na moment. – Dwa dni później wyłowiono jego ciało z Tamizy. Miał związane ręce; przyczyną śmierci było utonięcie. Innych obrażeń nawet nie opiszę, ale powiem wam jedno, koledzy: nie mam najmniejszych wątpliwości, że pan Chase mówi prawdę. Zbliża się do nas wysoka fala zła.
Musimy walczyć, zanim nas zaleje.
Po tej opowieści nastała długa chwila milczenia, aż wreszcie inspektor MacDonald zwrócił
się znowu do Athelneya Jonesa:
– Co znaleźliście w Bladeston House? Pojawiły się tropy warte zbadania?
– Nawet dwa – odparł Jones. – Będę jednak szczery: dostrzegam w sprawie tych morderstw bardzo, bardzo wiele niejasności. Dowody prowadzą mnie w jednym kierunku, a zdrowy
rozsądek w innym. Mimo to... W dzienniku Lavelle’a znalazłem nazwisko i liczbę: HORNER 13, wszystko napisane wielkimi literami i zakreślone w kółko. Nic poza tym, puste stronice. Wydało mi się to dziwne.
– Aresztowałem kiedyś człowieka nazwiskiem Horner – obwieścił Bradstreet, obracając w palcach fajkę. – John Horner, hydraulik z hotelu Cosmopolitan. Naturalnie to nie on był
sprawcą; Holmes wyprowadził mnie z błędu.
– W Crouch End jest herbaciarnia – dorzucił Youghal. – Prowadzi ją, jeśli się nie mylę, pani Horner. Tyle że lokal od dawna nie działa.
– W tej samej szufladzie leżała kostka mydła do golenia – wtrąciłem. – Może to coś znaczy?
– Nikt się nie odezwał, więc dodałem: – Może Horner to właściciel sklepu z kosmetykami albo apteki?
Znowu odpowiedziało mi milczenie.
– Coś jeszcze, inspektorze Jones? – zapytał MacDonald.
– Spotkaliśmy nieprzyjemnego typa, niejakiego Edgara Mortlake’a. Pan Chase zna go
jeszcze z Nowego Jorku; od razu zidentyfikował go jako jednego ze wspólników Devereux.
Zdaje się, że Mortlake jest właścicielem klubu w Mayfair, zwanego Bostończykiem.
Ta nazwa wywołała poruszenie przy stole.
– Znam to miejsce – rzekł inspektor Gregson. – Drogi i tandetny lokal. Niedawno otwarty.
– I ja tam byłem – dodał Lestrade. – Pilgrim mieszkał tam na krótko przed śmiercią.
Przeglądałem jego rzeczy, ale nie znalazłem niczego interesującego.
– Właśnie stamtąd do mnie pisał – podchwyciłem. – To dzięki niemu dowiedziałem się
o liście, który Devereux wysłał do Moriarty’ego.
– Bostończyk jest domem niemal wszystkich zamożnych Amerykanów w Londynie –
powiedział Gregson. – Należy do dwóch braci, Lelanda i Edgara Mortlake’ów. Mają własnego kucharza i zestaw własnych koktajli. Klub działa na dwóch kondygnacjach; piętro służy głównie hazardzistom.
– Czy to nie zbyt oczywiste? – wtrącił Bradstreet. – Clarence Devereux przybywa do
Londynu i bez zwłoki udaje się prosto do amerykańskiego klubu o amerykańskiej nazwie, prowadzonego przez znanych amerykańskich przestępców?
– Powiedziałbym, że to ostatnie miejsce, w którym chciałby się pokazać – powiedział cicho Hopkins. – Niewątpliwie zależy mu przede wszystkim na tym, żeby nikt nie wiedział o jego obecności.
– Powinniśmy urządzić nalot na ten klub – oznajmił Lestrade, ignorując jego słowa. –
Osobiście zajmę się przygotowaniami. Jeszcze dziś zjawi się tam znienacka kilkunastu funkcjonariuszy.
– Proponuję wczesny wieczór – odezwał się Gregson. – Wtedy mają tam największy ruch.
– Być może znajdziemy przy karcianym stoliku samego Clarence’a Devereux. Jeśli tak się stanie, moja rozprawa z nim będzie krótka. Nie damy się skolonizować bandytom z zagranicy!
Trzeba skończyć z gangsterską przemocą.
Wkrótce potem spotkanie dobiegło końca. Wyszliśmy z Jonesem razem, a gdy byliśmy na schodach, zwrócił się do mnie tymi słowy:
– Zatem postanowione: urządzamy nalot na klub, z którym wątłą nicią może być związany poszukiwany przez nas człowiek. Człowiek, w którego istnienie kilku moich kolegów wręcz wątpi. Nawet jeśli Clarence Devereux jakimś cudem tam jest, to nie będziemy w stanie go rozpoznać, a on dowie się, że depczemy mu po piętach. Co ty na to, Chase? Zgodzisz się, że to kompletna strata czasu?
– Nie byłbym taki pewny – odrzekłem.
– Powściągliwość dobrze o tobie świadczy. A teraz muszę wrócić do mego biura, ty zaś poświęć popołudnie na zwiedzanie miasta. Przyślę ci wiadomość do hotelu – wieczorem zobaczymy się ponownie.
9
Bostończyk
J ones jednak się mylił: akcja w klubie Bostończyk na coś nam się przydała, w niepozorny, ale znaczący sposób.
Było już ciemno, gdy wyszedłem na korytarz i zauważyłem, że właśnie zamykają się drzwi sąsiedniego pokoju. I tym razem zobaczyłem jedynie niewyraźną postać mego sąsiada znikającą w mroku. Intrygujące było to, że nie słyszałem jego kroków, a na wyleniałym chodniku zdecydowanie powinienem. Czyżby czaił się pod drzwiami, gdy szykowałem się do wyjścia?
Czyżby schronił się w swoim pokoju, słysząc, że nadchodzę? Kusiło mnie, by doprowadzić do konfrontacji, ale rozsądek zwyciężył. Jones podał mi godzinę spotkania i nie mogłem się spóźnić.
Mogło zresztą istnieć całkiem niewinne wytłumaczenie zachowania mojego tajemniczego sąsiada. Tak czy owak, ta sprawa mogła zaczekać.
Godzinę później staliśmy z inspektorem Jonesem pod gazową latarnią na rogu Trebeck
Street, czekając na sygnał – gwizdek i tupot tuzina skórzanych buciorów – który oznaczać będzie początek przygody. Klub mieliśmy przed sobą: wąski, całkiem zwyczajny narożny budynek o białej elewacji. Gdyby nie ciężkie zasłony w oknach i dźwięki pianina raz po raz zakłócające wieczorną ciszę, mógłby uchodzić za siedzibę banku. Jones był w dziwnym nastroju. Odkąd doń dołączyłem, nie odezwał się ani słowem, głęboko zamyślony. Było wilgotno i dość zimno jak na tę porę – miałem wrażenie, że lato już nigdy nie nadejdzie – więc obaj mieliśmy na sobie grube płaszcze. Zastanawiałem się właśnie, czy przy takiej pogodzie bardziej dokucza mu ból w nodze, gdy nagle odwrócił się ku mnie i rzekł:
– Nie sądzisz, drogi Chase, że słowa Lestrade’a były szczególnie interesujące?
Zaskoczył mnie tym pytaniem.
– Które konkretnie?
– Skąd wiedział o tym, że wasz agent, Jonathan Pilgrim, wynajmował pokój w Bostończyku?
Zastanawiałem się przez chwilę.
– Nie mam pojęcia. Może gdy znaleziono Jonathana, miał przy sobie klucz? A może zapisał
sobie adres?
– Czy Pilgrim był nieostrożny?
– Był uparty, czasem może zbyt śmiały. Ale doskonale wiedział, jakie grozi mu
niebezpieczeństwo, jeśli zostanie zdemaskowany.
– Otóż to. Można by odnieść wrażenie, że wręcz chciał nas tu sprowadzić. Mam nadzieję, że nie popełniamy kluczowego błędu.
Znowu umilkł, a ja wyjąłem zegarek. Do policyjnego nalotu zostało pięć minut; żałowałem, że przyszliśmy tak wcześnie. Miałem wrażenie, że mój towarzysz unika kontaktu wzrokowego.
Nigdy nie widziałem, by stał całkiem swobodnie, i byłem przekonany, że to wynik niemal nieustającego bólu i konieczności używania laski. Teraz jednak, gdy czekaliśmy na akcję, wydał
mi się jeszcze bardziej spięty.
– Coś się stało, Jones? – spytałem wreszcie.
– Ależ skąd – odpowiedział pospiesznie i dodał po chwili: – Tylko że... chciałem cię o coś spytać.
– Proszę!
– Mam nadzieję, że nie poczytasz sobie tego za przejaw arogancji, ale... moja żona pytała, czy nie zechciałbyś przyjść do nas jutro na kolację. – Byłem zdumiony, że tak trywialna rzecz
jest dlań takim problemem, lecz zanim zdążyłem odpowiedzieć, dorzucił prędko: – Naturalnie opowiadałem jej o tobie i bardzo chciałaby cię poznać, posłuchać co nieco o twoim życiu w Ameryce.
– Przyjdę z przyjemnością – odrzekłem.
– Elspeth bardzo się o mnie niepokoi – ciągnął Jones. – Między nami mówiąc, często
powtarza, że byłaby znacznie szczęśliwsza, gdybym znalazł sobie inne zajęcie. Naturalnie nie muszę wspominać, że niemal nic nie wie o tym, co się wydarzyło w Bladeston House.
Powiedziałem jej tylko, że prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa, ale nie ujawniłem żadnych szczegółów, i proszę, byś i ty zachował dyskrecję. Na szczęście moja żona niezbyt często zagląda do gazet. Jest z natury bardzo delikatna, nie ma pojęcia, z jakimi ludźmi mamy tu do czynienia.
Gdyby wiedziała, byłaby głęboko przejęta.
– Niezmiernie mnie cieszy to zaproszenie – odparłem. – Nie będę ukrywał, że jedzenie w hotelu Hexam’s to kulinarna zbrodnia. Proszę się nie niepokoić, inspektorze. Pójdę za pańskim przykładem i na wszelkie pytania pani Jones odpowiadać będę w sposób nadzwyczaj dyskretny. –
Zadarłem głowę, by spojrzeć na klosz latarni. – Moja ukochana matka nigdy nie rozmawiała ze mną o pracy. Wiem, że czułaby się nieswojo. I choćby przez wzgląd na nią – będę uważał.
– Zatem jesteśmy umówieni. – Jones odetchnął z ulgą. – Możemy spotkać się w Scotland Yardzie i razem pojechać do Camberwell. Poznasz też moją córkę, Beatrice. Ma sześć lat i równie mocno pragnie dowiedzieć się wszystkiego o mojej pracy, jak nie życzy sobie tego moja żona.
Spodziewałem się, że wspomni i o dziecku – to Beatrice musiała zostać obdarowana
francuską kukiełką, którą Jones przywiózł z Paryża.
– Strój? – spytałem krótko.
– Przyjdź tak, jak stoisz. Nie róbmy z tego oficjalnego przyjęcia.
Rozmowę przerwał nam przeraźliwy gwizd, po którym cicha dotąd uliczka nagle wypełniła się umundurowanymi policjantami biegnącymi w stronę drzwi lokalu. Jones i ja byliśmy jedynie świadkami operacji; to Lestrade nią dowodził i jako pierwszy wspiął się po schodach, by szarpnąć klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Patrzyliśmy, jak cofa się o krok, jak szuka dzwonka i dzwoni zniecierpliwiony. Po chwili ktoś otworzył i oddział policji wpadł do środka.
Podążyliśmy za nim.
Choć słuchałem opowieści inspektora Gregsona, nie spodziewałem się, że wnętrza
Bostończyka urządzono z aż takim przepychem. Trebeck Street to wąska i marnie oświetlona ulica, tym bardziej zaskoczył nas za progiem migotliwy świat luster i żyrandoli, marmurowych posadzek i bogato zdobionych sufitów. Obrazy w złoconych ramach zajmowały niemal każdy cal ścian, a autorami wielu z nich byli znani amerykańscy malarze, tacy jak Albert Pinkham Ryder czy Thomas Cole. Każdy, komu zdarzyło się odwiedzić Union Club przy Park Avenue albo Metropolitan przy Sześćdziesiątej Ulicy, poczułby się tu jak w domu – i zapewne o to właśnie chodziło. Przy wejściu minęliśmy stojak z wyłącznie amerykańską prasą. Na wypolerowanych szklanych półkach można było dostrzec głównie amerykańskie marki: dziesiątki butelek bourbona Jim Beam i Old Fitzgerald, a także ginu Fleischmann Extra Dry. W głównej sali ujrzeliśmy co najmniej pięćdziesięciu gości; sądząc po akcencie, byli to przybysze ze Wschodniego Wybrzeża Stanów, z Teksasu i z Milwaukee. Młodzieniec we fraku grał na
pianinie, z którego zdjęto przednią ściankę, odsłaniając wnętrze. Przerwał występ, gdy się zjawiliśmy, ale wciąż siedział na swoim miejscu, wpatrując się nieruchomo w klawiaturę.
Policjanci rozbiegli się po sali i doskonale wyczułem oburzenie klienteli klubu – mężczyzn i kobiet w wieczorowych strojach, którzy niechętnie rozstępowali się, by ich przepuścić. Lestrade pomaszerował prosto do baru, jakby chciał zamówić drinka. Barman tylko na niego patrzył,
zapomniawszy zamknąć usta. Jones i ja trzymaliśmy się z tyłu, bo nie byliśmy przekonani, czy cała ta operacja jest mądrym posunięciem. Zastanawialiśmy się też, od czego można zacząć tak wielkie przeszukanie. Dwaj funkcjonariusze wchodzili już na piętro; pozostali obstawili drzwi, by nikt nie mógł wejść ani wyjść bez pozwolenia. Przyznaję, że sprawność Policji
Metropolitalnej zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Oddział był dobrze zorganizowany
i zdyscyplinowany, choć obserwując twarze mundurowych, podejrzewałem, że nie mają pojęcia, dlaczego właściwie się tu znaleźli.
Lestrade przemawiał jeszcze do barmana, gdy nagle otworzyły się boczne drzwi i z
sąsiedniego pomieszczenia wyszli dwaj mężczyźni. Rozpoznałem ich natychmiast. Edgara Mortlake’a znaliśmy już obaj, ale tym razem towarzyszył mu brat. Pokojówka z Bladeston House miała rację: byli niezwykle podobni (obaj mieli na sobie czarne fraki i muchy), lecz jednocześnie radykalnie odmienni, jakby artysta, który ulepił pierwszego z nich, postanowił dorobić egzemplarz znacznie bardziej brutalny i gorącokrwisty. Czernią włosów i nikczemnym
rozmiarem oczu Leland Mortlake żywo przypominał swego brata, ale nie nosił wąsów. Był odeń także o kilka lat starszy i to było widać: miał bardziej nalaną twarz i bardziej mięsiste wargi, wykrzywione grymasem pogardy. Był o kilka cali niższy od Edgara, lecz zanim jeszcze otworzył
usta, wiedzieliśmy, że to on odgrywa w tym duecie dominującą rolę. Młodszy brat trzymał się o kilka kroków w tyle; to była jego naturalna pozycja.
Nie zauważyli Lestrade’a albo całkiem go zignorowali; Edgar dostrzegł natomiast Jonesa i mnie. Szturchnął brata, po czym poprowadził go do nas.
– Co to ma znaczyć? – spytał Leland. Miał chrapliwy głos i oddychał ciężko, jakby mówienie sprawiało mu trudność.
– Ja ich znam – wyjaśnił Edgar. – Ten tutaj jest od Pinkertona. Nie zadał sobie trudu przedstawienia się. Ten drugi to Alan Jones, czy jakoś tak. Ze Scotland Yardu. Obaj byli w Bladeston House.
– Czego chcecie?
Zadając to pytanie, spoglądał na Jonesa, który zaraz pospieszył z odpowiedzią:
– Szukamy niejakiego Clarence’a Devereux.
– Nie znam go. Nie ma go tu.
– Przecież już mówiłem, że o nim nie słyszałem – dorzucił Edgar. – Po co więc tu
przychodzicie? Skoro chcieliście karty członkowskiej, trzeba było mnie poprosić w Highgate.
Chociaż uważam, że nie będzie was stać na roczną opłatę. Lestrade zauważył tymczasem, że rozmawiamy, i podszedł do nas.
– Pan Leland Mortlake? – spytał.
– Edgar Mortlake. Mój brat jest tutaj, jeśli chce pan z nim rozmawiać.
– Szukamy. .
– Wiem, kogo szukacie. Już mówiłem: nie ma go tu.
– Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki nie dowiedzie swojej tożsamości – oświadczył Lestrade. –
Chcę zobaczyć listę pańskich gości, nazwiska i adresy. Zamierzam przeszukać ten klub od piwnicy po dach.
– Nie ma pan prawa.
– Otóż sądzę, że mam, panie Mortlake. I zrobię to.
– Na początku roku zatrzymał się tu pewien człowiek – wtrąciłem – i został aż do końca kwietnia. Nazywał się Jonathan Pilgrim.
– Co z tego?
– Pamiętają go panowie?
Leland Mortlake gapił się w przestrzeń, a w jego oczach wciąż widziałem głównie niechęć.
Jego brat postanowił jednak odpowiedzieć:
– Tak, zdaje się, że mieliśmy tu gościa o takim nazwisku.
– W którym pokoju?
– W apartamencie Revere, na piętrze. – Tym razem odpowiedział mniej chętnie.
– Od tamtej pory ktoś tam mieszkał?
– Nie, pokój jest pusty.
– Chcę go obejrzeć.
Leland spojrzał na brata i przez chwilę sądziłem, że będą protestować, lecz zanim któryś z nich zdążył otworzyć usta, Jones zrobił krok naprzód.
– Pan Chase jest ze mną i działa z upoważnienia Scotland Yardu. Proszę nas zaprowadzić do tego pokoju.
– Jak pan sobie życzy. – Edgar Mortlake popatrzył na nas z kontrolowaną wściekłością.
Gdyby nie to, że byliśmy w Londynie, otoczeni brytyjskimi policjantami, sam nie wiem, jak zakończyłaby się ta scena. – Ale to już drugi raz, kiedy próbuje mi pan rozkazywać, panie Jones, i trzeba panu wiedzieć, że nie podoba mi się to. Zapewniam, że trzeciego razu nie będzie.