Moriarty daje się zaskoczyć i zepchnięty z urwiska z potwornym krzykiem na ustach spada w otchłań. Zanim zniknie w falach, Holmes widzi jeszcze, jak nieszczęśnik odbija się w locie od skały. Sam jest bezpieczny... Wybacz, czytelniku, ale czyż ten opis starcia tytanów nie pozostawia w was pewnego niedosytu? Warto sobie zadać pytanie: Dlaczego Moriarty w ogóle dopuścił do walki sam na sam? Staromodne bohaterstwo to piękna rzecz (choć jeszcze nie spotkałem przestępcy, który miałby ku niemu skłonność), ale czemu miałoby służyć narażanie się na tak wielkie niebezpieczeństwo? Mówiąc wprost: Dlaczego profesor nie wyjął rewolweru i nie palnął
przeciwnikowi w łeb z najkrótszego dystansu?
To doprawdy dziwne, lecz jeszcze bardziej osobliwe jest zachowanie Holmesa. Działając pod wpływem impulsu, postanawia sfingować własną śmierć. Wspina się na ścianę skalną po drugiej stronie ścieżki i ukrywa się, czekając na powrót Watsona. Czyni to, rzecz jasna, po to, by nie zostawić tropów, które mogłyby wskazywać, że jeden z walczących ocalał. Ale po co? Przecież profesor Moriarty nie żyje, a wcześniej przedstawiciel brytyjskiej policji oznajmił Holmesowi, że
aresztowano cały gang. Dlaczego detektyw nadal uważa, że grozi mu niebezpieczeństwo? Co może zyskać, udając nieboszczyka? Gdybym to ja był Holmesem, powróciłbym czym prędzej do Englischer Hof na pyszny sznycel wiedeński i uczcił zwycięstwo kieliszkiem wina z Neuchâtel.
Tymczasem doktor Watson uświadamia sobie, że został oszukany, i w pośpiechu wraca na miejsce konfrontacji, gdzie z tropów pozostawionych przez walczących odczytuje przebieg wydarzeń. Zaraz też wzywa pomoc i przeszukuje okolicę z kilkoma ochotnikami z hotelu i miejscowym policjantem, niejakim Gessnerem. Holmes ich widzi, ale nie ujawnia się, choć przecież musi być świadom rozterek targających jego najwierniejszym towarzyszem. Znajdują list. Odczytują go i staje się jasne, że nic tu po nich – odchodzą. Holmes postanawia wrócić na ścieżkę i wtedy następuje kolejny nieoczekiwany i w gruncie rzeczy niepojęty zwrot akcji.
Okazuje się, że profesor Moriarty nie stawił się u wodospadu Reichenbach samotnie. Gdy Holmes podejmuje niełatwą próbę zejścia ze skalnej ściany, nagle pojawia się mężczyzna, który usiłuje strącić go w przepaść, ciskając kamienie. Owym człowiekiem jest pułkownik Sebastian Moran.
Lecz cóż, u licha, on robi w tym miejscu? Czy był świadkiem walki Holmesa z Moriartym, a jeśli tak, to dlaczego nie próbował pomóc swemu mocodawcy? I gdzie się podziała jego broń?
Czy najwybitniejszy strzelec wyborowy na świecie mógł nieopatrznie zostawić ją w pociągu?
Ani Holmes, ani Watson, ani nikt inny nie daje nam rozsądnych odpowiedzi na te pytania, ja zaś, stukając w klawiaturę maszyny, nie mam wątpliwości, że należy je stawiać. Prześladują mnie, kłębią się uparcie i nie mogę przed nimi uciec, aż w końcu mam wrażenie, jakbym pędził
powozem przez Piątą Aleję, nie mogąc zatrzymać się na światłach.
I właściwie tylko tyle wiemy o wydarzeniach nad wodospadem Reichenbach. Historia, którą teraz opowiem, zaczyna się pięć dni później, gdy w krypcie kościoła Świętego Michała w Meiringen spotyka się trzech mężczyzn. Pierwszym jest detektyw inspektor ze Scotland Yardu, sławnego centrum dowodzenia brytyjskiej policji, Athelney Jones. Drugim jestem ja.
Trzeci dżentelmen jest wysoki i szczupły; ma wydatne czoło i głęboko osadzone oczy, które mogłyby się przyglądać światu chłodno, nawet złowrogo, gdyby tylko pozostało w nich choć trochę życia. Teraz jednak są szkliste i puste. Człowiek ten, ubrany w dość oficjalny strój –
koszulę ze stójką i długi frak – został wyłowiony z potoku Reichenbach, w pewnej odległości od wodospadu. Jego lewa noga jest złamana, widać też ślady poważnych obrażeń barku i głowy, lecz przyczyną śmierci było utonięcie. Miejscowi policjanci przyczepili karteczkę do nadgarstka jego ręki spoczywającej nieruchomo na piersi. Widnieje na niej nazwisko: James Moriarty.
To właśnie jest przyczyna, dla której pokonałem długą drogę do Szwajcarii. Wydaje się jednak, że przybyłem za późno.
2
Inspektor Athelney Jones
J est pan pewny, że to naprawdę on?
– Jak najbardziej, panie Chase. Jednak porzućmy na chwilę moje osobiste przekonanie i rozważmy dowody. Okoliczności, które sprawiły, że widzimy przed sobą to ciało, bez wątpienia pasują do znanych nam faktów. Ale jeśli zmarły nie jest Moriartym, to mamy obowiązek zadać sobie kilka pytań: Kim w istocie jest, w jaki sposób zginął oraz co się stało z prawdziwym Moriartym?
– Znaleziono tylko jedne zwłoki.
– Tak mi powiedziano. Nieszczęsny pan Holmes... bez szans na ostatnie pocieszenie
w postaci chrześcijańskiego pogrzebu, a przecie każdy na nie zasługuje. Lecz jednego możemy być pewni: jego nazwisko przetrwa. Zawsze to jakaś pociecha.
Rozmowę tę prowadziliśmy w wilgotnym, ponurym podziemiu kościoła, miejscu
nietkniętym ciepłem i aromatem owego wiosennego dnia. Inspektor Jones stał przy mnie, ze złożonymi na plecach rękami pochylając się nad ciałem topielca, jakby bał się zakażenia.
Obserwowałem jego ciemno-szare oczy przyglądające się badawczo zwłokom od głowy aż do stóp, na których brakowało jednego buta. Moriarty najwyraźniej miał słabość do jedwabnych, haftowanych skarpet.
Spotkaliśmy się z Jonesem niedługo przed tą chwilą, na posterunku policji w Meiringen.
Byłem szczerze zdziwiony faktem, iż maleńka wioska zagubiona wśród szwajcarskich gór, w dolinie pełnej jaskrów i kóz, posiada własny posterunek. Z drugiej jednak strony, jak już wspominałem, miejscowość była ostatnio popularna wśród turystów, a doprowadzenie linii kolejowej musiało znacząco spotęgować ich napływ. Służbę pełniło dwóch funkcjonariuszy –
obaj nosili granatowe mundury i siedzieli za drewnianym kontuarem, który dzielił izbę na pół.
Jednym z nich był nieszczęsny sierżant Gessner, ten sam, którego wcześniej wezwano nad wodospad. Spoglądając na niego, nie miałem wątpliwości, że byłby znacznie szczęśliwszy, gdyby mógł się zajmować wyłącznie zagubionymi paszportami i biletami kolejowymi, może od czasu do czasu wskazując drogę zbłąkanym turystom – wszystkim, byle nie poważną sprawą
morderstwa.
Podobnie jak jego kolega, niewiele rozumiał z mojego języka, dlatego porozumiewałem się z nimi głównie za pomocą obrazków i nagłówków z angielskiej gazety, którą przywiozłem specjalnie w tym celu. Słyszałem wcześniej, że z potoku u podnóża wodospadu Reichenbach wydobyto już ciało, i prosiłem, by pozwolili mi je obejrzeć, lecz szwajcarscy stróże prawa uparcie odmawiali – co zresztą robi większość mundurowych, którym nie dano zbyt szerokich uprawnień. Mówili jeden przez drugiego, wspomagając się żywą gestykulacją, aż wreszcie zrozumiałem, że czekają na wysokiego rangą funkcjonariusza, który ma przybyć aż z Anglii, a decyzja o tym, czy będę mógł zobaczyć zwłoki, należy do niego. Odpowiedziałem na to, że moja podróż była znacznie dłuższa, a sprawa, która sprowadziła mnie do Europy, jest wielkiej wagi, lecz i to nie zrobiło na nich wrażenia. Przykro mi, mein Herr. Nie możemy pomóc.
Wyjąłem z kieszonki zegarek. Dochodziła jedenasta; straciłem już połowę poranka
i obawiałem się, że reszta nie będzie lepsza. I właśnie wtedy otworzyły się drzwi frontowe i poczułem na karku chłodny powiew. Odwróciwszy się, ujrzałem w promieniach słońca
sylwetkę mężczyzny. Nie odezwał się, lecz gdy podszedł bliżej, przekonałem się, że jest mniej więcej w moim wieku, może odrobinę młodszy. Ciemne włosy opadały mu gładko na czoło,
a łagodne szare oczy przyglądały się światu pytająco. Była w nim osobliwa powaga, która sprawiała, że gdy się zjawiał, trudno było nie oderwać się od innych zajęć, nie zwrócić na niego uwagi. Miał na sobie brązowy surdut i jasny, rozpięty płaszcz, który luźno spływał z jego ramion.
Widać było, że niedawno przeszedł poważną chorobę i sporo stracił na wadze. Dostrzegałem to nie tylko w odrobinę za dużym ubraniu, ale i w bladości jego oblicza, naznaczonego niedawnym bólem. Trzymał w ręku palisandrową laseczkę z dość dziwną, misternie wykonaną rączką ze srebra. Wsparł się na niej, gdy zatrzymał się przed kontuarem.
– Können Sie mir helfen? – spytał. Mówił po niemiecku całkiem swobodnie, ale nie siląc się na odpowiedni akcent; brzmiało to tak, jakby wyuczył się słów, lecz nigdy w życiu ich nie słyszał. – Ich bin Inspektor Athelney Jones von Scotland Yard.
Przyjrzał mi się raczej przelotnie, jakby zaakceptował moją obecność i postanowił zająć się mną później, ale nie odezwał się ani słowem. Jego nazwisko zrobiło jednak wrażenie na policjantach.
– Jones. Inspektor Jones – powtórzyli, a gdy okazał im list polecający, zaczęli kłaniać mu się z uśmiechem. Poprosili, żeby zaczekał kilka chwil, aż sporządzą stosowną notatkę w dzienniku służbowym, po czym wycofali się do sąsiedniego pokoju, zostawiając nas samych.
– Nazywam się Athelney Jones – przedstawił się przybysz.
– Dobrze słyszałem, że jest pan ze Scotland Yardu?
– W rzeczy samej.
– Frederick Chase.
Podaliśmy sobie ręce. Jego uścisk był zaskakująco luźny, jakby dłoń ledwie trzymała się nadgarstka.
– Cóż za piękne miejsce – rzekł Jones. – Nigdy dotąd nie byłem w Szwajcarii. Szczerze mówiąc, dopiero trzeci raz opuściłem rodzinny kraj – dodał, po czym na krótką chwilę zawiesił
spojrzenie na moim kufrze podróżnym, który byłem zmuszony, nie mając jeszcze noclegu, przytargać ze sobą na posterunek. – Pan też od niedawna?
– Przyjechałem godzinę temu – odparłem. – Zgaduję, że tym samym pociągiem.
– W sprawie...?
Zawahałem się. Pozyskanie wsparcia funkcjonariusza brytyjskiej policji było kluczowym elementem mojej misji w Meiringen, lecz nie chciałem wydać się zbyt zapalony do tego pomysłu. W Ameryce konflikty interesów między Agencją Pinkertona a służbami i agencjami rządowymi nie należały do rzadkości. Dlaczego tutaj miałoby to wyglądać inaczej?
– W sprawie natury prywatnej... – zacząłem.
Uśmiechnął się, lecz w tej samej chwili dostrzegłem w jego oczach coś jeszcze, jakby mgiełkę bólu.
– Pozwoli pan, że sam dopowiem resztę, panie Chase – wpadł mi w słowo. – Jest pan
agentem Pinkertona z Nowego Jorku – zaczął po krótkim namyśle. – W zeszłym tygodniu wyruszył pan do Anglii w nadziei na wytropienie profesora Jamesa Moriarty’ego. Otrzymał on pewną wiadomość, która jest dla pana istotna i którą miał pan nadzieję znaleźć przy nim.
Informacja o jego śmierci była dla pana szokiem; otrzymawszy ją, przybył pan tu niezwłocznie.
Widzę też, że nie ma pan najlepszego zdania o szwajcarskiej policji...
– Chwileczkę! – wykrzyknąłem, unosząc rękę. – Proszę przestać! Śledził mnie pan,
inspektorze Jones? A może rozmawiał pan z moimi zwierzchnikami? Nie podoba mi się ani trochę to, że brytyjska policja działa za moimi plecami i miesza się w moje sprawy!
– Może pan odetchnąć z ulgą – odparł Jones, znowu z tym dziwnym uśmiechem. –
Wszystko, co pan usłyszał, wydedukowałem, obserwując pana tu, w tym pokoju. I mógłbym dodać więcej, jeśli pan chce.
– Czemu nie?
– Mieszka pan wysoko, w dość starej, kilkupiętrowej kamienicy. Nie uważa pan, żeby firma dbała o pana należycie, choć jest pan jednym z jej najlepszych detektywów. Jest pan kawalerem.
Z przykrością zauważam też, że podróż morska była dla pana wyjątkowo nieprzyjemna – i to nie tylko z powodu fatalnej pogody już drugiego, może trzeciego dnia. Uważa pan, że cała ta wyprawa nie ma sensu, że skończy się fiaskiem. Ja zaś, dla pańskiego dobra, mam nadzieję, że tak się nie stanie.
Umilkł, a ja patrzyłem na niego tak, jakbym teraz dopiero go dostrzegł.
– Ma pan rację niemal w każdym szczególe – wysapałem po chwili. – Ale jak, u diabła, zdołał pan tyle odgadnąć, tego nie pojmuję. Zechce pan objaśnić?
– Rzecz jest całkiem prosta – odparł skromnie. – Rzekłbym nawet, elementarna. –
Zauważyłem, że starannie dobrał ostatnie słowo, jakby miało szczególne znaczenie.
– Łatwo to panu mówić – odpowiedziałem, zerkając na drzwi, które oddzielały nas od dwóch szwajcarskich policjantów. Sierżant Gessner najwyraźniej rozmawiał przez telefon; raz po raz z sąsiedniego pokoju dobiegało jego szwargotanie. Pusty kontuar oddzielał nas od nich jak nieprzebyta bariera.
– Proszę, inspektorze Jones – dodałem po chwili. – Niech pan mnie oświeci.
– Naturalnie, choć muszę ostrzec, że uzna pan moje wnioski za boleśnie wręcz oczywiste, gdy już wszystko panu wyjaśnię. – Jones wsparł się mocniej na swej lasce, szukając nieco wygodniejszej pozycji. – To, że jest pan Amerykaninem, słychać po pańskiej mowie i widać po ubraniu. Zwłaszcza taką kamizelkę, prążkowaną, z czterema kieszonkami, nader trudno byłoby znaleźć w Londynie. Zwróciłem też uwagę na pańskie słownictwo. Rzekł pan na przykład
„zgaduję”, Anglik zaś użyłby pewnie słowa „sądzę”. Moja wiedza na temat amerykańskich akcentów jest dość ograniczona, ale przypuszczam, że pochodzi pan ze Wschodniego Wybrzeża.
– Boston był moim domem – przyznałem. – Teraz zaś mieszkam i pracuję w Nowym Jorku.
Proszę kontynuować!
– Gdy tu wszedłem, właśnie spoglądał pan na zegarek i choć częściowo zasłoniły go palce, widziałem dość wyraźnie symbol wygrawerowany na kopercie: charakterystyczne oko, a pod nim napis: „My nigdy nie śpimy”. To, rzecz jasna, motto Agencji Detektywistycznej Pinkertona, której główna siedziba, jeśli mnie pamięć nie myli, mieści się w Nowym Jorku. O tym, że właśnie tam wszedł pan na pokład statku, jeszcze dobitniej świadczy stempel nowojorskiego Zarządu Portu na pańskim kufrze. – To mówiąc, zerknął ponownie na mój bagaż, który
zostawiłem pod portretem jegomościa o srogim spojrzeniu, zapewne lokalnego bandziora. – Co się zaś tyczy braku wiary w szwajcarską policję: po cóż miałby pan spoglądać na własny zegarek, gdy tuż obok, na ścianie, wisi znakomicie działający zegar? Widzę wyraźnie, że tutejsi funkcjonariusze nie byli panu pomocni.
– Święta prawda, mój panie. Skąd jednak wie pan o tym, że coś mnie łączy z profesorem Moriartym?
– A czy istnieje inny powód, dla którego agent Pinkertona mógłby przybyć właśnie tu, do Meiringen? Obstawiam, że gdyby nie wydarzenia z ostatniego tygodnia, nigdy by pan nawet nie usłyszał o tej niczym niewyróżniającej się wiosce.
– Mogłem mieć sprawę do Sherlocka Holmesa.
– W takim przypadku z pewnością pozostałby pan w Londynie i rozpoczął poszukiwania od Baker Street. Tu bowiem nie znajdzie pan nic poza trupem, a kimkolwiek był ów człowiek, z całą pewnością nie Holmesem. O nie. Z Nowego Jorku najpewniej popłynął pan do Southampton –
z prawej kieszeni pańskiej marynarki wystaje dowód rzeczowy: złożony egzemplarz gazety
„Hampshire Echo”. Wydanie z czwartku, jak widzę, z siódmego maja, co oznacza, że kupił pan ją
jeszcze w porcie i natychmiast uznał, że trzeba kontynuować podróż – na kontynent. A jakież to wieści mogły pana skłonić do kolejnej wyprawy? Musiało chodzić o Moriarty’ego – orzekł
z uśmiechem Jones. – Dziwne tylko, że wcześniej pana nie dostrzegłem, bo jak pan słusznie zauważył, najpewniej przyjechaliśmy tym samym pociągiem.
– Wspomniał pan coś o wiadomości.
– Moriarty nie ma panu nic do powiedzenia, jest martwy. Nie sądzę też, by był pan w stanie go zidentyfikować, gdyż bardzo niewielu ludzi spotkało się z nim twarzą w twarz. Zatem musi panu zależeć na czymś szczególnym, na czymś, co zmarły mógł mieć przy sobie – na liście lub paczce z Ameryki. Przypuszczam, że właśnie o tym próbował pan rozmawiać z policją, gdy się tu zjawiłem.