饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 16 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15414 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Ależ tak! Czy mogli wybrać sobie inny cel?

– To diabły! – wykrzyknął Jones.

Razem przebiegliśmy na drugą stronę ulicy. Wszystkie pojazdy zdążyły się już zatrzymać.

Nie myśląc nawet o tym, że sprawcy mogli podłożyć więcej niż jeden ładunek, wkroczyliśmy do budynku, prosto w tłum urzędników, mundurowych i gości, którzy gorączkowo poszukiwali wyjścia. Parter wydawał się nieuszkodzony, ale zobaczyliśmy konstabla zbiegającego po schodach, krwawiącego z rany na głowie i czarnego od sadzy. Jones chwycił go za ramiona.

– Co się stało? – spytał. – Które piętro?

– Drugie – odpowiedział funkcjonariusz. – Byłem tam! Tak niewiele brakowało...

Nie było czasu do stracenia. Podbiegliśmy do klatki schodowej i ruszyliśmy w górę, myśląc jednocześnie o tym, że ledwie dzień wcześniej pokonaliśmy tę samą drogę. W pośpiechu mijaliśmy korowód policjantów i cywilów, w tym sporo rannych i próbujących wzajemnie nieść sobie pomoc. Ktoś zawołał ostrzegawczo, że nie powinniśmy tam iść, ale się nie zatrzymaliśmy.

Im wyżej byliśmy, tym ostrzejsza była woń spalenizny i tym trudniej było nam oddychać.

Wreszcie dotarliśmy na drugie piętro i niemal od razu wpadłem na jednego z ludzi, których poznałem podczas zebrania – to był inspektor Gregson. Jego jasne włosy były w kompletnym nieładzie, a on sam w stanie szoku, ale nie wyglądał na rannego.

– Byłem w pokoju telegraficznym – wysapał. – Goniec przyniósł paczkę i położył ją pod ścianą twojego biura, Jones. Gdybyś siedział za biurkiem... – Gregson urwał, spoglądając na nas ze zgrozą. – Obawiam się, że Stevens nie żyje.

Na twarzy Jonesa odmalował się żal.

– Ilu jeszcze?

– Trudno powiedzieć. Wydano rozkaz ewakuacji budynku.

Nie zamierzaliśmy go wykonać. Parliśmy naprzód, nie zwracając uwagi na kuśtykających

w przeciwnym kierunku rannych – zakrwawionych i odzianych w strzępy ubrań. Na całym piętrze panowała niesamowita cisza. Nikt nie krzyczał, ale zdawało mi się, że słyszę trzask płomieni. Podążałem za Jonesem, aż wreszcie dotarliśmy do drzwi jego pokoju. Były otwarte.

W środku zastaliśmy przerażający widok.

Było to jedno z mniejszych biur, z widokiem na dziedziniec, o czym wcześniej wspominał mi Jones. Teraz wypełniał je głównie gruz, a ze ściany po lewej stronie nie została na miejscu nawet jedna cegła. Drewniane biurko przysypane było pyłem i kawałkami muru. Gregson miał rację: gdyby Jones tu siedział, niechybnie straciłby życie. Teraz na podłodze leżał młody mężczyzna, nad którym pochylał się wyraźnie oszołomiony i bezradny funkcjonariusz. Jones wbiegł do pokoju i przyklęknął obok zabitego, w którego skroni ziała ogromna dziura. Palce szeroko rozrzuconych rąk były nieruchome.

– Stevens! – zawołał mój towarzysz. – Był moim sekretarzem... moim asystentem...

Z sąsiedniego pomieszczenia biły ku nam kłęby dymu, ale dostrzegłem, że pokój

telegraficzny jest w jeszcze gorszym stanie. Resztki mebli stały w ogniu, a płomienie lizały już dziury w stropie, sięgając aż po dach. I tam dostrzegłem dwie nieruchome postacie przysypane gruzem – trudno było odgadnąć, czy to mężczyźni, czy młodzi chłopcy, ale obaj byli straszliwie okaleczeni przez eksplozję. Wszędzie leżały nadpalone papiery; niektóre kartki zdawały się wisieć w powietrzu, zapewne z powodu piekielnie wysokiej temperatury. Ogień rozprzestrzeniał

się błyskawicznie.

Podszedłem do Jonesa.

– Nic tu po nas! – zawołałem. – Musimy wykonać rozkaz. Wychodzimy z budynku. Już! –

krzyknąłem, trącając też młodego konstabla.

Gdy policjant wybiegł, Jones spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Nie byłem pewny, czy to rozpacz, czy wpływ gryzącego dymu.

– Czy to mnie chcieli dopaść? – spytał.

Skinąłem głową.

– Tak właśnie myślę.

Otoczyłem go ramieniem i wyprowadziłem na korytarz. Od detonacji nie minęło więcej niż kilka minut, a już byliśmy sami na całym piętrze. Wiedziałem, że jeśli ogień nie przygaśnie albo jeśli zabłądzimy w chmurze dymu, będzie po nas. Nie zważając na opór Jonesa, pociągnąłem go w stronę schodów i zbiegliśmy na dół. Za naszymi plecami rozległ się głośny rumor: zawalił się do reszty strop w pokoju telegraficznym. Możliwe, że należało zabrać stamtąd ciało zabitego sekretarza, a przynajmniej okryć je czymś na znak szacunku, ale w tamtej chwili ważne było dla mnie przede wszystkim nasze bezpieczeństwo.

Kilka parowych jednostek straży pożarnej zdążyło zatrzymać się przed budynkiem, nim wydostaliśmy się na świeże powietrze. Pierwsi strażacy już biegli ku drzwiom, inni rozciągali na chodniku węże. Z jezdni zniknęły wszystkie pojazdy. Na całej ulicy, zwykle tak ruchliwej, panował osobliwy bezruch. Prowadząc Jonesa pod rękę, dotarłem do najbliższej wolnej ławki i posadziłem go na niej. Oparł się ciężko na lasce. Nadal płakał.

– Stevens – wyszeptał. – Służył ze mną od trzech lat, niedawno się ożenił! A rozmawiałem z nim ledwie pół godziny temu.

– Przykro mi. – Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.

– Takie rzeczy już się zdarzały. Sześć czy siedem lat temu podłożono bombę na posterunku...

Ale to była robota Irlandczyków, zresztą nie w Londynie. A tym razem... – Jones rozejrzał się nieprzytomnie. – Naprawdę sądzisz, że to ja byłem celem?

– Ostrzegałem – odrzekłem. – Ci ludzie nie znają litości. Nie minął nawet dzień, odkąd Edgar Mortlake otwarcie panu groził.

– To zemsta za nasz nalot na Bostończyka!

– Tego się nie uda dowieść, ale innego powodu nie widzę. – Umilkłem. – Gdyby nie wyszedł

mi pan na spotkanie, pewnie siedziałby pan przy tym biurku... Rozumie pan, inspektorze Jones?

Sekundy dzieliły pana od śmierci.

Chwycił mnie za ramię.

– Zatem uratowałeś mi życie.

– Bardzo mnie to cieszy.

Spojrzeliśmy na drugą stronę ulicy, na strażaków uwijających się przy pompach

i wznoszących drabiny. Dym wylewał się oknami i przesłaniał niebo.

– Co teraz? – spytałem.

Jones pokręcił głową, znużony. Spoglądając na czarne smugi na jego policzkach i czole, pomyślałem, że zapewne wyglądam podobnie.

– Nie wiem – odparł. – Ale cokolwiek się zdarzy, nie mów o tym Elspeth!

11

Kolacja w Camberwell

W siedliśmy do pociągu znacznie później, niż planowaliśmy. Z wiaduktu Holborn ruszyliśmy praktycznie o zmroku, gdy tłumy na ulicach zaczęły wtapiać się w ciemność jak krople atramentu rzucone na papier. Jones był w fatalnym nastroju. Wkrótce po wybuchu w gmachu policji spotkał

się z Lestrade’em, Gregsonem i paroma innymi detektywami, ale z podjęciem jakichkolwiek decyzji wstrzymali się do następnego dnia. Nie mógł, rzecz jasna, uciec przed oczywistym wnioskiem: tego dnia cudem uszedł z życiem, a miał być ofiarą zamachu. Mocnym dowodem wydawały się słowa Edgara Mortlake’a; nieprzypadkowa była też pora, w której dokonano ataku.

Lestrade optował za natychmiastowym aresztowaniem obu braci, ale najgorętszym

orędownikiem większej ostrożności okazał się sam Jones. Zauważył, że nie ma żadnego dowodu poza krótką rozmową z podejrzanymi, której po prostu mogli się wyprzeć. Dodał też, że opracował już lepszą strategię, ale nie był jeszcze gotowy do jej przedstawienia. Przyznałem mu rację. Clarence Devereux i jego gang od wielu już lat grali w kotka i myszkę z Agencją Pinkertona; nie wątpiłem, że równie łatwo wykiwają brytyjską policję. Jeżeli mieliśmy ich złapać, to tylko zachowując najdalej idącą ostrożność.

– Raczej nie jest możliwe, by Elspeth wiedziała już o ataku bombowym – powiedział Jones, gdy nasz pociąg wjeżdżał do dzielnicy Camberwell i sposobiliśmy się do wyjścia – ale będę musiał powiedzieć jej prawdę, bo nie wyobrażam sobie zatajenia tak istotnej sprawy. Co innego kwestia tego, gdzie podłożono ładunek! I możliwość, że to ja mogłem być prawdziwym celem...

– O tym jej nie wspomnimy – powiedziałem.

– I tak się zorientuje. Ma zadziwiającą zdolność do wykrywania prawdy. – Jones westchnął.

– Tymczasem ja sam nie pojmuję intencji naszych przeciwników. Co takiego zamierzali osiągnąć? Przecież nawet gdybym poległ, nie zabrakłoby inspektorów gotowych podjąć

przerwane dochodzenie. Poznałeś już niektórych z nich. Poza tym, gdyby naprawdę chcieli mnie dopaść, mogliby skorzystać z wielu znacznie prostszych metod. Ot, choćby teraz stoimy na peronie – zabójca z nożem czy garotą załatwiłby sprawę w okamgnieniu.

– Niewykluczone, że wcale nie zamierzali pana uśmiercić – zauważyłem.

– Wcześniej byłeś innego zdania.

– Zgodziłem się z opinią, że to pan był celem ataku, inspektorze, i nadal tak uważam. Prawda jest jednak taka, że Clarence’owi Devereux mogło być najzupełniej obojętne, czy pan przeżyje czy nie. To była jedynie demonstracja siły i poczucia bezkarności. Ten człowiek śmieje się w twarz angielskim policjantom, a jednocześnie ich ostrzega: nie zbliżajcie się, nie wtrącajcie się w moje sprawy.

– Wobec tego nie zna nas ani trochę. Zdwoimy nasze wysiłki – odparł stanowczo Jones i nie odezwał się już, póki nie wyszliśmy z dworca. – Powiadam ci, Chase, nie ma w tym wszystkim sensu. Kim jest ten człowiek z powozu? Jak mamy rozumieć pomysł spotkania Devereux

z Moriartym, rolę tego chłopca, Perry’ego, śmierć Lavelle’a, nawet ten epizod w Horner’s przy Chancery Lane? Pojmuję sens każdego z tych epizodów z osobna, ale gdy próbuję je jakoś połączyć, wprost przeczą zdrowemu rozsądkowi. Jest tak, jakbym czytał książkę, w której złożono rozdziały w niewłaściwej kolejności – przypadkiem albo na życzenie autora chcącego zmylić czytelników.

– Sens tego wszystkiego odnajdziemy, tylko gdy schwytamy Clarence’a Devereux –

odpowiedziałem.

– Zaczynam wątpić, czy zdołamy tego dokonać. Lestrade miał rację. Ten człowiek jest jak zjawa. Bezcielesny.

– Czy i Moriarty taki nie był?

– To prawda. Moriarty był nazwiskiem, osobowością, jednostką zupełnie mi nieznaną – aż do samego końca. Na tym polegała jego siła. Niewykluczone, że Devereux nauczył się tego właśnie od niego. – Jones znowu kuśtykał, jakby mocniej opierając się na lasce. – Jestem znużony.

Wybacz, ale przerwiemy teraz rozmowę. Muszę zebrać siły na to, co mnie czeka w domu.

– Może wolałby pan, żebym wpadł z wizytą kiedy indziej?

– Ależ nie, przyjacielu. Gdybyś ją odłożył, Elspeth podejrzewałaby, że sprawy wyglądają jeszcze gorzej niż w rzeczywistości. I dlatego zjemy kolację zgodnie z planem.

Droga z Holborn do Camberwell nie była daleka, a jednak wydawało mi się, że docieramy do celu późną nocą: ulicami sunął leniwie tuman gęstej mgły, powietrze było martwe, a spóźnieni przechodnie wyglądali jak duchy. W ciemności minęła nas bryczka. Słyszałem klekot końskich kopyt i skrzypienie kół, ale sam pojazd był ledwie zjawą i zaraz zniknął za rogiem.

Jones mieszkał w pobliżu stacji. Muszę przyznać, że właśnie tak wyobrażałem sobie jego dom: urokliwy segment w długim szeregu podobnych, z wykuszami okiennymi i kolumnami pokrytymi białym stiukiem po obu stronach solidnych, czarnych drzwi frontowych. Utrzymany w typowo angielskim stylu, emanował spokojem i dawał poczucie bezpieczeństwa. Do wejścia z ulicy prowadziły trzy schodki, a wspinając się po nich, nie mogłem oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że oto zostawiam za plecami wszystkie troski i niebezpieczeństwa tego dnia. Być może wywołał to uczucie ciepły blask światła sączący się z okien mimo zaciągniętych zasłon, a może przyjemna woń mięsa i warzyw dobiegająca z kuchni ukrytej gdzieś w przyziemiu. Tak czy owak, cieszyłem się na tę wizytę. Weszliśmy do wąskiego holu, na którego końcu spostrzegłem pokryte bieżnikiem schody wiodące na piętro. Jones poprowadził mnie jednak w bok, do frontowego salonu. Ciągnął się on przez całą szerokość domu, a za rozsuniętym teraz przepierzeniem ujrzałem stół z zastawą dla trojga, biblioteczkę i pianino. W kominku palił się ogień, choć tak naprawdę nie był potrzebny. Dobrane ze smakiem meble, intarsjowane skrzynie i kosze, bordowe tapety i ciężkie zasłony wystarczały wszak, by uczynić wnętrze przytulnym.

Pani Jones siedziała w pluszowym fotelu, a przy niej stała przytulona nader urodziwa sześcioletnia dziewczynka z kukiełką policjanta przewieszoną przez ramię. Matka, jak się domyśliłem, właśnie czytała córce, ale gdy weszliśmy, zamknęła książkę. Dziecko spoglądało na nas, nie kryjąc zachwytu. W niczym nie przypominało ojca: miało jasnobrązowe włosy opadające na ramiona burzą loków, jasnozielone oczy i uśmiechało się radośnie. Było też wierną kopią swej matki, Elspeth Jones.

– Jeszcze nie w łóżku, Beatrice? – spytał Jones.

– Nie, papo. Mama pozwoliła.

– A oto i dżentelmen, którego, jak mi się wydaje, chciałaś poznać: mój przyjaciel, pan Frederick Chase.

– Dobry wieczór panu – powiedziała dziewczynka i pokazała mi zabawkę. – To policjant z Paryża. Dostałam go od taty.

– Wygląda sympatycznie – odrzekłem. Zawsze czułem się nieswojo w obecności dzieci, ale starałem się tego nie okazywać.

– Jeszcze nigdy nie spotkałam Amerykanina.

– Przekonasz się zatem, mam nadzieję, że nie różnię się zbytnio od was. W końcu i moi przodkowie opuścili ten kraj nie tak wiele lat temu. Mój pradziadek pochodził z Londynu, a mówiąc ściślej z Bow.

– Czy Nowy Jork jest bardzo głośny?

– Głośny? – Uśmiechnąłem się. Cóż za osobliwy dobór słów. – Cóż, z pewnością jest bardzo ruchliwym miastem. I budynki są wyjątkowo wysokie. Niektóre z nich tak wysokie, że

nazywamy je drapaczami chmur.

– Bo drapią chmury?

– Bo tak się wydaje.

– Wystarczy już, Beatrice. Niania czeka na górze. – Pani Jones zwróciła się teraz do mnie: –

Jest taka dociekliwa, że pewnego dnia niewątpliwie zostanie detektywem, jak jej ojciec.

– Ja zaś obawiam się, że minie jeszcze sporo czasu, zanim w szeregi Policji Metropolitalnej będą mogły wstępować kobiety – odparł jej mąż.

– Będzie więc prywatnym detektywem, jak pani Gladden ze znakomitych powieści pana

Forrestera. – Elspeth uśmiechnęła się do córki. – Pożegnaj się z panem Chase’em.

– Dobranoc, panie Chase – powiedziała dziewczynka i posłusznie wybiegła z salonu.

Teraz mogłem przyjrzeć się bliżej Elspeth Jones. Jej podobieństwa do córki nie umniejszało nawet to, że włosy nosiła krótko przycięte nad czołem, z tyłu zaś zebrane na grecką modłę.

Wyczuwałem, że jest niezmiernie wrażliwą i troskliwą osobą oraz że cokolwiek robi, angażuje w to dyskretną inteligencję. Nosiła prostą suknię w odcieniu przydymionego różu, spiętą paskiem, z wysokim kołnierzem. Nie zauważyłem żadnej biżuterii. Teraz, gdy Beatrice nas zostawiła, pani domu mogła skupić się na mnie.

– Panie Chase – zaczęła – bardzo mi miło pana poznać.

– I wzajemnie, łaskawa pani – odpowiedziałem.

– Napije się pan grogu?

Skinęła dłonią i teraz dopiero zauważyłem trzy szklanki na mosiężnym stoliku, przy

kominku.

– Zdaje się, że te zimowe noce zostały z nami na dobre, a ja lubię napić się czegoś ciepłego, gdy czekam na powrót męża.

Napełniła trzy szklanki rozcieńczonym alkoholem i usiedliśmy w owym niezręcznym

milczeniu, które towarzyszy często pierwszym spotkaniom, gdy nikt właściwie nie wie, od czego zacząć rozmowę. Po chwili na szczęście zjawiła się pokojówka – zameldowała, że kolacja gotowa, a kiedy zajęliśmy miejsca przy stole, atmosfera wyraźnie się rozluźniła.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页