– Istotnie, myślałem o tym.
– Niech więc pan przekuje te myśli w czyn. A może i ja zostanę tu na dłużej, jak sugerowała pańska żona? Dlaczego nie? Mogę zostać pańskim Watsonem i z góry obiecuję, że będę pana ukazywał w bardziej korzystnym świetle! – Uśmiechnął się na te słowa i podszedł do okna, by spojrzeć na grupki służących i powozy czekające na gości. – Właściwie dlaczego mielibyśmy tu czekać? – dorzuciłem. – Do diabła z tym, panie Jones, ruszajmy w swoją drogę.
Z konsekwencjami zmierzymy się jutro.
Zanim jednak Jones mi odpowiedział, drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł ten sam
urzędnik. Zbliżył się do mnie i zaciągnął zasłonę, bezczelnie odcinając mnie od widoku na ulicę.
– Możemy już iść? – zapytałem.
– Nie, sir. Trzeci sekretarz pragnie porozmawiać z panami na osobności.
– Gdzie go znajdziemy?
– Zaraz tu przyjdzie.
Ledwie padła odpowiedź, dostrzegłem ruch w korytarzu i dołączył do nas trzeci sekretarz.
Od razu rozpoznałem w nim owego niskiego, siwowłosego mężczyznę, który łajał kelnera u wejścia do sali balowej. Teraz, gdy stanęliśmy blisko siebie, wydał mi się jeszcze drobniejszy –
przypominał tę kukiełkę, którą Jones kupił swojej córce. Miał bardzo krągłą twarz z blisko –
niemal zbyt blisko siebie – osadzonymi oczami, nosem i ustami. Włosy miał rzadkie i słabe;
prześwitywała spod nich skóra usiana wątrobianymi plamkami. Najdziwniejsze jednak były jego palce, które, choć idealnie kształtne, były zdecydowanie zbyt małe w stosunku do rąk. Wydawało mi się, że powinny być dwukrotnie dłuższe.
– Dziękuję, panie Isham – powiedział tym swoim dziwnym, wysokim głosem, na który już wcześniej zwróciłem uwagę. – Usiądziemy, panowie? Sprawa jest wyjątkowo niezręczna, a ja mam niewiele czasu.
Usiedliśmy.
– Panowie pozwolą, że się przedstawię. Coleman De Vriess, trzeci sekretarz poselstwa Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pan inspektor Athelney Jones ze Scotland Yardu? – Jones skinął głową. – A pan to...?
– Nazywam się Frederick Chase. Jestem obywatelem amerykańskim, wysłannikiem Agencji Pinkertona w Nowym Jorku.
– Po co panowie przyszli?
Tym razem odpowiedział mu Jones:
– Z pewnością słyszał pan o niesłychanym ataku na siedzibę Scotland Yardu, do którego doszło dwa dni temu. Otóż wierzę, że to ja byłem celem zamachu, który kosztował życie dwóch naszych ludzi i naraził na szwank zdrowie wielu innych.
– I śledztwo w tej sprawie doprowadziło panów tutaj?
– Tak. Sądzimy, że człowiek odpowiedzialny za atak może korzystać z ochrony
amerykańskiego poselstwa.
– Kto to taki?
– Nazywa się Clarence Devereux.
De Vriess pokręcił głową.
– Nie licząc ambasadora i jego małżonki, w placówce tej zatrudnionych jest na stałe zaledwie dwunastu ludzi – odparł. – Zapewniam panów, że nigdy nie spotkałem człowieka, o którym mowa. I oczywiście doskonale wiemy o tym, co się wydarzyło w siedzibie Scotland Yardu; jak mógł pan pomyśleć, że jest inaczej? Pan Lincoln osobiście wysłał kondolencje komisarzowi londyńskiej policji. Rozumiem, jak bardzo zależy panu na zatrzymaniu sprawcy, i to za pomocą wszelkich dostępnych środków, lecz jednocześnie brak mi słów, by opisać, jak bardzo niestosownie pan postąpił, przychodząc na to przyjęcie ze swym kolegą. Z pewnością słyszał
pan, inspektorze, o zasadzie eksterytorialności – siedziba ambasadora jest chroniona przez brytyjskie prawo i wdarcie się do niej funkcjonariusza miejscowej policji jest rażącym naruszeniem protokołu międzynarodowego.
– Chwileczkę! – zawołałem. – Widzieliśmy dziś wieczorem, w tym budynku, dwóch
mężczyzn – Edgara i Lelanda Mortlake’ów – o których jedno wiemy na pewno: są gangsterami najpodlejszego sortu. Widziałem ich akta w Agencji Pinkertona. Wiem, kim są naprawdę.
Owszem, może wyszliśmy z inspektorem Jonesem poza ramy prawa, ale czy naprawdę ma pan zamiar siedzieć tu i utrudniać nam pracę, zwłaszcza w świetle niedawnych wydarzeń?
– Zadaniem tego poselstwa jest chronienie interesów obywateli Stanów Zjednoczonych –
odparł De Vriess. Ton jego głosu się nie zmienił, ale w oczach widziałem gniewne błyski. – O ile mi wiadomo, dwaj dżentelmeni, o których mowa, są biznesmenami i nikim więcej. Czyżby posiadali panowie dowody ich przestępczej działalności w tym kraju? Czy istnieje jakikolwiek przekonujący powód domagania się ich ekstradycji? Nie? Tak też myślałem. I pozwolę sobie dodać, że dorzucanie zniesławienia do listy zarzutów, które zostaną panom postawione, nie poprawi waszego położenia.
– Co pan zamierza? – spytał Jones.
– Współczuję panu, inspektorze Jones. – Wyraz twarzy trzeciego sekretarza wskazywał na to,
że jest wręcz odwrotnie. Luźno zaplótł palce dłoni złożonych na kolanach. – Z samego rana zamierzam złożyć oficjalną skargę do pańskich przełożonych i nie przyjmę żadnej innej odpowiedzi poza obietnicą, że zostanie pan zwolniony ze służby. Co się zaś tyczy pańskiego przyjaciela, to niewiele możemy zrobić, by utrzymać w karbach agentów Pinkertona. Słyną ze swych niezliczonych ekscesów i nieodpowiedzialnego zachowania. Sprawię, że zostanie pan wydalony z tego kraju, panie Chase, a w Ameryce najprawdopodobniej stanie pan przed sądem.
To wszystko, panowie. Muszę wracać na przyjęcie. Ktoś was odprowadzi do drzwi.
Jones wstał.
– Mam pytanie – powiedział.
– Jakie mianowicie?
– Gdy wszedł pan do tego pokoju, wymienił pan bezbłędnie moje imię i nazwisko: Athelney Jones. Zastanawiam się, skąd pan wziął tę informację, skoro nikt tutaj, nawet bracia Mortlake, nie wymienił mojego imienia?
– Nie widzę związku...
– Ale ja widzę!
Ku mojemu zdumieniu Jones podszedł energicznym krokiem do okna i stanowczym ruchem
laski odsunął zasłonę. Przez krótką chwilę sądziłem, że chciał nam coś pokazać, lecz zaraz uświadomiłem sobie, jaki naprawdę przyświecał mu cel. Posunięcie Jonesa wywarło na trzecim sekretarzu zdumiewające wrażenie. Było tak, jakby ktoś uderzył go w twarz. Przez moment siedział sztywno na krześle, bez tchu spoglądając przed siebie szeroko otwartymi oczami. Potem zaś odwrócił się gwałtownie, nie mogąc znieść widoku świata za oknem rezydencji.
– Odradzałbym panu donoszenie na mnie komukolwiek, panie Devereux! – zawołał mój
towarzysz.
– Devereux...? – Zerwałem się na równe nogi, spoglądając na skulonego sekretarza.
– Teraz już wszystko jasne – ciągnął Jones. – Na przykład związki między Lavelle’em, braćmi Mortlake’ami i amerykańskim poselstwem. Przyczyna, dla której pasażerowie broughama wysiedli właśnie tutaj. I dlaczego tak trudno było cię znaleźć, Devereux. Ciekawe, czy pan Lincoln wie, jaką kreaturę zatrudnił na stanowisku trzeciego sekretarza.
– Zasłony! – zajęczał piskliwym głosem człowiek, który przedstawił się nam jako Coleman De Vriess. – Zaciągnijcie je, do cholery!
– Nie mam zamiaru. Przyznaj się, kim jesteś!
– Nie macie prawa tu przebywać! Precz!
– Właśnie wychodzimy, z własnej woli. Ale coś ci powiem, Devereux: teraz już wiemy, kim jesteś. Wiemy, gdzie cię szukać. I choć jeszcze przez jakiś czas możesz się ukrywać w amerykańskim poselstwie, nie licz na to, że ktoś cię ochroni. Znaleźliśmy cię i już nie wypuścimy!
– Zginiesz, zanim się do mnie zbliżysz.
– Nie sądzę!
– Nic mi nie zrobisz. I przysięgam, że pożałujesz tego dnia!
Jones był już gotów wyjść, ale ja nie.
– Ty jesteś Devereux? – wycedziłem, pochylając się nad tym małym, drżącym
człowieczkiem. – Tym genialnym przestępcą, który tak długo budził w nas lęk? To ty przybyłeś do Londynu, sądząc, że bez trudu podporządkujesz sobie miejscowy półświatek? Gdyby nie oczywiste dowody, nigdy bym w to nie uwierzył, bo patrząc na ciebie, czuję jedynie pogardę.
Devereux warknął jak zwierzę i rzucił się na mnie. Byłby mnie pochwycił, gdyby Jones mnie nie odciągnął.
– Nie możemy go aresztować? – zawołałem. – Przebyłem pół świata, żeby go dopaść. Nie
możemy tak go zostawić!
– W tej chwili nic nie możemy zrobić. Tu nie sięga moja jurysdykcja.
– Jones...
– Wybacz mi, Chase. Wiem, co czujesz, ale nie mamy wyboru. Musimy stąd wyjść, i to
natychmiast. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś nas tu przyłapał.
Słuchałem go, ale myślałem tylko o tym, żeby zaatakować Devereux, De Vriessa, czy jak tam lubił się zwać. Zdemaskowany, wciąż drżał i przymykał oczy. Pomyślałem o krwawym tropie, który doprowadził nas aż tutaj, o losie Jonathana Pilgrima, bezlitośnie zamordowanego przez tego osobnika i jego sługusów. Pamiętałem, ile zadał cierpienia. Czuję, że gdybym owego dnia nie zostawił noża w hotelu, bez namysłu zatopiłbym jego ostrze w ciele tego szubrawca. Jones trzymał mnie mocno.
– Chodźmy!
– Nie możemy!
– Ale musimy! Nie mamy przeciwko niemu dowodów, jeśli nie liczyć pogłosek o tej
osobliwej chorobie psychicznej, która, jak widać, kompletnie odebrała mu siły.
– Zginiecie za to – syknął Devereux. Siedział skulony, zasłaniając oczy dłonią. – A będzie to powolna śmierć. Zapłacicie mi za to.
Chciałem mu odpowiedzieć, lecz Jones wywlókł mnie z pokoju. Korytarz był pusty i nikt nie próbował nas zatrzymać, gdy szliśmy schodami w dół i dalej, w stronę ulicy. Dopiero gdy stanęliśmy za bramą poselstwa, uwolniłem się z uścisku przyjaciela i obróciłem na pięcie, oddychając płytko chłodnym powietrzem wieczoru.
– To był Devereux! Clarence Devereux!
– We własnej osobie. Czyż to nie oczywiste? Gdy zobaczyliśmy go po raz pierwszy, jeszcze w holu, stał tyłem do wejścia – to objaw agorafobii. Nawet się nie obejrzał! A potem, zanim wszedł do pokoju, do którego nas zaprowadzono, wysłał najpierw swojego człowieka, który bez widocznej przyczyny zaciągnął zasłony. – Jones zaśmiał się cicho. – I jeszcze to nazwisko! Oto i ludzka próżność. Coleman De Vriess. CD. Wybrał te same inicjały!
– Ale czy naprawdę musieliśmy zostawić go w spokoju? Na miłość boską, Jones, przecież właśnie złapaliśmy najwybitniejszego przestępcę pokolenia – i tak po prostu wyszliśmy, nie zatrzymawszy go, nie powiedziawszy nawet jednego słowa!
– Gdybyśmy spróbowali go aresztować, stracilibyśmy wszystko. Weszliśmy tam incognito, a przez to znaleźliśmy się w niepewnym położeniu. Nie wątpię, że pan Lincoln i jego koledzy nie mają pojęcia, jakiemu człowiekowi zapewniają immunitet, ale instynktownie próbowaliby go bronić, bo sądzą, że jest jednym z nich. – Jones uśmiechnął się smutno. – Cóż, w końcu zmieniły się reguły gry. Mamy swobodę działania; możemy się przegrupować i zaplanować kolejny ruch.
– Żeby go aresztować!
– Naturalnie.
Spojrzałem znowu na amerykańskie poselstwo – na powozy, lokajów, migotliwe światła. Tak, to była prawda. Znaleźliśmy Clarence’a Devereux. Pozostał tylko jeden problem: Jak, na Boga, wywabimy go z kryjówki?
14
Pułapka
Ź le spałem tamtej nocy. Spokój zakłócał mi znowu mój kłopotliwy sąsiad, który, jak się wydawało, nigdy nie opuszczał swego pokoju, co nie przeszkadzało mu być złym duchem hotelu.
Nie jadł śniadań ani kolacji. Jak twierdziła pokojówka, zameldowaliśmy się tego samego dnia, lecz on od tamtej pory ani razu nie wyszedł za próg. Zastanawiałem się, czy się z nim nie rozmówić, ale porzuciłem tę myśl. Mógł przecież być zupełnie niewinnym podróżnym, groźnym jedynie w mojej niespokojnej wyobraźni. Przecież gdyby nie to, że słyszałem wciąż jego hałaśliwy kaszel i raz widziałem go z daleka w oknie, nawet bym nie wiedział o jego istnieniu.
O wiele bardziej wyprowadziły mnie z równowagi dziwaczne sny, w których pojawił się Clarence Devereux. Widziałem jego twarz, jego wredne oczy i te niedorzecznie małe palce, tak niepasujące do dłoni mężczyzny. „Nie jadam mięsa!”, słyszałem we śnie jego krzyk. Zaraz potem leżałem już na wielkim talerzu, obok którego spoczywały nóż i widelec – byłem pewny, że Devereux zaraz mnie pożre. Potem przeniosłem się do poselstwa, do Roberta Lincolna i jego żony. I znowu byłem w Bladeston House, stałem w kałuży krwi. Wreszcie wróciłem nad
wodospad Reichenbach i runąłem w dół, ku wieczności. Czując na sobie potoki zimnej wody, otworzyłem oczy – leżałem w hotelowym łóżku, w zmiętej pościeli, a strugi ulewnego deszczu biły o szybę.
Nie miałem apetytu. Zjadłem tylko symboliczne śniadanie, bo nie mogłem się doczekać spotkania z Jonesem. Jakie skutki mogła przynieść nasza nocna wyprawa? Okazało się, że nowiny nie są najlepsze. Wbrew moim oczekiwaniom do komisarza londyńskiej policji wpłynęła oficjalna skarga na Jonesa.
– Nasz przyjaciel, Coleman De Vriess, miał czelność podpisać ją własną ręką – opowiadał
Jones, gdy siedzieliśmy w dorożce. Błoto z kałuż, pamiątek po nocnej burzy, tryskało spod kół na wszystkie strony. – Odebraliśmy pismo dziś rano, o dziewiątej. Szybka robota, nieprawdaż?
– Co się teraz stanie? – spytałem.
– Niemal na pewno stracę posadę.
– To moja wina...
– Nie ma o czym mówić, to bez znaczenia. Moja kochana Elspeth będzie zachwycona.
Zresztą mamy jeszcze kilka dni, zanim podjęte zostaną oficjalne działania: najpierw przesłuchanie, potem komisja, potem raport, potem kontrola raportu i wreszcie rekomendacja –
tak pracuje brytyjska policja. A zanim zrobi swoje, zdążymy sporo zdziałać.
– Ale co konkretnie?
– Przyznaję, że stoimy przed dylematem. Nie możemy aresztować Clarence’a Devereux.
Trudno będzie nawet poddać go przesłuchaniu bez zgody ambasadora, a zgody tej
najprawdopodobniej nie uzyskamy, przez wzgląd na wydarzenia z wczorajszego wieczoru.
Zresztą – czy mamy materialne dowody przestępczej działalności trzeciego sekretarza?
– Widział pan akta, które przywiozłem z Nowego Jorku, inspektorze. I słyszał pan opowieść swego kolegi, Stanleya Hopkinsa. Nazwisko Devereux jest już znane na ulicach Londynu.
– W przeciwieństwie do nazwiska Colemana De Vriessa. Muszę przyznać, że ukrywanie się przestępcy za immunitetem dyplomatycznym to nader sprytny koncept. – Jones zachichotał.
Naprawdę nie wyglądał na zniechęconego. – Nie, nie, jest tylko jeden sposób na schwytanie pana Devereux: musimy mianowicie złapać go na gorącym uczynku. Innymi słowy, zastawić pułapkę.
Dopadniemy go, gdy tylko wychyli nos z amerykańskiego poselstwa.
– Od czego zaczniemy?
– Odpowiedź, mój drogi, jest absolutnie oczywista. W istocie... Woźnica, wolniej! Zdaje się, że jesteśmy na miejscu.
Nie jechaliśmy długo, a gdy się rozejrzałem, uświadomiłem sobie, że stoimy znowu u wylotu Chancery Lane. W natłoku innych wydarzeń niemal zapomniałem już o Silasie Becketcie i jego nader nieprzyjaznym zakładzie fryzjerskim. Gdy wysiadaliśmy, ujrzałem grupę konstabli czekających na nas w miejscu, z którego nie mógł ich dostrzec ani właściciel zakładu, ani kataryniarz, którego twórczość niestety słyszeliśmy doskonale, choć staliśmy za rogiem.
– Trzymaj się blisko mnie – polecił Jones, po czym zwrócił się do najbliżej stojącego funkcjonariusza: – Wiecie, co macie robić?
– Tak jest.
– Pod żadnym pozorem nie pokazujcie się, póki nie wejdziemy do zakładu.
Tak, to było coś jeszcze, co Jones odziedziczył po Sherlocku Holmesie: doprowadzający mnie do furii zwyczaj niewyjaśniania niczego aż do ostatniej chwili – a może i dłużej, bo nie odezwał się ani słowem, gdy wyszliśmy zza węgła i ruszyliśmy alejką wiodącą do Staples Inn Gardens. Gdy tylko się pojawiliśmy, kataryniarz przestał grać, a ja przypomniałem sobie, że poprzednim razem zachował się identycznie. Spodziewałem się, że Jones wejdzie wprost do fryzjera – czy nie po to tu przyjechaliśmy? – ale on podszedł prosto do muzykanta.