– Pan nam grozi?! – zagrzmiałem. – Chyba pan zapomina, kim jesteśmy.
– Twierdzę tylko, że nie zniosę takiego traktowania. – Edgar uniósł palec. – Co się zaś tyczy ciebie, pinkertończyku, to chyba zapominasz, z kim masz do czynienia. Jeszcze pożałujecie dnia, w którym weszliście nam w drogę.
– Przymknij się, Edgar! – warknął Leland.
– Jak sobie życzysz, Lelandzie – odpowiedział uprzejmie Edgar.
– To oburzające – ciągnął starszy z braci – ale proszę czynić swoją powinność. Nie mamy nic do ukrycia.
Zostawiliśmy właścicieli lokalu w asyście Lestrade’a, podczas gdy policjanci rozpoczęli już żmudny proces przesłuchiwania wszystkich gości i pieczołowicie notowali istotne dane. Razem weszliśmy na piętro, gdzie znaleźliśmy się w wąskim korytarzu z licznymi drzwiami. Po lewej mieliśmy sporą, rzęsiście oświetloną salę z kilkoma stolikami krytymi zielonym suknem – tu najwyraźniej oddawano się hazardowi. Ruszyliśmy dalej, mijając kolejne pokoje, z których każdy nosił nazwę na cześć któregoś ze słynnych bostończyków. Na apartament Revere
natknęliśmy się mniej więcej w połowie długości korytarza. Drzwi nie były zamknięte na klucz.
– Nie potrafię sobie wyobrazić, co masz nadzieję tu znaleźć – wymamrotał Jones, gdy wchodziliśmy do środka.
– Nie jestem pewny, czego właściwie się spodziewam – odparłem. – Inspektor Lastrade mówił, że już tu był... Pilgrim był jednak bystrym człowiekiem. Jeżeli zdawał sobie sprawę z zagrożenia, mógł spróbować coś dla nas zostawić.
– Jedno jest jasne: na parterze nie znajdziemy nic ciekawego.
– Zgadzam się.
Na pierwszy rzut oka pokój nie wyglądał zbyt obiecująco. Łóżko było świeżo zasłane, a szafa pusta. Wewnętrzne drzwi prowadziły do łazienki z sedesem i gorącą wodą z piecyka gazowego. Tapety, zasłony i meble były najwyższej jakości. Rozpoczęliśmy przeszukanie –
zajrzeliśmy do wszystkich szuflad, pod materac, nawet pod obrazy, ale szybko stało się jasne, że gdy Jonathan Pilgrim zwolnił apartament, posprzątano tu wyjątkowo dokładnie.
– Strata czasu – stwierdziłem.
– Tak się wydaje, a jednak... Co my tu mamy? – Mówiąc to, Jones przeglądał stosik
czasopism leżących na stoliku u wezgłowia łóżka.
– Nic tam nie ma – oznajmiłem. – Już sprawdzałem.
Tak było – wiedziałem już, że to tylko „The Century”, „The Atlantic Monthly” i „The North
American Review”. Lecz to nie czasopisma zainteresowały Jonesa, tylko mała wizytówka reklamowa, którą wyjął z jednego z nich. Przeczytałem:
NAJLEPSZY TONIK DO WŁOSÓW
„LUXURIANT” HORNERA
Znany w całym świecie lek na łysienie,
siwiznę oraz słabość wąsa.
Zdaniem lekarzy i uczonych – całkiem bezpieczny,
nie zawiera składników metalicznych i trujących.
Wytwarzany wyłącznie przez Alberta Hornera
Chancery Lane 13, Londyn E1
– Jonathan Pilgrim nie był łysy – powiedziałem. – Miał piękną czuprynę.
Jones się uśmiechnął.
– Patrzysz, ale nie widzisz. Spójrz na nazwisko: Horner. I na adres: numer trzynaście!
– Horner 13! – wykrzyknąłem. Taki zapis widniał w dzienniku, który znaleźliśmy w biurku Scotchy’ego Lavelle’a.
– Otóż to. Jeśli wasz agent był tak przebiegły, jak sugerowałeś, to całkiem możliwe, że zostawił nam tę wizytówkę celowo, w nadziei, że zostanie odkryta. Dla kogoś, kto sprzątał ten pokój, naturalnie nie znaczyła nic.
– I dla mnie nie znaczy wiele! Cóż może mieć wspólnego jakiś tonik do włosów
z Clarence’em Devereux albo z morderstwami w Bladeston House?
– Zobaczymy. W każdym razie wydaje mi się, że choć raz, mimo podejmowanych wysiłków, Lestrade zdołał pomóc nam w śledztwie. Cóż za odmiana – dodał Jones, chowając wizytówkę do kieszeni. – Nie powiemy mu o tym, Chase. Zgoda?
– Naturalnie.
Wyszliśmy z apartamentu Revere i zamknąwszy za sobą drzwi, wróciliśmy na dół.
10
Horner, Chancery Lane
C ałe szczęście, że zakład Hornera reklamował się tradycyjną tyczką w białe i czerwone pasy
– inaczej nigdy byśmy go nie znaleźli. Przede wszystkim nie należało szukać go przy Chancery Lane, tylko w bocznej, wąskiej i błotnistej uliczce, którą można było dotrzeć do Staples Inn Garden. Po jednej stronie mieściły się pasmanteria Reilly & Son oraz Kompania Depozytowa Chancery Lane, po drugiej zaś wzniesiono długi szereg nader skromnych budynków
mieszkalnych. Zakład fryzjerski znaleźliśmy w salonie jednego z owych domków. W oknie wisiał
cennik, z którego dowiedzieliśmy się, że golenie kosztuje pensa, a strzyżenie dwa. Sąsiednią nieruchomość zajmował nieczynny sklepik tytoniowy; dom po przeciwnej stronie również wyglądał na opuszczony.
Na ulicy hałasował siedzący na stołku kataryniarz w obszarpanym cylindrze i bezkształtnym płaszczu. Nie był wirtuozem. Gdybym pracował w pobliżu, pewnie doprowadzałby mnie do szału tym pozbawionym melodii dzwonieniem i brzęczeniem. Gdy tylko nas zobaczył, zerwał się i zawołał:
– Tonik do włosów, w porcjach za pół pensa i pensa! Wypróbujcie specjalny tonik Hornera!
Strzyżenie i golenie!
Dziwny to był jegomość, nadzwyczaj chudy i jakby chwiejny. Gdy się zbliżyliśmy, przestał
grać i podał nam wizytówkę, którą wyjął z torby przewieszonej przez ramię. Identyczną znaleźliśmy w Bostończyku.
Weszliśmy do ciasnego, mało ustawnego zakładu z jednym fotelem stojącym naprzeciwko lustra tak spękanego i zakurzonego, że niewiele było w nim widać. Na dwóch półkach stały buteleczki z preparatem „Luxuriant” Hornera i innymi zadziwiającymi specyfikami przeciwko wypadaniu włosów i innym męskim przypadłościom. Po dawno niezamiatanej podłodze walały się kępki ściętych włosów, lecz jeszcze bardziej nieapetycznie wyglądała miseczka z mydłem, pełna zaschniętej masy najeżonej resztkami czyjejś szczeciny. Zdążyłem pomyśleć, że to bodaj ostatnie miejsce w Londynie, w którym chciałbym się ostrzyc, gdy pojawił się właściciel zakładu.
Wspiął się po stopniach z sąsiedniego saloniku i podbiegł do nas truchtem, wycierając dłonie chustką. Trudno było określić jego wiek – wyglądał staro i młodo zarazem. Twarz miał nawet przyjemną, gładko ogoloną i uśmiechniętą, straszył jednak fryzurą, jakby przed chwilą stoczył
walkę z kotem. Z jednego boku miał dłuższe włosy, a z drugiego krótkie; nie brakowało też miejsc całkiem łysych, gdzie świecił nagą czaszką. Dodajmy jeszcze, że nie mył ich od pewnego czasu, przez co, delikatnie mówiąc, raziły zarówno kolorem, jak i teksturą.
Na szczęście był przyjacielski.
– Dzień dobry panom – zawołał. – Że też ta przeklęta pogoda nie chce się odmienić! Czy kiedykolwiek widzieli panowie Londyn w maju tak chłodny i przesiąknięty deszczem? Czym mogę służyć? Strzyżenie? Dwa strzyżenia? Na szczęście mam dziś nieco spokojniejszy dzień.
Nie kłamał. Nawet za oknem nie było nikogo prócz kataryniarza, który szczęśliwie
postanowił odpocząć.
– Nie przyszliśmy, żeby skorzystać z usług pańskiego zakładu – odparł Jones. Sięgnął po jedną z buteleczek i powąchał jej zawartość. – Pan Albert Horner, jak się domyślam?
– Broń Boże, łaskawy panie! Pan Horner zmarł dawno temu, ja tylko przejąłem po nim ten interes.
– Całkiem niedawno, jak się wydaje – zauważył Jones. Spojrzałem na niego
z zaciekawieniem, zastanawiając się, skąd ten pomysł, bo moim zdaniem ten człowiek mógł tu pracować od lat. – Tyczka przed zakładem jest stara – ciągnął inspektor, widząc moje zdziwienie
– ale zauważyłem, że śruby, którymi przytwierdzono ją do muru, są całkiem nowe. Na półkach widzę kurz, ale na butelkach już nie. To wiele mówiące szczegóły.
– Ma pan zupełną rację! – wykrzyknął fryzjer. – Jesteśmy tu od niespełna trzech miesięcy, chociaż zachowaliśmy dawną nazwę. Bo i dlaczego nie? Stary pan Horner był dobrze znany i podziwiany. Nasz produkt zyskał sławę wśród prawników i sędziów pracujących w tych stronach – choć wielu z nich uparcie nosi peruki.
– Jak zatem się pan nazywa? – spytałem.
– Silas Beckett, do usług.
Jones wyjął z kieszeni wizytówkę.
– Znaleźliśmy tę reklamę w klubie o nazwie Bostończyk. Zakładam, że to miejsce jest panu znane, a jeśli nie, to może chociaż człowiek, który się tam zatrzymał. To Amerykanin, Jonathan Pilgrim.
– Amerykanin, sir? Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek gościł tu Amerykanina –
odpowiedział Beckett, po czym skinął palcem na mnie. – Naturalnie nie licząc pana.
Nie, nie był detektywem – zdradził mnie akcent.
– A czy mówi panu coś nazwisko Scotchy Lavelle?
– Naturalnie rozmawiam ze swoimi klientami, proszę pana, ale rzadko kiedy mi się
przedstawiają. To także Amerykanin?
– A Clarence Devereux?
– Nie nadążam za panem! Tyle nazwisk... A może uda mi się zainteresować panów
buteleczką toniku do włosów? – spytał niemal bezczelnie, jakby zależało mu na tym, by ta rozmowa nareszcie dobiegła końca.
– Zna go pan?
– Clarence’a Devereux? Nie znam. Może spróbują panowie dowiedzieć się czegoś
naprzeciwko, w pasmanterii. Ja niestety nie mogę pomóc. Mam wrażenie, że marnujemy czas.
– Może, panie Beckett, ale ciekawi mnie jeszcze jedno – odparł Jones, przyglądając się wnikliwie fryzjerowi. – Czy jest pan człowiekiem religijnym?
Pytanie było tak nieoczekiwane, że nie wiem, kto był bardziej zaskoczony – Beckett czy ja.
– Słucham? – spytał, trzepocąc powiekami.
– Religijnym. Chodzi pan do kościoła?
– A skąd to pytanie?
Jones nie odpowiedział, a Beckett westchnął, wyraźnie zniecierpliwiony.
– Nie, sir, czasem grzeszę, ale nie bywam regularnie w kościele.
– Tak też myślałem – mruknął Jones. – Przekonał mnie pan dobitnie, że nie będzie w stanie nam pomóc, panie Beckett. Życzę miłego dnia.
Wyszliśmy z zakładu fryzjerskiego i wróciliśmy na Chancery Lane. Za naszymi plecami znowu odezwała się katarynka. Gdy tylko skręciliśmy za węgłem budynku, Jones przystanął i się roześmiał.
– Trafiliśmy na coś niezwykłego, drogi Chase. Sam Holmes nieźle by się ubawił: fryzjer, który nie umie strzyc, kataryniarz, który nie umie grać, i tonik do włosów zawierający pokaźną ilość benzoiny. Nie jest to może, jak mawiał, trzyfajkowa zagadka, ale jednak ciekawa.
– Co to wszystko znaczy? – nie wytrzymałem. – I dlaczego zapytał pan pana Becketta, czy jest religijny?
– A to nie oczywiste?
– Ani trochę.
– No cóż, już wkrótce się to wyjaśni. Wieczorem jemy kolację u mnie, a wcześniej... może przyszedłbyś do Scotland Yardu o trzeciej? Spotkamy się przed budynkiem i wszystkiego się dowiesz.
Piętnasta.
Przyjechałem punktualnie i wysiadłem z dorożki na Whitehall w chwili, gdy Big Ben wybijał
godzinę. Zatrzymaliśmy się przy chodniku naprzeciwko siedziby policji. Zapłaciłem woźnicy. To było piękne, bezchmurne popołudnie, choć jeszcze dość chłodne.
A teraz muszę krok po kroku wyjaśnić, co zaszło.
W niewielkiej odległości, na skrzyżowaniu, spostrzegłem chłopca, którego natychmiast rozpoznałem. To był Perry, ten sam, z którym spotkałem się w Café Royal i który groził mi nożem chirurgicznym. Przystanąłem i wydało mi się, że wraz ze mną znieruchomiał cały świat, jakby jakiś artysta uchwycił tę scenę i utrwalił na płótnie. Dzielił nas dystans, lecz i tym razem nie miałem wątpliwości, że chłopca otacza aura zła. Tego dnia miał na sobie mundur kadeta marynarki wojennej: czapkę, granatową kurtkę z dwoma rzędami guzików oraz skórzaną sakwę, której pasek ukosem opinał jego pierś. I tym razem widziałem, że z trudem wcisnął się w ten uniform. Guziki ledwie się trzymały na wydatnym brzuchu, a szyja wylewała się znad kołnierza.
Miałem wrażenie, że w słońcu jego włosy są bardziej żółte.
Po co tu przyszedł? Co zamierzał?
Zjawił się Athelney Jones. Właśnie wyszedł z budynku Scotland Yardu i rozglądał się za mną. Uniosłem rękę ostrzegawczym gestem, a gdy na mnie spojrzał, wskazałem na Perry’ego, który maszerował spiesznie chodnikiem na swych pękatych nogach.
Jones rozpoznał go od razu, ale był zbyt daleko, by cokolwiek zrobić.
Na Perry’ego czekał już czterokołowy powóz typu brougham – nie więcej niż pięćdziesiąt jardów od miejsca, w którym stałem. Gdy się zbliżył, otworzyły się drzwiczki. W środku siedział
mężczyzna, na poły ukryty w cieniu. Był wysoki, szczupły, ubrany na czarno – nie mogłem dostrzec jego twarzy, ale usłyszałem kaszel. Czy i Jones go widział? Raczej nie, był zbyt daleko i po niewłaściwej stronie ulicy. Chłopak wsiadł do broughama i drzwiczki zamknęły się z trzaskiem.
Nie namyślając się dłużej, puściłem się biegiem. Woźnica strzelił z bata i pojazd ruszył
gwałtownie, mimo to miałem szansę go dogonić. Kątem oka widziałem jeszcze Jonesa – i on przyspieszył, pomagając sobie laską. Powóz jechał ulicą Whitehall, nabierając prędkości, by lada chwila skręcić na Parliament Square. Gnałem najszybciej jak umiałem, ale dystans się nie skracał. Chcąc to zmienić, musiałem przebiec na drugą stronę ruchliwej ulicy, a powóz już znikał
za rogiem.
Skręciłem gwałtownie i znalazłem się na jezdni.
Athelney Jones krzyknął ostrzegawczo – właściwie nawet go nie usłyszałem, ale widziałem, że mnie woła, unosząc rękę.
W tym momencie spostrzegłem omnibus jadący prosto na mnie, choć prawdę mówiąc,
najpierw ujrzałem ciągnące go konie: potężne bestie o szeroko otwartych, dzikich ślepiach, podobne do dwugłowego potwora z greckiej mitologii. Sekundę później uświadomiłem sobie, że za nimi toczy się masywny pojazd, którego woźnica w panice ściąga lejce. Kilkoro pasażerów siedzących na dachu spoglądało z przerażeniem na to, co miało się ze mną stać.
Ktoś wrzasnął. Woźnica robił, co mógł, a ja słyszałem tylko tętent kopyt i warkot kół na bruku, który zaraz obejrzałem sobie z bliska, w ostatniej chwili rzuciwszy się w bok. Świat zawirował, a niebo przemknęło nade mną błyskawicznym ruchem.
Mogłem zginąć, lecz na szczęście omnibus również skręcił gwałtownie i minął mnie o kilka
cali, by zatrzymać się po chwili. Nawet nie czułem bólu głowy, w którą uderzyłem własnym kolanem. Obróciłem się w mgnieniu oka, wypatrując broughama, ale już go nie było. Chłopiec i jego kompan w czerni zdołali umknąć.
Jones zatrzymał się przy mnie. Po dziś dzień nie wiem, jakim cudem pokonał ten dystans tak prędko.
– Chase! – zawołał. – Chase, drogi druhu! Nic ci nie jest? Omal cię nie zmiażdżył...
– Widział pan ich? – spytałem. – To był Perry, chłopak z Café Royal! Siedział w środku, a towarzyszył mu mężczyzna...
– Tak.
– Widział pan jego twarz?
– Nie. Mógł mieć czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Wysoki i chudy. Niestety, siedział zbyt głęboko.
– Proszę mi pomóc.
Jones pochylił się, by podnieść mnie z ziemi. Czułem tuż obok oka strużkę krwi; starłem ją dłonią.
– O co tu chodzi, Jones? – spytałem. – Po co tu przyjechali?
Odpowiedzi doczekałem się już po paru sekundach.
Eksplozja była tak bliska, że nie tylko usłyszeliśmy ją, ale i poczuliśmy potężny podmuch niosący tuman pyłu. Spłoszone konie rzuciły się do ucieczki, ciągnąc za sobą powozy i nie zważając na wysiłki równie wystraszonych woźniców. Dwie dorożki zderzyły się nagle, a jedna z nich przewróciła się na bok. Przechodnie stanęli jak wryci; niektórzy obejmowali się lękliwie, inni rozglądali. Odłamki cegieł i szkła spadły na ziemię niczym deszcz i poczuliśmy smród spalenizny. Zadarłem głowę i ujrzałem potężny słup dymu unoszący się nad Scotland Yardem.