głęboko ta fascynacja jest zakorzeniona w jego sercu i duszy.
– Mąż wrócił do pracy kilka miesięcy temu – dokończyła Elspeth Jones. – Uważa, że
najgorszą fazę choroby ma już dawno za sobą, ale tym, co tak naprawdę dodaje mu sił, jest znajomość metod śledczych Holmesa i wiara, że mu dorównał. – Umilkła, przejęta, by dodać po chwili: – Ja tej wiary nie podzielam. Niech mi to Bóg wybaczy. Kocham męża. Podziwiam go.
Lecz nade wszystko lękam się o niego, jeśli pozostanie zaślepiony tą okrutną wiarą w siebie.
– Myli się pani... – zacząłem.
– Proszę sobie darować uprzejmości. Niech się pan uważnie rozejrzy, oto dowody. I Bóg jeden wie, dokąd ta obsesja zaprowadzi Athelneya.
– Czego pani ode mnie oczekuje?
– Proszę go chronić. Nie wiem, przeciwko komu stanął tym razem do walki, ale okropnie się o niego boję. Wydaje się, że to bezlitośni ludzie. Jemu zaś w pewien sposób brakuje sprytu. Czy to źle, że mówię panu o tym wszystkim? Nie wiem, czy umiałabym żyć bez niego, a te straszne morderstwa i dzisiejszy zamach...
Urwała. W całym domu panowała głęboka cisza.
– Pani Jones – powiedziałem – daję słowo, że zrobię wszystko, żeby przeprowadzić nas obu bezpiecznie przez tę przygodę. Jest prawdą, że nasz przeciwnik jest wyjątkowo groźny, ale nie podzielam pani najgorszych przeczuć. Mąż pani zademonstrował mi nieraz, że jest obdarzony wyjątkową inteligencją. Może i jestem o parę lat starszy od niego, lecz potrafię przyznać, że w tym duecie to ja jestem czeladnikiem. To powiedziawszy, raz jeszcze obiecuję z całego serca, że będę na niego uważał. Będę stał przy nim ramię w ramię. Jeśli zaś znajdziemy się w niebezpieczeństwie, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby go ochronić.
– Jest pan dobrym człowiekiem, panie Chase. O nic więcej nie mogłabym prosić.
– Pani mąż zaraz wróci – powiedziałem. – Powinniśmy zejść na dół.
Chwyciła mnie pod ramię i razem ruszyliśmy w stronę schodów. Chwilę później Jones wrócił
do domu i zastał nas siedzących przy kominku, zajętych rozmową o pięciu gminach Nowego Jorku. Nie zauważył niczego podejrzanego, a ja nie odezwałem się ani słowem na temat rozmowy w jego gabinecie.
Później jednak, wracając na stację Camberwell, zadumałem się głęboko. Noc wciąż była czarna, a mgła snuła się nad chodnikami. Gdzieś daleko zawył pies, jakby chciał mnie ostrzec przed tym, o czym wolałem nie wiedzieć.
* Produkcja pakuł ze starych lin konopnych była mozolnym zajęciem, które często zlecano więźniom.
12
Na obcej ziemi
N astępnego dnia Jones był pełen energii – teraz już wiedziałem, że na duchu podnosi go przykład płynący z góry, od największego detektywa wszech czasów.
– Zapewne poczujesz ulgę, gdy usłyszysz, że nareszcie robimy postępy! – obwieścił, gdy przywitaliśmy się przed moim hotelem.
– Był pan znowu przy Chancery Lane? – spytałem.
– Silas Beckett i spółka mogą zaczekać. Powiedziałbym, że minie co najmniej tydzień, zanim znikną w mroku.
– Skąd ta pewność, skoro pan tam nie wrócił?
– Wiedziałem o tym, już gdy tam byliśmy, mój drogi Chase. Czyżbyś nie zwrócił uwagi na pozycję kataryniarza? Stał dokładnie osiem kroków od drzwi zakładu fryzjerskiego.
– Obawiam się, że nie nadążam.
– Zaczynam sądzić, że czeka nas wspólna przyszłość, przyjacielu. Zwolnisz się z Agencji Pinkertona, ja zaś ze Scotland Yardu. Spodoba ci się życie w Londynie. Nie! Mówię całkiem poważnie. To miasto potrzebuje nowego detektywa-konsultanta. Moglibyśmy nawet nająć pokoje przy Baker Street! Co ty na to?
– Nie jestem pewny.
– Naturalnie, teraz mamy pilniejsze sprawy. Na początek – nasz przyjaciel Perry. Wiemy już, że wszedł do gmachu policji za dwadzieścia trzecia i oznajmił, że ma paczkę dla mnie: spore pudło owinięte w szary papier. Skierowano go do mojego biura na drugim piętrze.
– Dlaczego nie zostawił tam bomby?
– Nie mógł, bo siedziałem przy biurku i natychmiast bym go rozpoznał. Dlatego podrzucił ją najbliżej, jak się dało, czyli po drugiej stronie ściany, w sali telegraficznej. Często przychodzą tam gońcy, praktykanci i kadeci – nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi.
– Ale pan wyszedł.
– Wyszedłem, żeby spotkać się z tobą, tak jak się umówiliśmy. Perry musiał mnie
wyprzedzić o minutę, najwyżej dwie. Tak niewiele brakowało! Widziałeś go, gdy wsiadał do powozu. Wymyśliłeś może, kim mógł być jego towarzysz?
– Nadal nie mam pojęcia.
– Nie szkodzi. Możliwe, że nasi przeciwnicy popełnili pierwszy poważny błąd, Chase.
Gdyby wybrali zwykłą dorożkę, pewnie nie zdołalibyśmy jej zidentyfikować. Ulice Londynu są ich pełne, mamy licencjonowane i nielicencjonowane dorożki, których właściciele nigdy nie zechcieliby się ujawnić. Ale brougham to co innego – takie pojazdy rzadko się widuje i dlatego mamy już w ręku woźnicę, który wiózł Perry’ego.
– Jak go znaleźliście?
– Na ulicach działają trzy brygady, niemal stu naszych ludzi. Naprawdę sądziłeś, że pozwolimy, by tak niebywała bezczelność uszła sprawcom na sucho? Nie było takiego zajazdu, takiego zaułka i takiej wozowni, do których byśmy nie zajrzeli. Nasi towarzysze pracowali przez całą noc i dzięki nim mamy człowieka, który pamięta kurs do Whitehall, który słyszał eksplozję i zaraz potem przyjął drugiego pasażera.
– Dokąd pojechali?
– Jeszcze nie przesłuchałem owego woźnicy. Ale jeśli powie nam, dokąd albo skąd zabrał
tamtych ludzi, nasze zadanie będzie wykonane, a Devereux najpewniej wpadnie w nasze ręce.
Jones przybył na spotkanie dorożką, która wciąż na nas czekała. W głębokiej ciszy
ruszyliśmy ulicami Londynu, przebijając się przez niekończące się strumienie podobnych pojazdów. Cieszyło mnie to milczenie. Mogłem w spokoju zastanowić się nad tym, co ostatniej nocy powiedziała mi Elspeth Jones. Ciekaw byłem, czy intuicja dobrze jej służyła. Jones ani słowem nie wspomniał o kolacji, choć z pewnością zdawał sobie sprawę, że jego żona celowo pozbyła się go z domu, by swobodnie ze mną porozmawiać. Czy wiedział też, że odwiedziliśmy jego gabinet? Z perspektywy czasu dialog z Elspeth wydawał mi się dziwnie niepokojący; żałowałem, że nie konwersowaliśmy dłużej... albo krócej.
Wreszcie zajechaliśmy na postój dorożek opodal Piccadilly Circus, w samym sercu
zachodniej dzielnicy miasta – znającym Nowy Jork mógłbym je porównać do Times Square.
Zaraz też dostrzegłem świetnie utrzymany, pieczołowicie wypolerowany wóz z zakrytą kabiną, strzeżony przez umundurowanego konstabla. Woźnica, barczysty osobnik w płaszczu
wydymanym wiatrem niby wielki namiot, siedział na koźle z lejcami na kolanach i groźnym grymasem na twarzy.
Wysiedliśmy.
– Pan Guthrie? – spytał Jones, podchodząc do broughama.
– Tak, to ja – odparł woźnica. – I czekam tu co najmniej od godziny. Jak można odbierać uczciwemu człowiekowi prawo zarabiania na utrzymanie?
Mówiąc to, nawet się nie ruszył, tylko patrzył na nas z wysoka, jakby ktoś go przywiązał
niczym konia w uprzęży. Był doprawdy imponującej postury, miał pulchne policzki, bokobrody i intensywnie czerwoną skórę – albo od nazbyt częstego przebywania na świeżym powietrzu, albo, co bardziej prawdopodobne, od sklerozy.
– Z pewnością jakoś panu zrekompensujemy stracony czas – odpowiedział mu Jones.
– Nie chcę żadnego rekompędzlowania, tylko zapłaty!
– Dostanie pan tyle pieniędzy, ile się należy – ale najpierw musi pan nam odpowiedzieć na wszystkie pytania. Wczoraj zabrał pan pasażera...
– Wczoraj zabrałem kilku pasażerów.
– Lecz tylko jednego do Whitehall, opodal Scotland Yardu.
Była mniej więcej piętnasta.
– A czy ja wiem, która to godzina? Co to dla mnie godzina? – Pokręcił wielką głową, zanim Jones zdążył odpowiedzieć. Miałem wrażenie, że koń solidaryzuje się ze swym panem, bo i on potrząsnął łbem. – No dobrze już, dobrze. Wiem, o którym człowieku pan mówi. Wysoki dżentelmen, widziałem, jak musiał się złożyć, żeby wleźć do środka. Dziwny gość, tak sobie pomyślałem.
– W jakim wieku?
– Trzydzieści, czterdzieści lat. – Woźnica zastanawiał się chwilę. – A może i pięćdziesiąt.
Trudno powiedzieć. Raczej starszy niż młodszy, to wszystko. I wredne ślepia. Nikt by nie chciał, żeby takie na niego patrzyły.
– Gdzie wsiadł?
– Przy Strandzie.
Jones spojrzał na mnie.
– Nic nam po tym – powiedział cicho. – Strand to jeden z najbardziej ruchliwych postojów dorożek w Londynie. Blisko najważniejszych stacji kolejowych. Woźnice chętnie tam stają, bo nie biegnie tamtędy większość tras omnibusowych.
– Zatem nasz tajemniczy pasażer mógł przybyć z dowolnego kierunku.
– Otóż to. Proszę mi powiedzieć, panie Guthrie, czy zabrał go pan prosto do Whitehall?
– Najprościej, jak można to zrobić przy takim ruchu na ulicach.
– Był sam?
– Samiuteńki. I cicho siedział w kącie, z kapeluszem nasuniętym na oczy i wysoko
postawionym kołnierzem. Zakaszlał parę razy, ale nie odezwał się ani słowem.
– Zapewne poinformował pana, dokąd chce jechać.
– „Whitehall”, powiedział, kiedy wsiadł. A potem „Stop!”, kiedy chciał, żebym się
zatrzymał. Dwa słowa, jeśli dobrze liczę. I nic więcej. Ani „proszę”, ani „dziękuję”.
– Zatem zawiózł go pan do Whitehall. Co było potem?
– Kazał mi czekać. – Dorożkarz pociągnął nosem, uświadomiwszy sobie, że popełnił błąd. –
No tak, mamy i trzecie słowo. Ale nic ponadto, tylko: „Czekaj!”. Z koniem bym więcej pogadał...
– Co dalej?
– Wie pan przecie, co było dalej! Cały Londyn wie. Dalej był huk tak głośny, jak
z japońskiego moździerza w Vauxhall Gardens. Wielkie nieba, co to było, myślę sobie. A klient nawet się nie ruszył, tylko siedzi i gapi się przez okno. Zrozumiałem, że na kogoś czeka. I wtedy przybiegł ten chłopak i wskoczył do środka. Goniec. Co tu jest grane, myślę. Ale nie spytałem, bo i tak by nie odpowiedzieli.
– Rozmawiali ze sobą?
– Rozmawiali, ale nic nie słyszałem. Siedziałem przecie z przodu, a drzwi i okna
pozamykane.
– Dokąd ich pan zabrał? – spytałem.
– Niezbyt daleko. Przez Parliament Square, do Victoria Street.
– Pod prywatny dom?
– A bo ja wiem? Ale pamiętam numer. Normalnie bym nie pamiętał, bo nie mam głowy do liczb. To znaczy: głowę mam pełną liczb, więc dlaczego miałbym zapamiętywać kolejną? Ale ta była łatwa jak raz, dwa, trzy. Bo to było raz, dwa, trzy. Victoria Street sto dwadzieścia trzy.
A jeśli to już wszystko, łaskawco, to mam jeszcze kilka liczb w zanadrzu: sześć pensów za kwadrans czekania, a tkwię tu co najmniej od dwóch godzin. I co pan na to?
Jones wręczył mu pieniądze i oddaliliśmy się w pośpiechu. Minęliśmy dom towarowy
Fortnum & Mason, a opodal Green Park zatrzymaliśmy dorożkę. Jones podał woźnicy adres.
– Mamy ich! – powiedział. – Nawet jeśli nie mieszkają przy Victoria Street, ten dom zaprowadzi nas do nich.
– Ten człowiek w kapeluszu – mruknąłem. – To nie mógł być Clarence Devereux. On nigdy nie wybrałby się na przejażdżkę powozem o niezasłoniętych oknach.
– Dorożkarz mówił, że pasażer się krył, chował twarz za kołnierzem.
– To za mało dla kogoś, kto podobno cierpi na agorafobię. To nie wszystko, panie Jones. To bardzo dziwne, ale mam wrażenie, że znam ten adres: Victoria Street 123.
– Jak to możliwe?
– Nie wiem. Musiałem go gdzieś widzieć, przeczytać... Nie wiem. – Urwałem i już
w milczeniu dojechaliśmy do celu.
Victoria Street to szeroka i ruchliwa ulica; tłumy wlewały się do eleganckich sklepów pod arkadami i wylewały na zewnątrz. Szybko znaleźliśmy budynek, który nas interesował: niezbyt piękny, ale solidny, niedawno wzniesiony i zdecydowanie za duży na to, by być prywatnym domem. Równie szybko przyszło skojarzenie z Bladeston House: znowu staliśmy przed
gmachem nieprzeniknionym, o zakratowanych oknach, ukrytym za solidną bramą, za którą wąska ścieżka prowadziła ku imponującym drzwiom frontowym. Zauważyłem, że Jones zadarł
głowę i przygląda się amerykańskiej fladze powiewającej nad dachem. Zaraz potem spojrzał na tabliczkę przy bramie.
– To poselstwo Stanów Zjednoczonych Ameryki! – wykrzyknąłem. – Ależ tak! Wielokrotnie
korespondowaliśmy z personelem tej placówki; Robert Pinkerton nawet się tu zatrzymał podczas podróży do Londynu. Stąd znam ten adres.
– Poselstwo... – Jones powtórzył to słowo z nagłym napięciem w głosie. Znieruchomiał na chwilę, zamyślony, ja zaś zrozumiałem, że woźnica broughama równie dobrze mógł zabrać swych dwóch pasażerów na Księżyc. – Nie mamy tu wstępu. Żaden miejscowy stróż prawa nie może wejść do poselstwa obcego kraju.
– Ale oni właśnie tu przyjechali! – zawołałem. – Perry i jego towarzysz. Jak to możliwe? –
Chwyciłem za pręty bramy, jakbym chciał je wyrwać. – Czy Clarence Devereux znalazł
schronienie w przedstawicielstwie mojego kraju? Musimy tam wejść!
– To niemożliwe, powiadam ci – powtórzył Jones. – Będziemy musieli zwrócić się do
departamentu podlegającego sekretarzowi spraw zagranicznych...
– Zatem zróbmy to!
– Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli dostateczne dowody na poparcie swego wniosku. Bo cóż mamy poza słowem pana Guthriego, który przywiózł tu swoich pasażerów? Nie mamy nawet pewności, czy tu weszli. To samo wydarzyło się w Highgate: śledziłem chłopaka aż do Bladeston House, a mimo to nie możemy stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że wszedł do środka.
– Bladeston House! Może pamięta pan, że Scotchy Lavelle chełpił się ochroną
amerykańskiego poselstwa.
– Pomyślałem sobie już wtedy, Chase, że to dość osobliwe.
– I jeszcze zaproszenie, które leżało na biurku – miał tu przyjść ze swoją kobietą.
– Mam je w biurze... A raczej jego resztki. – Jones zabrał z Bladeston House wszystko, co uznał za interesujące, w tym dziennik i kostkę mydła, która zaprowadziła nas do Hornera przy Chancery Lane. – Zaproszenie na przyjęcie dla biznesmenów.
– Pamięta pan datę?
Jones popatrzył na mnie tylko i już wiedziałem, że w lot przejrzał mój plan.
– Jednego możemy być pewni – stwierdziłem. – Scotchy Lavelle nie przyjdzie.
– Jeśli zdecydujemy się tam pójść zamiast niego, dla nas obu będzie to bardzo niebezpieczny ruch.
– Dla pana może tak, ale nie dla mnie. Jestem wszak Amerykaninem.
– Ale ja nie pozwolę, żebyś tam poszedł sam.
– Moim zdaniem nic nam nie grozi – to tylko przyjęcie dla ludzi interesu, Amerykanów i Anglików... – Uśmiechnąłem się. – Czy Scotchy naprawdę uważał się za takiego? Cóż, może i ciemne sprawki, którymi się zajmował, da się nazwać biznesem. – Spojrzałem z determinacją na inspektora Jonesa. – Nie możemy przegapić takiej sposobności. Jeśli zwrócimy się do sekretarza spraw zagranicznych, ostrzeżemy Clarence’a Devereux o naszych zamiarach.
– Zakładasz, że on tu jest.
– A czy nie wskazują na to dowody? Możemy przynajmniej się rozejrzeć – dorzuciłem
prędko. – Ryzyko nie jest duże, to pewne. Będziemy ledwie dwoma w tłumie gości.
Jones stał wsparty na lasce, spoglądając na bramę z prętów i zamknięte drzwi w głębi. Wiatr osłabł i flaga sflaczała, jakby wstydziła się swoich barw.
– Zgoda – rzekł wreszcie. – Pójdziemy.
13
Trzeci sekretarz