zadziwiające wyniki. Żałuję, że zginął przedwcześnie w odmętach wodospadu Reichenbach.
Wszystkim nam będzie go brakowało.
– Naprawdę nie ma szans, żeby przeżył? – Głos należał do wytwornie ubranego młodzieńca siedzącego w połowie długości stołu. – Ciała przecież nie odnaleziono.
– To prawda, Forrester – przyznał Lestrade – ale przecież wszyscy czytaliśmy list.
– Byłem w tym okropnym miejscu – odezwał się Jones. – Jeżeli walczył tam z Moriartym i spadł, to szanse na ocalenie życia miał znikome.
Lestrade z powagą pokręcił głową.
– Przyznaję, że w przeszłości zdarzało mi się raz czy dwa popełniać błędy – rzekł –
zwłaszcza gdy chodziło o Sherlocka Holmesa. Tym razem jednak przyjrzałem się dowodom i nie mam żadnych wątpliwości: on nie żyje. Gotów jestem postawić na to całą swą zawodową reputację.
– Nie powinniśmy udawać, że strata Sherlocka Holmesa nie jest katastrofą – odezwał się funkcjonariusz siedzący naprzeciwko mnie, wysoki i jasnowłosy.
– To Gregson – szepnął mi do ucha Jones.
– Wspomniałeś o Lauriston Gardens, Lestrade. Gdyby nie Holmes, tamto śledztwo utknęłoby w ślepym zaułku. Byłeś przecież gotów przetrząsnąć cały Londyn w poszukiwaniu dziewczynki imieniem Rachela, podczas gdy chodziło o Rache, co po niemiecku oznacza zemstę – taką wskazówkę zostawiła nam ofiara.
Na kilku twarzach wokół stołu pojawiły się uśmiechy, a jeden czy dwóch detektywów nawet parsknęło śmiechem.
– Jednakże jest w tej smutnej historii i jasna strona – wtrącił inspektor Youghal. –
Przynajmniej nie będziemy już karykaturowani przez wspólnika Holmesa, doktora Watsona.
Zawsze uważałem, że te jego relacje nie służą najlepiej naszej reputacji.
– Dziwak był z tego Holmesa i tyle – zawołał piąty policjant, pocierając palcami swój monokl, jakby chciał go wyregulować, by lepiej widzieć zebranych. – Pracowałem z nim, jak wiecie, nad sprawą zaginionego konia, Srebrnego Płomienia. Osobliwy typ – Sherlock Holmes, oczywista, nie koń. Miał zwyczaj mówić zagadkami. O psach szczekających po nocy na
przykład! Podziwiałem go. Lubiłem go. Tylko nie jestem taki pewny, czy będzie mi go brakowało.
– I ja zawsze byłem podejrzliwy wobec jego metod – przyznał Forrester. – W jego ustach rozwiązania wydawały się proste, a my braliśmy je za dobrą monetę. Ale czy naprawdę można odgadnąć wiek człowieka, badając charakter jego pisma? Albo wzrost na podstawie długości kroku? Wiele jego teorii trzeba nazwać niepotwierdzonymi, nienaukowymi, a niektóre wręcz niedorzecznymi. Wierzyliśmy mu, ponieważ miał wyniki, ale poczynania Holmesa trudno uznać za solidną podstawę współczesnej roboty detektywistycznej.
– Robił z nas wszystkich durniów! – zawołał inny inspektor. – Prawda, że i ja raz
skorzystałem z jego umiejętności. Ale czy nie jest tak, że może staliśmy się zbytnio zależni od pana Holmesa? Czy tak naprawdę udało nam się rozwiązać jakąkolwiek zagadkę bez jego udziału? – Powiódł spojrzeniem po twarzach kolegów, najpierw z lewej, a potem z prawej strony.
– Wiem, że to szorstkie słowa i trącą niewdzięcznością, ale być może powinniśmy dostrzec dobrą stronę jego odejścia: oto mamy sposobność osiągać wyniki własnymi siłami!
– Dobrze powiedziane, inspektorze Lanner. – Wszystkie oczy skierowały się teraz ku
MacDonaldowi. – Ja sam nigdy nie spotkałem pana Holmesa – ciągnął z mocnym szkockim akcentem – ale chyba wszyscy się zgodzimy, że winni mu jesteśmy wdzięczność i szacunek, lecz pora już zrobić krok naprzód. Na dobre czy na złe, zostaliśmy sami. To rzekłszy, proponuję skupić się na sprawie, która nas tu przywiodła. – Podniósł kartkę, która leżała przed nim, i przejrzał treść raportu. – Pan Scott Lavelle, torturowany, poderżnięte gardło. Henrietta Barlowe, uduszona. Peter Clayton, znany nam jako drobny przestępca, pchnięty nożem. Thomas Jerrold i Lucy Winters, uduszeni. Wszyscy mieszkańcy domu w niezłej dzielnicy zginęli w ciągu jednej nocy. Nie możemy pozwolić na coś takiego, panowie. Po prostu nie możemy.
Zebrani odpowiedzieli pomrukiem aprobaty.
– Jak rozumiem, to nie pierwsze brutalne akty przemocy, do których doszło ostatnio
w Highgate, zgadza się, Lestrade?
– Owszem. Niespełna miesiąc temu mieliśmy jeszcze jeden zgon – zginął młody mężczyzna, niejaki Jonathan Pilgrim. Związano mu ręce i oddano strzał w głowę.
Lestrade popatrzył na mnie tak, jakbym to ja był winowajcą. Poczułem w jednej chwili, że wzbiera we mnie gniew. Pilgrim był mi bliski. To właśnie jego śmierć, bardziej niż cokolwiek innego, skłoniła mnie do wyruszenia w pościg za Clarence’em Devereux. Rozumiałem jednak, że Lestrade nie zastanawiał się zbytnio, co robi, po prostu taki był, nie miał do mnie pretensji.
– Pilgrim miał przy sobie papiery, z których wynikało, że był obywatelem amerykańskim i niedawno przyjechał na Wyspy – ciągnął detektyw. – Najwyraźniej interesował się sprawami Lavelle’a, a jego ciało znaleziono opodal Bladeston House.
Poczułem, że nadszedł czas, bym i ja zabrał głos – i tak też uczyniłem.
– Pilgrim badał sprawę Clarence’a Devereux – rzekłem. – Osobiście wysłałem go do Anglii, by się nią zajmował. Devereux i Lavelle pracowali razem i jakimś sposobem musieli poznać
tożsamość mojego agenta. To oni go zabili.
– Kto w takim razie zabił Lavelle’a? – spytał przytomnie Bradstreet.
MacDonald uniósł dłoń.
– Panie Chase – odezwał się – inspektor Jones wyjaśnił nam szczegółowo powody pańskiej wizyty w Londynie i muszę powiedzieć, że tylko przez wzgląd na niezwykły charakter sprawy wolno panu dziś uczestniczyć w naszej naradzie.
– Przyjmuję ten zaszczyt z wdzięcznością.
– Jemu proszę dziękować. A pańskiej relacji już za chwilę wysłuchamy do końca, lecz zdaje mi się, że jeśli mamy zgłębić aż do dna sprawę tych odrażających morderstw, trzeba nam cofnąć się do samego początku... choćby i nad wodospad Reichenbach. – To rzekłszy, obrócił się w stronę inspektora, który nie odezwał się jeszcze ani razu. Był to szczupły, siwowłosy mężczyzna, nerwowo skubiący paznokcie; sprawiał takie wrażenie, jakby marzył tylko o tym, by nigdy nie zwracano nań uwagi. – Inspektorze Patterson – powiedział – to pan był odpowiedzialny za ujęcie członków gangu Moriarty’ego. Pomógł pan też wypłoszyć go poza granice kraju.
Zechce pan nam opowiedzieć, jak właściwie do tego doszło.
– Naturalnie. – Patterson nie podniósł głowy, jakby jego meldunek był wygrawerowany na blacie wielkiego stołu. – Jak panowie wiedzą, pan Holmes zgłosił się do mnie w lutym, choć moim zdaniem planował nawiązać kontakt z Lestrade’em.
– Byłem zajęty inną sprawą – wyjaśnił posępnie Lestrade.
– W Woking, jeśli się nie mylę. Tak czy inaczej, wobec twojej nieobecności, Lestrade, pan Holmes był zmuszony rozmawiać ze mną. Poprosił o współpracę w zdemaskowaniu i ujęciu członków gangu, który, jak twierdził, działał w Londynie od dłuższego czasu. Zależało mu zwłaszcza na schwytaniu jednego człowieka.
– Profesora Moriarty’ego – mruknął Jones.
– Otóż to. Muszę przyznać, że w owym czasie nie znałem go nawet ze słyszenia, a gdy pan Holmes wyjaśnił mi, że to człowiek znany w całej Europie za sprawą pewnej teorii, którą opracował, i co więcej, że kierował katedrą matematyki w jednej z naszych najbardziej prestiżowych uczelni, sądziłem, że stroi sobie ze mnie żarty. On jednak mówił z całą powagą.
Używał w odniesieniu do Moriarty’ego najmroczniejszych epitetów, ale nie żałował mi także dowodów, które kazały mi uwierzyć w prawdziwość jego słów. Pod koniec zeszłego miesiąca z pomocą inspektora Bartona naszkicowałem schemat – albo plan, jak kto woli – Londynu z naniesioną nań niezwykłą siatką połączeń spajających przestępczy świat.
– Centralnym jej punktem był Moriarty – wtrącił Barton, pykając fajkę.
– Istotnie. Dodam jeszcze, że wspomagała nas pokaźna grupa informatorów, którzy nagle postanowili podjąć z nami współpracę. Wydawało się, że wyczuwając słabość Moriarty’ego, skorzystali z okazji, by się na nim odegrać, albowiem sprawował nad nimi rządy metodą zastraszania i gróźb. Zaczęliśmy dostawać anonimowe donosy. Nagle wypłynęły dowody
zadawnionych przestępstw, nawet takich, o których nic nie wiedzieliśmy. Podróż Moriarty’ego z głębokiego cienia na sam środek sceny trwała bardzo krótko, a gdy dobiegła końca, na wyraźny znak pana Holmesa – nalegał, byśmy zaczekali na właściwy moment – wreszcie uderzyliśmy.
Wystarczył jeden weekend, by dokonać aresztowań w Holborn, Clerkenwell, Islington,
Westminsterze i Piccadilly. Wkraczaliśmy nawet do domów w dalekich Ruislip i Norbury. Wśród aresztowanych byli także ludzie powszechnie szanowani – nauczyciele, maklerzy, ba, nawet archidiakon! W poniedziałek mogłem już zatelegrafować do Holmesa, który dotarł tymczasem do Strasburga, i poinformować go, że pojmaliśmy cały gang.
– Wszystkich, prócz przywódcy – uzupełnił Barton.
Inspektorzy, siedzący wokół stołu z poważnymi minami, pokiwali głowami na potwierdzenie
jego słów.
– Dziś już wiemy, że Moriarty wypuścił się śladem Holmesa – dodał Patterson. – Czuję się przynajmniej po części odpowiedzialny za to, co się wydarzyło, lecz nie mogę uwierzyć, że Holmes tego nie przewidział. Czyż nie dlatego opuścił kraj tak nagle? W każdym razie jest już po wszystkim. Właśnie przygotowujemy z Bartonem papiery, gotowe akty oskarżenia wkrótce trafią do sądu.
– Doskonała robota – pochwalił ich MacDonald. Umilkł na chwilę, marszcząc brwi. – Ale czy tylko ja dostrzegam tu pewną niezgodność? W lutym tego roku wy dwaj, z pomocą
Sherlocka Holmesa, zaczynacie dobierać się do Moriarty’ego, a mniej więcej w tym samym czasie amerykański przestępca, Clarence Devereux, przybywa do Londynu, by z tym samym Moriartym zawrzeć sojusz. Czy taki zbieg okoliczności jest możliwy?
– Devereux nie wiedział, że Moriarty jest skończony – odparł jeden z inspektorów. –
Wszyscy widzieliśmy tamten zaszyfrowany list. Dopiero w kwietniu ustalili, że jednak się spotkają.
– Devereux mógł się Moriarty’emu bardzo przydać – zauważył Gregson. – Przyjechał
w niezwykle korzystnym momencie: Moriarty uciekał, a on mógł mu pomóc w odbudowie
imperium.
– Nie zgadzam się! – Lestrade huknął pięścią w stół i rozejrzał się, nie kryjąc złości. –
Clarence Devereux! Clarence Devereux! Wszystko to wróżenie z fusów, a tak naprawdę nic o nim nie wiemy. Co to za jeden? Gdzie mieszka? Czy nadal przebywa w Londynie? Czy on w ogóle istnieje?
– O Moriartym też nic nie wiedzieliśmy, póki Sherlock nie zwrócił ku niemu naszej uwagi.
– Moriarty przynajmniej wyglądał na realną postać. Powinniśmy zwrócić się wprost do Agencji Pinkertona w Nowym Jorku. Chcę zobaczyć każdy, najmniejszy nawet strzęp dowodu dotyczący działalności tego człowieka.
– Nie ma takiej potrzeby – odrzekłem. – Przywiozłem ze sobą kopie wszystkich akt i z przyjemnością je panom udostępnię.
– Wyjechał pan z Ameryki trzy tygodnie temu – odparował Lestrade. – Wiele się mogło zdarzyć w tak długim czasie. Poza tym, z całym szacunkiem, panie Chase, jest pan tylko zwyczajnym agentem, a ja nie rozmawiałbym z prostym konstablem, gdybym chciał uzyskać najświeższe informacje. Wolałbym nawiązać kontakt z ludźmi, którzy tu pana przysłali.
– Jestem starszym śledczym, drogi panie, ale nie zamierzam się z panem kłócić. –
Wiedziałem, że zaostrzanie konfliktu mija się z celem. – Proszę zwrócić się bezpośrednio do pana Roberta Pinkertona. To on powierzył mi tę sprawę i osobiście interesuje się wszelkimi postępami w jej rozwiązywaniu.
– Tak też zrobimy – odpowiedział mi MacDonald i coś sobie zanotował.
– Clarence Devereux przebywa w Londynie. Jestem tego pewny. Słyszałem to nazwisko, ba, odczułem nawet obecność tego człowieka. – Słowa te wypowiedział bodaj najmłodszy
z obecnych. Obserwowałem go już wcześniej, gdy siedział sztywno na krześle i słuchał
przydługich przemówień starszych kolegów, z trudem powstrzymując się, by czegoś nie wtrącić.
Miał jasne włosy, bardzo krótko ostrzyżone, oraz chłopięcą twarz pełną zapału. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. – Nazywam się Stanley Hopkins –
powiedział, spoglądając na mnie. – I choć nigdy nie miałem zaszczytu spotkać pana Sherlocka Holmesa, bardzo żałuję, że nie ma go już z nami, uważam bowiem, że stajemy przed wyzwaniem większym niż cokolwiek, z czym mieliśmy dotąd do czynienia. Jestem w bliskim kontakcie z półświatkiem. Nowy w tym zawodzie – i jeszcze bardziej niedoświadczony jako detektyw-inspektor – staram się nie stracić kontaktu z londyńską ulicą: bywam wśród ludzi w Friars
Mount, w Nichols Row, na Bluegate Fields... W ostatnich tygodniach zauważyłem swoistą ciszę w przestępczym środowisku, jakby pustkę – poczucie strachu. Gangi aukcyjne zawiesiły działalność. Próżno szukać paserów i oszustów karcianych. Zniknęły nawet młode kobiety oferujące swoje usługi przy Haymarket i na moście Waterloo. – To mówiąc, zarumienił się nieznacznie. – Czasem z nimi rozmawiam, bo bywają niezmiernie przydatne, ale teraz po prostu ich nie ma. Oczywiście nie wykluczam, że to znakomita praca panów Bartona i Pattersona mogła przynieść efekty, dając nam to, o czym od dawna marzymy: Londyn wolny od przestępczości, koniec Moriarty’ego odebrał bowiem wolę działania zastępom jego naśladowców, każąc im potulnie wrócić do rynsztoków, z których kiedyś wypełzli. Niestety wiem, że to nieprawda. Jak powiedział filozof, natura nie znosi próżni. Możliwe, że Devereux przybył tu, żeby połączyć siły z Moriartym, jednak w obliczu jego śmierci – po prostu zajął jego miejsce.
– Jestem tego samego zdania – wtrącił Lanner, jeśli się nie mylę. – Dowody widać na ulicach miasta.
– Akty przemocy – mruknął Bradstreet. – I ta sprawa w Białym Łabędziu.
– Do tego pożar przy Harrow Road. Zginęło sześć osób...
– Pimlico...
– O czym ty mówisz? – wtrącił Lestrade, zwracając się wprost do Hopkinsa. – Dlaczego mielibyśmy sądzić, że coś się zmieniło? Gdzie dowody?
– Miałem pewnego informatora, który często mi donosił i którego, nie boję się wyznać, w pewien sposób nawet lubiłem. Był na bakier z prawem, odkąd tylko wylazł z kołyski. Drobne sprawy – jazda bez biletu, gra w trzy kubki – ale ostatnio awansował w przestępczej hierarchii.
Wpadł w złe towarzystwo i widywałem go coraz rzadziej, aż w końcu, tydzień temu, spotkałem się z nim na bazarze opodal Dean Street. Od razu się zorientowałem, że nie chciał się tam pokazywać; przyszedł tylko przez wzgląd na dawne czasy, kiedy to pomogłem mu raz czy dwa...
„Nie możemy się już spotykać, panie Hopkins”, powiedział mi. „Wszystko się zmieniło. Nie będziemy się widywać”. „O co chodzi, Charlie?”, spytałem. Wtedy pobladł i trząsł się na całym ciele: „Pan nie rozumie...”, zaczął. Coś się poruszyło w zaułku i dostrzegłem w słabym blasku gazowej latarni sylwetkę mężczyzny. Nie widziałem go na tyle dobrze, by rozpoznać rysy twarzy; zresztą zaraz się wycofał. Nie mam nawet pewności, czy rzeczywiście nas obserwował, ale Charliemu to wystarczyło. Nie ośmielił się nawet wymówić nazwiska, powiedział tylko:
„Amerykanin. Jest tutaj, to już koniec”. „Co masz na myśli? Jaki Amerykanin?” „Powiedziałem tyle, ile mogłem, panie Hopkins. Nie powinienem był tu przychodzić. Oni się dowiedzą!” I zanim zdążyłem go powstrzymać, uciekł w mrok. Wtedy widziałem go po raz ostatni. – Hopkins umilkł