli chodzi panu o Henriettę, to jest na górze – odparł spokojnie Jones. – Ona także nie żyje.

– A reszta ludzi?

– Wymordowano wszystkich, którzy tu mieszkali.

Miałem wrażenie, że teraz dopiero Mortlake jest naprawdę poruszony. Po chwili rzucił

ostatnie spojrzenie na kałużę krwi i wykrzywił usta z niesmakiem.

– Nic tu po mnie – rzekł. – Zostawiam panów. Możecie sobie węszyć do woli.

Zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, odmaszerował równie śmiało, jak wcześniej się pojawił. Trzej chuligani oddalili się jego śladem, bo na tym polegało ich zadanie: mieli go chronić, być żywą tarczą oddzielającą go od wrogów z zewnętrznego świata.

– Edgar Mortlake – powiedziałem. – Widzę, że gang specjalnie się nie kryje.

– To może nam pomóc – zauważył Jones, spoglądając na otwarte drzwi.

Mortlake właśnie mijał bramę w murze otaczającym posiadłość. Patrzyliśmy, jak wsiada do czekającego nań powozu i jak podążają za nim trzej ochroniarze. Trzasnął bat i pojazd ruszył

w kierunku Highgate Hill, ja zaś pomyślałem, że jeśli śmierć Scotchy’ego Lavelle’a miała być wiadomością, to właśnie została odebrana i zrobiła należyte wrażenie.

8

Scotland Yard

J eśli hotel Hexam’s miał jakieś atuty, to ich lista była nader krótka, a na jej czele z pewnością umieściłbym bliskość centrum Londynu. Pokój, w którym jadłem śniadanie, znowu był pusty.

Gdy skończyłem, zostawiłem bez słowa gburowatą pokojówkę i posępnego pucybuta, by

przespacerować się nabrzeżem, jak mi to dzień wcześniej zalecał inspektor Jones.

Tamiza lśniła za długim rzędem drzew, które zdobiły bulwar. Wiał orzeźwiający wiosenny wiatr, a środkiem nurtu płynął w stronę portu parowiec o czarnych burtach. Zatrzymałem się, by się mu przyjrzeć – i właśnie wtedy ogarnęło mnie dziwne wrażenie, że jestem obserwowany.

Było dość wcześnie i w zasięgu wzroku miałem niewielu przechodniów: kobietę pchającą przed sobą wózek i mężczyznę w meloniku spacerującego z psem. Odwróciłem się, by spojrzeć w stronę hotelu. I wtedy go zauważyłem: stał przy oknie na piętrze, spoglądając na ulicę.

Potrzebowałem krótkiej chwili, by ocenić, że to lokator z sąsiedniego pokoju, zapewne ten sam, którego kaszel towarzyszył mi przez całą noc. Było zbyt daleko – a i szyby zbyt długo czekały na solidne mycie – bym mógł dostrzec rysy jego twarzy. Widziałem jedynie ciemne włosy i ciemne ubranie. Był nienaturalnie nieruchomy. Może podpowiadała mi to pobudzona wyobraźnia, ale miałem wrażenie, że wpatruje się we mnie. Wreszcie uniósł rękę i zaciągnął zasłonę.

Spróbowałem zapomnieć o nim i kontynuować przechadzkę, ale spacer stał się nagle znacznie mniej przyjemny, niż się spodziewałem. Czułem się nieswojo, choć nie wiedziałem dlaczego.

Po piętnastu minutach dotarłem do celu. Siedzibą Scotland Yardu – który znany był pod tą nazwą, mimo iż główne wejście znajdowało się od Whitehall Place – był imponujący gmach zajmujący rozległą posesję między nabrzeżem Wiktorii a Westminsterem. Imponujący, ale i brzydki, a przynajmniej takiego byłem zdania, gdy przeszedłszy na drugą stronę bulwaru, zacząłem szukać bramy głównej. Budynek wyglądał tak, jakby architekt zmienił zdanie już po rozpoczęciu prac budowlanych. Nad dwiema kondygnacjami z surowego granitu wznosiły się mury z czerwonej i białej cegły z ozdobnymi oknami i wieżyczkami w stylu flamandzkim, przez co całość wyglądała jak dwa zgoła odmienne gmachy, ustawione jeden na drugim. Co więcej, siedziba londyńskiej policji dziwnie przypominała mi więzienie. Cztery skrzydła otaczały dziedziniec, do którego niemal nie docierały promienie słońca. Więźniowie Newgate czerpali zapewne więcej radości ze spacerów po podwórcu swego miejsca odosobnienia niż nieszczęśni policjanci pracujący w tym gmaszysku.

Athelney Jones czekał już na mnie i uniósł rękę na powitanie.

– Dostałeś więc moją wiadomość! Znakomicie. Spotkanie zacznie się już za chwilę i wierz mi, będzie niezwykłe. Powiedziałbym nawet, że jeszcze takiego nie było, odkąd tu pracuję! Nie mniej niż czternastu najbardziej zasłużonych detektywów-inspektorów zbierze się zaraz, by omówić sprawę morderstw w Highgate. Rzecz bowiem jest niesłychana, Chase, i nie możemy jej puścić płazem.

– I wolno mi będzie wziąć udział w takim zgromadzeniu?

– Nie będę udawał, że było to łatwe. Lestrade się sprzeciwiał, podobnie jak Gregson.

Mówiłem ci już, gdy się poznaliśmy, że zdaniem wielu nie powinniśmy wchodzić w żadne układy z komercyjnymi agencjami detektywistycznymi, choćby takimi jak Agencja Pinkertona.

Moim zdaniem jednak to głupota, bo dlaczego nie mielibyśmy współpracować, skoro łączy nas wspólny cel? Tak czy owak, tym razem udało mi się przekonać kolegów, że twoja obecność jest ważna. Chodźmy już, pora zaczynać.

Wspięliśmy się po szerokich schodach i wkroczyliśmy do holu, gdzie kilku

umundurowanych konstabli stało za wysokimi kontuarami, sprawdzając listy polecające i paszporty tych, którzy chcieli wejść dalej. Jones uprzedził ich wcześniej o moim przybyciu, dlatego mogliśmy od razu wejść do klatki schodowej pełnej mundurowych, urzędników

i gońców, przepychających się w obu kierunkach.

– Gmach już jest dla nas za mały – poskarżył się Jones – chociaż urzędujemy tu ledwie rok!

A podczas budowy znaleziono w piwnicach zamordowaną kobietę.

– Kto ją zabił?

– Nie wiemy. Nikt nie ma nawet pojęcia, kim była i jak się tu znalazła. Nie wydaje ci się to dziwne, Chase, że najlepsze siły policyjne w Europie wzniosły sobie siedzibę w miejscu, w którym dokonano niewyjaśnionej zbrodni? – Weszliśmy na drugie piętro i ruszyliśmy korytarzem, mijając liczne drzwi rozmieszczone w równych odległościach. Jones skinął głową na jedne z nich. – To moje biuro. Najlepsze pokoje mają widok na rzekę.

– A pański?

– Na dziedziniec – odparł z uśmiechem. – Może gdy dobrniemy razem do końca tej sprawy, ktoś pomyśli o przydzieleniu mi lepszego miejsca. No, ale teraz mam przynajmniej blisko do archiwum i sali telegraficznej!

I rzeczywiście, właśnie minęliśmy otwarte drzwi, za którymi ujrzałem kilkunastu mężczyzn w ciemnych garniturach, siedzących za stołami lub za jednym długim blatem. Pochylali się nad telegrafami, notując coś w skupieniu, otoczeni stertami splątanej taśmy.

– Jak szybko można tu nawiązać łączność z Ameryką? – spytałem.

– Samo wysłanie wiadomości to kwestia paru minut – odparł Jones. – Drukowanie zabiera nieco więcej czasu, a jeśli dołożymy do tego tłok na łączach, czasem potrzeba paru dni na nawiązanie kontaktu. Chciałbyś zatelegrafować do swojego biura?

– Powinienem przesłać meldunek – odparłem. – Nie odzywałem się od wyjazdu ze Stanów.

– Prawdę mówiąc, chyba lepiej byś zrobił, składając wizytę w Centralnym Biurze

Telegraficznym przy Newgate Street. Tam z pewnością będą bardziej skłonni do współpracy.

Wreszcie weszliśmy przez podwójne drzwi do przestronnej, dusznej sali, w której okna osadzono tak głęboko, że zdawały się skutecznie blokować dostęp światła. Niemal całe pomieszczenie zajmował długi stół o zaokrąglonych końcach, skonstruowany chyba nie po to, by zbliżać ludzi, ale by ich dzielić. Nigdy jeszcze nie widziałem tak wielkiej połaci polerowanego drewna. W sali zastaliśmy już dziewięciu, może dziesięciu ludzi – dwaj palili fajki, reszta toczyła półgłosem rozmowy. Byli w różnym wieku, powiedziałbym, że od dwudziestu pięciu do

pięćdziesięciu lat. Różnili się też odzieniem, w żaden sposób nieprzypominającym policyjnego munduru. Większość przyszła jednak w surdutach, jeden w tweedowym garniturze, a jeden w stroju zgoła niezwykłym: miał na sobie zielony buszłat, a pod spodem koszulę i krawat.

I właśnie ten dżentelmen zauważył nas już u progu sali, po czym pospieszył ku nam w takim tempie, jakby zamierzał dokonać aresztowania. Trudno mi było wyobrazić go sobie jako kogokolwiek innego niż funkcjonariusza policji. Był szczupły, poważny, a jego bystre oczy przyglądały mi się tak, jakbym miał – podobnie jak wszyscy ludzie stający na jego drodze – coś do ukrycia. Głos miał ostro brzmiący i przyszło mi do głowy, że celowo sili się na nieprzyjazny ton.

– No proszę, Jones – zawołał. – Domyślam się, że to dżentelmen, o którym mi wspominałeś.

– Jestem Frederick Chase – powiedziałem, wyciągając rękę.

Uścisnął ją krótko.

– Lestrade – przedstawił się z błyskiem w małych oczach. – Witam pana na naszym zebraniu, panie Chase, choć wcale nie jestem pewny, czy to najlepszy pomysł. Żyjemy w przedziwnych

czasach. Zbrodnia w Bladeston House... ponura, zaiste ponura. I nie wróży nic dobrego, jak sądzę.

– Przyszedłem, żeby zaoferować panom pomoc – odrzekłem z zapałem.

– Tylko kto tu bardziej potrzebuje pomocy, hmm? Cóż, wkrótce się przekonamy.

Do sali weszło jeszcze kilku inspektorów i w końcu zamknięto drzwi. Jones wskazał mi miejsce przy stole, u swego boku.

– Nie odzywaj się przez jakiś czas – powiedział cicho. – I uważaj na Lestrade’a i Gregsona.

– Dlaczego?

– Jeśli zgodzisz się z jednym, staniesz się wrogiem drugiego. Ten tam Youghal z kolei jest poczciwym człowiekiem, ale jeszcze się tu nie zadomowił. Obok niego... – Jones zerknął

przelotnie na jegomościa o wysoko sklepionym czole i przenikliwym spojrzeniu, zasiadającego u szczytu stołu. Nie miał on może najbardziej imponującej postury, ale było w nim coś, co zdradzało wewnętrzną siłę. – Alec MacDonald. Moim zdaniem najtęższa głowa w całej branży; jeśli ktoś potrafi skierować to śledztwo na właściwy tor, to właśnie on.

Masywny, zadyszany osobnik opadł na krzesło tuż obok mnie. Miał na sobie nadprutą

marynarkę, która z trudem opinała jego pierś.

– Bradstreet – mruknął.

– Frederick Chase.

– Miło mi. – Wyjął zza pazuchy pustą fajkę i postukał nią o blat.

Inspektor Lestrade rozpoczął spotkanie z naturalną swobodą urodzonego przywódcy i nikt nie zaprotestował.

– Panowie – rzekł – zanim zajmiemy się sprawą wielkiej wagi, która nas tu sprowadziła, wypada nam wspomnieć dobrym słowem naszego niedawno zmarłego znakomitego przyjaciela i kolegę. Mam na myśli, rzecz jasna, pana Sherlocka Holmesa, którego wielu z nas znało osobiście, a ze słyszenia – bodaj wszyscy. Pan Holmes pomógł mi ogromnie w rozwikłaniu jednej czy dwóch spraw, przyznaję to bez wstydu, a zaczęło się od tej historii sprzed lat, z Lauriston Gardens. To prawda, że bywał czasem dziwny, że snuł na pozór absurdalne teorie, lecz choć nie wątpię, że niekiedy po prostu zgadywał, chyba nikt z nas nie zaprzeczy, że osiągał

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页