饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 19 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15903 字 更新时间:2026-6-22 23:19

W iele się zmieniło w amerykańskim poselstwie z okazji przyjęcia. Brama była otwarta, a drogę do drzwi frontowych oświetlały dwa szeregi pochodni. Kilku lokajów w równie ognistych, czerwonych kurtkach i bardzo staromodnych perukach kłaniało się gościom

wysiadającym z faetonów i land, które podjeżdżały długim sznurem. Spoglądając na ciepły blask okien i płomienie rzucające ciemnopomarańczowe cienie na ceglane mury oraz słuchając dźwięków fortepianu dobiegających zza drzwi, łatwo było zapomnieć, że to dość ponury gmach, a w dodatku w Londynie, nie w Nowym Jorku. Nawet flaga znowu powiewała na wietrze.

Przyjechałem razem z Athelneyem Jonesem; obaj byliśmy we frakach i białych muchach.

Zauważyłem, że swoją wierną laskę zamienił na inną, z główką z kości słoniowej –

zastanawiałem się, czy posiada inny model na każdą okazję. Sprawiał wrażenie

zdenerwowanego, bodaj po raz pierwszy brakło mu pewności siebie, a ja, widząc go w takiej kondycji, przypomniałem sobie, jak duże ryzyko podjął, przychodząc na to przyjęcie.

Funkcjonariusz brytyjskiej policji wchodzący na teren zagranicznej placówki dyplomatycznej pod fałszywym nazwiskiem, w ramach śledztwa opartego jedynie na poszlakach, musiał liczyć się z tym, że będzie to koniec jego kariery. Jones wahał się więc, spoglądając na otwarte drzwi.

Popatrzyliśmy sobie w oczy. Po chwili skinął głową i wszedł.

Wyjął z kieszeni zaproszenie, które zabrał z Bladeston House – na szczęście przetrwało wybuch i pożar, choć gdyby ktoś przyjrzał mu się bliżej, dostrzegłby nieznaczne osmalenie.

„Ambasador pełnomocny i nadzwyczajny, pan Robert T. Lincoln, ma zaszczyt zaprosić Pana Scotlanda Lavelle’a z osobą towarzyszącą”, wykaligrafowano z niezmierną starannością.

Mieliśmy szczęście, że kobiety imieniem Hen, którą dane nam było znać tak krótko, nie wymieniono w zaproszeniu z nazwiska. Postanowiliśmy, że w razie pytań to ja będę Scottem, Scotchym albo też panem Scotlandem, jak go nazwano. Jones miał pozostać moim anonimowym towarzyszem, a gdyby musiał się przedstawić, miał podać swoje prawdziwe nazwisko.

Nikt jednak nie próbował sprawdzać naszej tożsamości. Lokaj zerknął tylko na zaproszenie i skinął ręką w stronę przestronnego holu, pod którego ścianami stały regały pełne imitacji książek – nawet niepróbujących udawać oryginałów – oraz dwie kopie klasycznych posągów greckich bogiń. Przyjęcie odbywało się na piętrze i stamtąd właśnie płynęły dźwięki fortepianu.

Chcąc wejść na szerokie schody wyłożone grubym dywanem, goście musieli minąć stojących w szeregu czterech mężczyzn i kobietę.

Pierwszego z mężczyzn omal nie przeoczyłem, gdyż stał plecami do drzwi. Miał siwe włosy i opadające powieki; wyglądał mi na skończonego nudziarza i kompletnie nie nadawał się do komitetu powitalnego. Był też najniższy z całego towarzystwa, nawet kobieta górowała nad nim wzrostem.

Nie miałem wątpliwości, że owa dama jest żoną ambasadora. Nie, z pewnością nie była piękna – pokaźny nos, blada cera i włosy zakręcone w zbyt ciasne loki nie dodawały jej urody –

ale miała w sobie jakąś królewską godność, gdy tak łaskawie witała wchodzących, jakby była jedynym powodem, dla którego zapragnęli tu przyjść. Nosiła prostą suknię z brązowego diagonalu, z bufiastymi rękawami zwężającymi się ku dołowi. Jej szyję zdobiła prosta wstążka.

Poczułem woń wody lawendowej, gdy pochyliłem się nad jej dłonią.

– Scotland Lavelle – wymamrotałem.

– Witamy serdecznie, panie Lavelle. – Sam monarcha nie zdołałby wypowiedzieć tych

czterech słów z mniejszym entuzjazmem.

Jej mąż, stojący obok, wyglądał na człowieka bardziej serdecznego. Był pokaźnym,

barczystym mężczyzną o gęstych, czarnych włosach, dość fantazyjnie rozczesanych w dwie fale.

Uśmiech na jego ustach toczył – i przegrywał – bitwę z powagą bijącą z jego oczu, a każdy ruch wydawał się tak wyćwiczony, tak oficjalny, że niemal karykaturalny. Policzki i usta były prawie niewidoczne pod wielką brodą i wąsami; zarost sięgający aż do uszu był krzywy, powiedziałbym nawet, że zaniedbany. Obserwując go, jak zwraca się do ludzi na czele kolejki oczekujących gości, odniosłem wrażenie, że podobnie jak jego małżonka, stara się coś ukryć, z mniejszym lub większym powodzeniem. Najwyraźniej doświadczyli niedawno czegoś smutnego i nastrój ten wciąż im towarzyszył.

Stanąłem wreszcie przed ambasadorem i powtórzyłem me fałszywe nazwisko. Zaczynałem

się już do niego przyzwyczajać. Gospodarz mocno uścisnął moją dłoń.

– Robert Lincoln – przedstawił się.

– Pan Lincoln – powtórzyłem, choć przecież doskonale wiedziałem, z kim mam do

czynienia.

– To dla mnie wielka przyjemność gościć pana w moim londyńskim domu, panie Lavelle.

Pozwoli pan, że mu przedstawię mojego doradcę, pana White’a?

Był to człowiek stojący jako trzeci w szeregu, także brodaty, ale może o dziesięć lat młodszy od ambasadora. On również skłonił się lekko.

– Mam nadzieję, że miło i pożytecznie spędzi pan z nami ten wieczór.

Zaczekałem, aż Athelney Jones się przedstawi, i razem weszliśmy na schody.

– Lincoln...? – spytał.

– Syn Abrahama Lincolna – odpowiedziałem. Jak mogłem zapomnieć, że potomek jednej

z najsłynniejszych rodzin Ameryki został wysłany na Dwór Świętego Jakuba? Owego

pamiętnego wieczoru, gdy zamordowano jego ojca, i dla Roberta Lincolna zarezerwowano miejsce w teatrze Forda. Powszechne współczucie dlań przemieniło się w entuzjastyczne poparcie i raz po raz słychać było głosy, że podczas najbliższych wyborów Lincoln junior mógłby kandydować na prezydenta.

– Ta szopka źle się dla mnie skończy – mruknął Jones, na wpół poważnie.

– Jesteśmy już w środku – odparłem – a dotychczas nie napotkaliśmy najmniejszych

problemów.

– W głębi serca wciąż nie mogę uwierzyć, że organizacja przestępcza znalazła schronienie w oficjalnym poselstwie obcego kraju. To nie do pomyślenia.

– A jednak zaproszono tu Scotchy’ego – przypomniałem. – Sprawdźmy, czy uda nam się tu znaleźć pulchnego chłopaka i jego towarzysza z powozu.

Przeszliśmy pod ozdobnym łukiem i znaleźliśmy się w sali ciągnącej się przez całą szerokość budynku. Okna sięgały od podłogi do sufitu i gdyby nie ciężkie zasłony, pewnie rozciągałby się za nimi piękny widok na ogród. Zgromadziła się tu może setka gości, których zabawiał pianista –

synkopowane rytmy, które wygrywał, zapewne obce były uszom Athelneya Jonesa, lecz ja wiedziałem, że to muzyka rodem z ulic Nowego Orleanu. Na długim stole dostrzegłem rząd kieliszków i misy z czymś, co wyglądało mi na poncz owocowy. Kelnerzy krążyli już z tacami zakąsek: surowych ostryg z ogórkiem i rzodkiewką, kulek rybnych, vol-au-vent i innych.

Rozbawił mnie widok wizytówek na wielu tacach: reklamowano niektóre składniki, takie jak ketchup pomidorowy E.C. Hazarda, ocet Baltimore czy musztardę Philadelphia od Colburna. Na osobnym stoliku prezentowano wyborną kawę marki Chase & Sanborn. Cóż, było to spotkanie dla ludzi interesu, być może więc nachalną reklamę uznano w poselstwie za element biznesowej etykiety.

Niewiele mieliśmy do roboty. Przyjęcie miało się odbyć w tej właśnie sali balowej,

a myszkowanie po budynku należącym do amerykańskiego poselstwa w poszukiwaniu

Clarence’a Devereux uznaliśmy zgodnie za wykluczone. Jeżeli tu był, istniała szansa, że po prostu na niego wpadniemy albo przynajmniej poznamy kogoś, kto go zna. Inaczej nasza wyprawa była tylko stratą czasu.

Skosztowaliśmy koktajlu miętowego (z „Bourbonem z Czterech Róż” z Kentucky, jak głosiła ulotka reklamowa) i wmieszaliśmy się w tłum gości. Wkrótce było ich już kilkuset, a wszyscy w najelegantszych wieczorowych strojach. W pewnej chwili zwróciłem uwagę na niewysokiego mężczyznę – stał u drzwi, ze złością odpędzając kelnera, który na swoje nieszczęście spróbował

poczęstować go kiełbaskami.

– Nie jadam mięsa!

Słowa te, wypowiedziane podniesionym, dość piskliwym głosem, wydały mi się nie tylko nieuprzejme, ale i kompletnie niestosowne w takim towarzystwie. Chwilę później do sali wkroczył ambasador w asyście małżonki i doradcy, co oznaczało, że goście są już w komplecie.

Gdziekolwiek Robert Lincoln postanowił się zatrzymać, zaraz zbierał się wokół niego wianuszek chętnych do rozmowy – najwyraźniej był to człowiek wielkiej charyzmy. Zdarzyło się w końcu i tak, że obaj z Jonesem nie zdołaliśmy się wycofać, gdy po raz kolejny zamknął się wokół

ambasadora krąg słuchaczy.

– Co będzie dalej z połowami fok? – spytał ktoś z troską. Sterczące wąsy i paciorkowate oczy upodabniały go do zwierzaków, których los tak go interesował. – Czy czeka nas wojna o Morze Beringa?

– Nie sądzę, mój panie – odpowiedział spokojnie Lincoln. – Ufam, że zdołamy

wynegocjować ugodę w tej sprawie.

– Przecież to amerykańskie foki!

– Nie jestem pewny, czy stworzenia te są świadome swego obywatelstwa – amerykańskiego, kanadyjskiego czy jakiegokolwiek innego. Zwłaszcza te, które kończą żywot jako damska torebka. – Ambasador obrócił się z błyskiem w oku i nagle stanęliśmy twarzą w twarz. – A co sprowadza pana do Londynu, panie Lavelle? – spytał.

Fakt, że zapamiętał moje nazwisko – a przynajmniej nazwisko, które mu podałem – zrobił na mnie takie wrażenie, że na moment zapomniałem języka w gębie. Na szczęście

Jones pospieszył mi z pomocą.

– Jesteśmy partnerami w interesach. Promotorami firm.

– Pan...?

– Jones.

– Miło mi obu panów widzieć. – Skinął głową w stronę młodego mężczyzny, który mu

towarzyszył. – Mój przyjaciel, pan White, uważa, że naszymi naturalnymi partnerami

handlowymi powinny być kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Ja jednak sądzę, że to Europa jest przyszłością. Jeśli tylko moi ludzie mogą służyć panom pomocą w prowadzeniu

działalności...

Gotów był się oddalić, ale zanim to uczynił, wypaliłem:

– Owszem, sir, mógłby pan pomóc nam w pewnej sprawie.

Zakołysał się na piętach.

– Jakiej mianowicie?

– Szukamy kontaktu handlowego z Clarence’em Devereux.

Celowo wypowiedziałem tę kwestię głośno i do dziś nie wiem, czy zadziałała moja

wyobraźnia, czy może rzeczywiście uciszyłem salę.

Ambasador spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

– Z Clarence’em Devereux? Niestety, nie znam go. Któż to taki?

– Biznesmen z Nowego Jorku – odrzekłem.

– A w czym się specjalizuje?

Zanim odpowiedziałem, wtrącił się doradca Lincolna.

– Jeśli ten dżentelmen nawiązał kontakt z naszym poselstwem i zostawił adres, jeden z naszych sekretarzy z pewnością będzie w stanie panom pomóc – powiedział. – Proszę zajrzeć do nas w dowolnym terminie.

To rzekłszy, w bardzo dyskretny sposób poprowadził ambasadora w tłum gości.

Zostaliśmy z Jonesem sami.

– Pan Jones! Pan pinkertończyk!

Moje serce stanęło, gdy usłyszałem te słowa. Odwróciłem się i stanąłem oko w oko

z Edgarem i Lelandem Mortlake’ami. Choć tym razem wystąpili w strojach stosownych do okazji, z białymi muchami pod szyją, miałem wrażenie, że od naszego poprzedniego spotkania w Bostończyku nie minęła nawet chwila.

– Może się mylę – zaczął Edgar Mortlake – ale dałbym słowo, że właśnie słyszałem, jak ambasador wziął pana za Scotlanda Lavelle’a. I od razu wiedziałem, że musiał się pomylić, biedny Scotchy jest bowiem w stanie, który uniemożliwia udział w oficjalnych przyjęciach.

– Skandal! – warknął Leland Mortlake, krzywiąc pogardliwie grube wargi.

– Zdaje się, że panowie nie mają prawa tu przebywać, bo nie zostali zaproszeni. A jeśli udało im się tu wśliznąć, to albo dzięki kradzieży – zwinęliście zaproszenie, nieprawdaż? – albo dzięki temu, że okłamali ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki.

– Weszliśmy tu z powodu śledztwa, które prowadzimy, a także ataku na moje biuro,

w wyniku którego dwaj funkcjonariusze policji stracili życie – odparował Jones. – Panowie naturalnie będą udawać, że nic o tym nie wiedzą, ale znajdzie się jeszcze okazja do rozmowy na ten temat. A teraz wychodzimy.

– Nie sądzę. – Edgar podniósł rękę i w tym momencie dość młody, sprawiający wrażenie ważniaka mężczyzna podbiegł do nas, jakby zwęszył kłopoty. Nie widziałem go w holu na dole, w świcie ambasadora. – Ci dwaj dżentelmeni są detektywami. Jeden z nich pracuje dla Pinkertona, drugi jest funkcjonariuszem Scotland Yardu. Weszli na teren poselstwa podstępem i przesłuchali samego pana ambasadora.

Urzędnik spojrzał na nas pytająco.

– Czy to prawda?

– Prawdą jest, że jestem funkcjonariuszem policji – odparł Jones. – I rzeczywiście przed chwilą rozmawiałem z panem Lincolnem. Jednakże nie przyszedłem tu w tym celu, a naszej rozmowy w żadnym razie nie można nazwać przesłuchaniem.

– Trzeba ich wyrzucić – podpowiedział Edgar.

– Aresztować – dorzucił Leland. Jak zawsze, zdobył się tylko na jedno słowo.

Pracownik poselstwa czuł się nader niezręcznie; doskwierała mu świadomość, że ta wymiana zdań toczy się w samym środku zatłoczonej sali balowej, a ambasador i jego żona stoją ledwie o kilka kroków dalej. Jones próbował robić dobrą minę do złej gry, ale widziałem, że jest mocno zaniepokojony. Tymczasem dwaj bracia triumfowali, zachwyceni naszym położeniem.

– Panowie, proszę ze mną, tak będzie najlepiej – powiedział wreszcie urzędnik.

– Chętnie.

Idąc za nim, opuściliśmy salę i rozbawione towarzystwo. Milczeliśmy zgodnie aż do chwili, gdy zamknęły się za nami drzwi i znaleźliśmy się na korytarzu. Wtedy Jones zwrócił się do eskortującego nas mężczyzny:

– Nie zaprzeczam, istotnie nie powinno nas tu być, a nasza wizyta to, najdelikatniej mówiąc,

poważne naruszenie protokołu. Mogę za to jedynie przeprosić. Zapewniam jednak, że moi zwierzchnicy gotowi są zadośćuczynić państwu za mój błąd. Teraz zaś, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, oddalę się wraz z przyjacielem.

– Bardzo mi przykro – odparł urzędnik – ale nie do mnie należy decyzja. Muszę najpierw porozmawiać z przełożonymi, zanim pozwolę panom odejść. – Skinął dłonią. – Tam jest pusty pokój. Zechcą panowie zaczekać kilka minut, to naprawdę nie potrwa długo.

Nie mogliśmy stawiać oporu. Pracownik poselstwa wprowadził nas do pomieszczenia, które, jak się domyśliłem, musiało służyć na co dzień jako poczekalnia dla petentów. Jedynym wyposażeniem były trzy krzesła oraz stolik. Na ścianie wisiał portret Benjamina Harrisona, dwudziestego trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Za oknem ujrzeliśmy światła Victoria Street, a nieco bliżej, w dole, blask wciąż płonących pochodni. Drzwi zamknęły się za nami i zostaliśmy sami.

Jones opadł ciężko na krzesło.

– Fatalna sprawa – zauważył.

– To wszystko moja wina – dodałem czym prędzej. – Brak mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo żałuję, że dałem się ponieść impulsowi i sprowadziłem nas tutaj.

– Tak czy owak, był to chyba wysiłek skazany na niepowodzenie. Jednakże nie winię cię, Chase. To ja podjąłem decyzję, a nie bez znaczenia było i to, że zjawili się tu obaj bracia Mortlake’owie. – Jones pokręcił głową. – To powiedziawszy, dodać muszę, że wolę nie myśleć o tym, co nas czeka.

– Nie wyrzucą pana ze służby.

– Być może nie będą mieli wyboru.

– A jakie to ma znaczenie? – wykrzyknąłem. – Posiada pan najbardziej niezwykły umysł, jaki kiedykolwiek miałem okazję poznać. Od chwili, gdy spotkaliśmy się w Meiringen, widziałem, jak bardzo różni się pan od Lestrade’a i całej reszty. Przez wszystkie lata pracy dla Pinkertona nie spotkałem ani jednego agenta, który przypominałby pana. I nawet jeśli Scotland Yard zdecyduje się zrezygnować z pańskich usług, drogi panie Jones, to jeszcze pożałuje i będzie pana szukał. Londyn potrzebuje nowego detektywa-konsultanta. Sam pan to powiedział, ledwie wczoraj.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页