饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 17 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15440 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Podano całkiem niezły gulasz oraz karczek jagnięcy z marchewką i purée z rzepy – były to specjały przewyższające smakiem wszystko, co oferował hotel Hexam’s. Athelney Jones zajął się teraz nalewaniem wina, jego żona zaś konsekwentnie kierowała rozmowę ku tematom, które ją interesowały. Miała wrodzony talent do czynienia tego w taki sposób, że trudno było zarzucić jej wyrachowanie, lecz ja byłem w pełni świadomy faktu, że przez bitą godzinę ani razu nawet nie zahaczyliśmy o sprawy policyjne. Zadała mi mnóstwo pytań o Amerykę: o kuchnię, kulturę, naturę ludzi. Chciała wiedzieć, czy widziałem już kinetoskop Thomasa Edisona, urządzenie, o którym sporo się pisało w brytyjskiej prasie, lecz jeszcze nie zostało pokazane na Wyspach.

Odrzekłem, że niestety nie.

– A jak się panu podoba Anglia? – spytała.

– Bardzo polubiłem Londyn – odparłem. – Bardziej przypomina mi Boston niż Nowy Jork, zwłaszcza liczbą galerii sztuki i muzeów, a także przyjemną dla oka architekturą i bogactwem sklepów. Naturalnie pełno tu śladów historii, czego wam bardzo zazdroszczę. Żałuję, że nie mam więcej wolnego czasu, bo za każdym razem, gdy idę ulicą, dostrzegam coś ciekawego.

– Może więc skusi się pan na dłuższy pobyt?

– To wcale niewykluczone, pani Jones. Od dawna marzy mi się podróż po Europie... Zresztą marzenie to dzieli ze mną bardzo wielu rodaków. Bądź co bądź, większość nas pochodzi właśnie stąd. Jeżeli uda nam się rozwiązać sprawę, nad którą pracujemy z pani mężem, być może zdołam

przekonać moich zwierzchników, by udzielili mi dłuższego urlopu.

Po raz pierwszy nawiązałem do przygody, która połączyła mnie z Athelneyem Jonesem,

i tym sposobem w chwili, gdy znikąd pojawiła się filigranowa pokojówka, by postawić na stole gorący pudding chlebowy i równie błyskawicznie zniknąć, nasza rozmowa skierowała się ku poważniejszym sprawom.

– Muszę ci coś powiedzieć, moja droga, co zapewne cię zmartwi – zaczął Jones. – Pewnie i tak dowiedziałabyś się o tym wkrótce z gazet, nawet jeśli rzadko do nich zaglądasz... – To rzekłszy, opisał wydarzenia minionego popołudnia, atak na Scotland Yard oraz moją rolę w tym, co zaszło. Tak jak się umówiliśmy, nie wspomniał ani o miejscu, w którym podłożono bombę, ani o śmierci sekretarza, Stevensa.

Elspeth Jones bez słowa przysłuchiwała się relacji.

– Ilu ludzi zginęło? – spytała, gdy zapadła cisza.

– Trzech, ale też wielu jest rannych – odpowiedział Jones.

– Trudno uwierzyć, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł ataku na siedzibę Policji

Metropolitalnej, nie mówiąc o tym, że odważył się go przeprowadzić – stwierdziła jego małżonka. – I to w tak krótkim czasie po tej niesłychanej zbrodni w Highgate! – Odwróciła się, by wbić we mnie przenikliwe spojrzenie jasnych oczu. – Wybaczy pan, panie Chase, ale muszę powiedzieć, że podążyły tu za panem z Ameryki nader mroczne siły.

– Małe sprostowanie, pani Jones: to ja podążyłem za nimi.

– Przybyliście tu jednak w tym samym czasie.

– Nie wolno nam winić pana Chase’a – wtrącił z wyrzutem Jones.

– Wiem o tym, Athelney. Ale jeśli zabrzmiało to inaczej, przepraszam. Zaczynam się

zastanawiać, czy to aby na pewno sprawa dla policji. Być może nadszedł czas, by zainteresowały się nią wyżej stojące organy władzy.

– Możliwe, że już to zrobiły.

– „Możliwe” nie wystarczy. Przecież zginęli policjanci! – Urwała na chwilę. – Czy bombę podłożono blisko twojego biura?

Jones nieznacznie się zawahał.

– Na tym samym piętrze.

– Czy to ty byłeś celem?

Widziałem, jak zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Za wcześnie, by to stwierdzić. W pobliżu miejsca zamachu znajdują się biura co najmniej kilku inspektorów. Sprawca mógł chcieć śmierci każdego z nas. Zaklinam cię jednak, najdroższa, nie mówmy już o tym. – Na szczęście właśnie w tej chwili znowu zjawiła się pokojówka, tym razem z kawą. – Może przejdziemy do pokoju obok?

Wstawszy od stołu, przeszliśmy do saloniku na tyłach domu, gdzie płomienie w kominku zdążyły już nieco przygasnąć. Zanim jednak spoczęliśmy, służąca podała pani Jones paczkę owiniętą szarym papierem.

– Przykro mi, że cię kłopoczę, Athelney – powiedziała, siadając w fotelu i podając pakunek mężowi – ale czy nie zechciałbyś wybrać się o kilka domów dalej, z wizytą do pani Mills?

– Teraz?

– To jej pranie i kilka książek, które dla niej wybrałam. – Elspeth spojrzała na mnie i dodała:

– Pani Mills należy do naszej parafii i niedawno owdowiała. Jakby tego było mało, choruje ostatnio, a my po prostu staramy się być dobrymi sąsiadami.

– Nie sądzisz, że jest za późno? – spytał Jones, wciąż trzymając w rękach paczkę.

– Ależ skąd. Pani Mills niewiele śpi, a w dodatku uprzedziłam ją, że przyjdziesz. Ogromnie się ucieszyła; sam wiesz, jak za tobą przepada. Tak czy inaczej, spacer przed snem dobrze ci

zrobi.

– Dobrze więc... Może Chase pójdzie ze mną?

– Pan Chase jeszcze nie wypił kawy. Dotrzyma mi towarzystwa, dopóki nie wrócisz.

Jej strategia była oczywista: chciała porozmawiać ze mną w cztery oczy i postarała się do tego doprowadzić. W gruncie rzeczy cały wieczór służył wyłącznie temu. Ja tymczasem z pewnym rozbawieniem przyglądałem się memu przyjacielowi Athelneyowi w zaciszu

domowym. W śledztwie tak silny i stanowczy, tu, w towarzystwie żony, stał się znacznie cichszy, potulniejszy. Widziałem doskonale, jak bardzo są sobie bliscy. Rozumieli się bez słowa i wzajemnie odgadywali swoje życzenia. Mimo to powiedziałbym, że to Elspeth była w tym związku silniejszą stroną. Przy niej Jones gubił gdzieś część swego autorytetu, ja zaś zastanawiałem się, czy i Sherlock Holmes nie byłby mniej wybitnym detektywem, gdyby przyszło mu do głowy znaleźć sobie żonę.

Athelney wstał i ściskając pod pachą paczkę, łagodnie ucałował Elspeth w czoło, po czym wyszedł. Zaczekała, aż trzasnęły drzwi frontowe, a wtedy spojrzała na mnie w zupełnie nowy sposób. Już nie była troskliwą gospodynią; zorientowałem się, że dokonuje oceny – próbuje rozstrzygnąć, czy wart jestem jej zaufania.

– Mąż mówił, że już od dawna jest pan detektywem w Agencji Pinkertona – zagaiła.

– Dłużej, niż chciałbym pamiętać, pani Jones – odparłem. – Choć jeśli chodzi o ścisłość, jestem śledczym, nie detektywem. To niezupełnie to samo.

– W jakim sensie?

– Stosujemy prostsze metody. Ktoś popełnia przestępstwo, my prowadzimy dochodzenie, wszystko według procedury. Inaczej niż tu, na Wyspach, gdzie bardziej się liczą podstępy, podchody, gra pozorów.

– Podoba się panu ta praca?

Zastanawiałem się chwilę nad odpowiedzią.

– Tak. Nie brak na tym świecie ludzi złych do szpiku kości, sprowadzających na bliźnich wyłącznie troski, ja zaś myślę, że walka z nimi to słuszna sprawa.

– Nie jest pan żonaty?

– Nie.

– I nigdy to pana nie kusiło?

– Jest pani bardzo bezpośrednia.

– Mam nadzieję, że pana nie uraziłam. Chciałabym tylko lepiej pana poznać, to dla mnie bardzo ważne.

– Zatem odpowiem: oczywiście, że mnie kusiło. Jednak od dziecka nawykłem do samotnego życia, a w ostatnich latach pozwoliłem, by pochłonęła mnie praca. Podoba mi się instytucja małżeństwa, lecz nie jestem pewien, czy to dla mnie najlepsza droga. – Czułem się skrępowany tą rozmową, więc postanowiłem zmienić temat. – Ma pani piękny dom, pani Jones, i uroczą rodzinę.

– Mój mąż bardzo pana polubił, panie Chase.

– Jestem mu za to wdzięczny.

– Ciekawa jestem, co pan o nim sądzi.

Odstawiłem filiżankę.

– Nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli.

– Lubi go pan?

– Naprawdę mam odpowiedzieć?

– Nie pytałabym, gdyby mi na tym nie zależało.

– Bardzo go lubię. Jestem tu obcy, a on przyjął mnie ciepło, gościnnie i otacza niezmienną

życzliwością, podczas gdy inni, co pewne, chętnie rzucaliby mi kłody pod nogi. Jest też, jeśli wolno mi zauważyć, błyskotliwym człowiekiem. Powiem więcej: jeszcze nigdy nie spotkałem detektywa takiego jak on. Jego metody pracy są nadzwyczajne.

– Naprawdę nikogo panu nie przypomina?

Pauza.

– Przypomina mi Sherlocka Holmesa.

– Właśnie. – Głos Elspeth Jones był teraz zimny. – Sherlocka Holmesa.

– Pani Jones, to oczywiste, że celowo odprawiła pani męża, ale nie wiem, w jakim celu.

Czuję się niezręcznie, gdy rozmawiamy o nim pod jego nieobecność. Proszę mi więc powiedzieć: do czego pani zmierza?

Milczała przez chwilę, wpatrując się we mnie w skupieniu. Blask płomieni tańczył na jej twarzy, która niespodzianie wydała mi się bardzo piękna.

– Gabinet mojego męża jest na piętrze – odezwała się wreszcie. – To jego zacisze, kryjówka, w której czasem się chroni, gdy pracuje nad sprawą. Chciałby pan tam zajrzeć?

– Nawet bardzo.

– Ja zaś bardzo chcę panu pokazać to miejsce. I proszę się nie niepokoić: wolno mi tam wchodzić, kiedy tylko zechcę; zresztą spędzimy tam najwyżej minutę lub dwie.

Poszedłem za nią na górę, mijając na schodach akwarele w prostych drewnianych ramkach, przedstawiające głównie ptaki i motyle, a zawieszone na ścianie pokrytej prążkowaną tapetą. Na piętrze otworzyła przede mną drzwi niewielkiego pokoju o podłodze z nagich desek, z widokiem na ogród. Wiedziałem, że to pracownia Jonesa, lecz nie on był panem tej izby.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, była sterta pism „Strand Magazine” na biurku.

Były znakomicie zachowane, niemal jak nowe. Nie musiałem ich otwierać, by odgadnąć, co się w nich znajduje: opowiadania o przygodach Sherlocka Holmesa autorstwa doktora Johna H.

Watsona. Wielki detektyw obecny był w tym pokoju w wielu różnych postaciach: nie brakowało zdjęć, dagerotypów i wycinków z gazet, zawieszonych na ścianach. „Błękitny Karbunkuł

odnaleziony”. „Udaremniono napad na bank przy Coburg Square”. Przyglądając się książkom stojącym na półce, zauważyłem, że wiele z nich to monografie autorstwa Holmesa. Był wśród nich pokaźny tom poświęcony naukowej analizie plam krwi. Inny dotyczył techniki kodowania ( Sto sześćdziesiąt zbadanych szyfrów). Trzeci zaś, który w lot przypomniał mi o naszej podróży pociągiem z Meiringen, był dogłębną analizą różnych typów popiołu tytoniowego. Były tam i inne książki, autorstwa Winwooda Reade’a, Wendella Holmesa, Emile’a Gaboriau oraz Edgara Allana Poe, kilka encyklopedii i zbiorów felietonów; na biurku leżał egzemplarz periodyku

„Anthropological Journal”, otwarty na stronach z artykułem o kształcie ludzkiego ucha. Gabinet urządzony był po spartańsku – poza półkami na książki jedynymi meblami były biurko, krzesło i dwa nieduże stoliki – ale jednocześnie zagracony do granic możliwości, głównie dość dziwacznymi przedmiotami. Był tam wypchany wąż (żmija bagienna, jak sądzę), były szklane fiolki z chemikaliami, palnik bunsenowski, lupa, kilka kości, mapa Upper Norwood, korzeń mandragory, jeśli mnie wzrok nie mylił, a także turecki pantofel.

Stałem wciąż na progu, a Elspeth Jones, która weszła wcześniej do gabinetu, teraz dopiero odwróciła się ku mnie.

– Tu pracuje mój mąż – powiedziała. – Spędza tu więcej czasu niż w którymkolwiek

z pokojów tego domu. Niewątpliwie nie muszę panu mówić, kto go do tego zainspirował.

– To aż nadto oczywiste.

– Już wymówiliśmy jego nazwisko. – Wyprostowała się, pełna emocji. – Czasem żałuję, że w ogóle je poznałam! – W gniewie stała się zupełnie inną osobą; już nie była ani matką troszczącą się o dziecko, ani grzeczną żoną zabawiającą gościa przy kolacji. – Właśnie to chcę

panu powiedzieć, panie Chase. Jeżeli ma pan pracować z moim mężem, musi pan to zrozumieć.

Po raz pierwszy spotkał Sherlocka Holmesa przy okazji sprawy morderstwa Bartholomew Sholto, zakończonej stratą wielkiego skarbu Agry. Tak się składa, że odegrał w niej pozytywną rolę, choć sam nie chce tego dostrzec, a relacja opublikowana przez doktora Watsona ukazała go w wyjątkowo niekorzystnym świetle.

Jones już mi o tym wspominał, ale przemilczałem to.

– Spotkali się ponownie przy okazji mniej spektakularnej sprawy: chodziło o włamanie w północnym Londynie i dziwną kradzież trzech porcelanowych figurek.

– Rodzina Abernettych.

– Mówił panu o tym?

– Ogólnikowo napomknął, ale nie znam szczegółów.

– Nieczęsto wspomina tę historię, i nie bez powodu. – Urwała, żeby się nieco uspokoić. –

I tym razem zawiódł, a doktor Watson znowu wystawi go na pośmiewisko – na szczęście tej opowieści jeszcze nie zdążył opublikować. Mąż zadręczał się przez bite trzy tygodnie, gdy sprawa została zamknięta. Dlaczego nie zauważył, że zmarły spędził czas w więzieniu?

Kawałeczki pakuł pod paznokciami to dość jasna wskazówka*, jeśli się nad tym zastanowić.

Dlaczego mój mąż nie dostrzegł znaczenia trzech identycznych figurek, skoro pan Holmes zauważył je natychmiast? Przegapił zresztą wszystkie istotne szczegóły: ślady stóp, śpiącego sąsiada, zagiętą skarpetę. Jakże mógł nazywać siebie detektywem, gdy zachował się jak skończony amator?

– Jest pani dla niego zbyt surowa.

– To on był dla siebie zbyt surowy! Powiem panu coś w zaufaniu, panie Chase, żywiąc w sercu nadzieję, że w istocie jest pan mu przyjacielem. Po sprawie Abernettych mój mąż bardzo się rozchorował. Skarżył się na nieustanne zmęczenie, ból zębów, ogólną słabość w kościach.

Napuchły mu nadgarstki i kostki. Z początku sądziłam, że się przepracował, że potrzeba mu jedynie odpoczynku i odrobiny słońca. Jednakże wkrótce lekarz postawił inną, poważniejszą diagnozę. Athelney cierpiał na krzywicę, chorobę, która doskwierała mu krótko w dzieciństwie, a teraz wróciła w znacznie ostrzejszej postaci.

Był zmuszony na rok zrezygnować z pracy, a ja pielęgnowałam go wtedy dniem i nocą.

Początkowo marzyłam tylko o tym, żeby wyzdrowiał, ale gdy po paru miesiącach zaczął

odzyskiwać siły, obudziła się we mnie nadzieja na coś więcej: że zrezygnuje z kariery policyjnej.

Jego brat, Peter, jest inspektorem. Jego ojciec dosłużył się stopnia komisarza. Wiedziałam, że to coś w rodzaju tradycji rodzinnej, mimo to pozwoliłam sobie na naiwną wiarę, że teraz – gdy ma małe dziecko i żonę, która każdego dnia lęka się o jego życie, a także świadomość, iż być może nigdy już nie odzyska dawnej siły – może wreszcie wybierze nowe życie. Myliłam się. Mój mąż wykorzystał roczną przerwę, by zbliżyć się do ideału w fachu detektywa. Dwukrotnie spotkał

Sherlocka Holmesa i dwukrotnie został przezeń pokonany. Postanowił, że jeśli dane im będzie spotkać się raz jeszcze, historia już się nie powtórzy. Innymi słowy, inspektor Athelney Jones zapragnął dorównać najsłynniejszemu detektywowi-konsultantowi na świecie i w tym celu rzucił

się w wir pracy z wigorem, którego nikt by się nie spodziewał po ciężko chorym człowieku.

Proszę mi wierzyć: widzi pan w tym pokoju tylko część dowodów owej misji, której się wtedy podjął. Przeczytał wszystkie teksty, które kiedykolwiek wyszły spod pióra pana Holmesa.

Przestudiował jego metody i powtórzył eksperymenty. Przesłuchał wszystkich inspektorów, którzy kiedykolwiek współpracowali z Holmesem. Krótko mówiąc, uczynił z Sherlocka Holmesa paradygmat własnego życia.

Wszystko, co mówiła, brzmiało sensownie. Od chwili, gdy poznałem Athelneya Jonesa,

byłem świadom tego, że interesuje go postać słynnego detektywa. Nie podejrzewałem jednak, jak

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页