– Tonik do włosów, sir? – spytał kataryniarz. – Golenie czy strzyżenie?
– Dziękuję, nie dziś – odparł Jones. – Ale skoro już o tym mowa, to bardzo chciałbym wiedzieć, jak wygląda pańska fryzura. – Zanim kataryniarz zdążył zaprotestować, mój towarzysz zdjął mu z głowy kapelusz, odsłaniając szopę jasnorudych włosów. – Tak myślałem.
– To znaczy? – spytałem.
– Rude włosy!
– Ale cóż kolor jego włosów ma wspólnego ze sprawą?
– Wszystko, drogi Chase. – Znowu zwrócił się do oburzonego muzykanta. – Pan Duncan
Ross, jak sądzę? No, przynajmniej dwa lata temu używał pan tego nazwiska. Tak naprawdę jednak nazywa się pan Archie Cooke i nie po raz pierwszy angażuje się w takie przedsięwzięcie!
– Widać było, że wyraźnie przestraszony kataryniarz najchętniej dałby drapaka, ale objuczony instrumentem nie miał na to najmniejszych szans. Jones chwycił go pod ramię. – Wejdziemy razem do zakładu fryzjerskiego. Radzę nie pakować się w kłopoty; może pan na tym sporo zyskać.
– Jestem uczciwym obywatelem! – zaprotestował Cooke. – Gram muzykę, bo mi płacą za
reklamowanie usług fryzjerskich, i nic więcej nie wiem!
– Wystarczy już, Archie, ja i tak wiem o wszystkim. Może się pan wyprzeć swego wspólnika, skoro taka wola, ale nie marnujmy dłużej mojego czasu.
Przeszliśmy we trzech na drugą stronę ulicy i wkroczyliśmy do zaniedbanego salonu,
w którym spotkaliśmy wcześniej Silasa Becketta. Zauważyłem, że Archie mocno utyka. Ledwie zamknęły się za nami drzwi, zjawił się fryzjer – i tym razem przyszedł prosto z piwnicy. Zdumiał
się, zobaczywszy z nami kataryniarza, ale jedno spojrzenie na Jonesa wystarczyło, by zrozumiał, że gra – czymkolwiek była – dobiegła końca. Pomyślałem, że odwróci się i spróbuje uciec –
mogło przecież istnieć drugie wyjście z budynku – ale Jones przewidział i to.
– Nie ruszaj się, Johnie Clay! – rozkazał, po czym wypuścił ramię kataryniarza i popchnął go w stronę okrytego mocno już wytartą skórą fotela. – Tak, tak, znam twoje prawdziwe nazwisko.
I wiem dokładnie, czym się tu zajmujesz. Nie próbuj uciekać. Policja pilnuje obu wylotów uliczki. Jeśli mi zaufasz i zagrasz uczciwie, istnieje szansa, że ta historia skończy się dla ciebie wcale nie najgorzej.
Fryzjer zastanawiał się przez krótką chwilę, a potem sflaczał, zgarbił się, jakby zsunął
z ramion niewidzialny płaszcz. Zmienił się nawet jego głos.
– Proszę mi mówić „panie Clay” – powiedział.
– Dziwię się, że tak szybko zwolniono pana z więzienia.
– Sędzia, nader cywilizowany dżentelmen, w porę dostrzegł szkody, które nazbyt długi wyrok mógłby wyrządzić mojej delikatnej psychice. – Trudno było uwierzyć, że rozmawiamy z tym samym człowiekiem! – Nie wykluczam, że pomocą było i to, że dziwnym zbiegiem
okoliczności chodziliśmy niegdyś do tej samej szkoły.
– Co...? – zacząłem.
– Pozwól, że przedstawię cię panu Johnowi Clayowi, znanemu mordercy, złodziejowi,
włamywaczowi i fałszerzowi – bo tak mniej więcej opisał go Sherlock Holmes. To przestępca wyjątkowo pomysłowy, Chase, pomysłodawca tak zwanej Ligi Rudowłosych.
– Napad przy Coburg Square! – wykrzyknąłem. Czyż nie widziałem wycinka z gazety na ten temat, wiszącego na ścianie gabinetu Jonesa?
– Udaremniony napad. Gdy byłem tu po raz pierwszy, jakoś nie mogłem uwierzyć, że mam przed sobą tego samego Johna Claya, który raz jeszcze próbuje zastosować swój ulubiony modus operandi. Szybko jednak odkryłem, że właśnie tak jest. Pozwoli pan, że wyjaśnię, panie Clay?
– Niech pan robi, co pan uważa za stosowne. Mnie już wszystko jedno.
– Doskonale. Otóż mamy zakład fryzjerski specjalnie pomyślany tak, by odstraszał klientów.
Nie dość, że jest tu zwyczajnie brudno, to jeszcze sam właściciel nosi koszmarną fryzurę. Jedynie głupiec zasiadłby w tym fotelu na łasce człowieka z brzytwą w ręku; głupiec też kupiłby tonik do włosów, którego głównym składnikiem jest klej. Wyznaję, że ja sam czułbym się bezpieczniej w salonie Sweeneya Todda! Lecz właśnie o to chodziło panu Clayowi, który potrzebował czasu, by zajmować się znacznie ważniejszymi sprawami. Otóż po drugiej stronie ulicy mieści się Kompania Depozytowa Chancery Lane, od ponad pięciu lat utrzymująca skrytki sejfowe dla najzamożniejszych rodzin londyńskich.
– Sześć tysięcy sejfów – uściślił Clay, nie kryjąc smutku.
– Pan Clay zaczął więc kopać tunel pod uliczką, by włamać się do skarbca Kompanii
Depozytowej. Jego wspólnik, Archie Cooke, był mu niezbędny, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, odpychający jazgot jego katarynki znakomicie maskował odgłosy kopania dobiegające spod ziemi. Położenie tunelu, nawiasem mówiąc, łatwo ustalić, obserwując miejsce, w którym staje nasz drogi Archie. Zdaje się, że cel jest już bliski?
– Jeszcze dzień i robota byłaby skończona.
– Po drugie, kataryniarz ostrzegał pana Claya o tym, że ktoś zbliża się do salonu.
– Przestawał grać! – wtrąciłem.
– Otóż to. Pan Clay wiedział, co oznacza nagła cisza, i czym prędzej wychodził na
powierzchnię. Nie miał jednak dość czasu, by zmienić spodnie. Od razu zauważyłem, jak bardzo są pogniecione na wysokości kolan. Nawiasem mówiąc, spostrzegł to swego czasu i Sherlock Holmes.
– Pytał pan go, czy jest religijny z natury.
– Bo widziałem, że spędza sporo czasu na klęczkach. Gdyby się modlił, wyglądałoby to podobnie. Kiedy jednak wyznał mi, że nie bywa w kościele, wiedziałem, że moje podejrzenia są słuszne. Poprzednim razem znalazł wielce oryginalny sposób na wywabienie właściciela z pewnego londyńskiego lombardu; przykład obecny dowodzi, że z biegiem lat nie stracił swej pomysłowości.
John Clay skłonił się lekko. Na jego osobliwej, jakby chłopięcej twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
– Muszę przyznać, sir, że jest to dla mnie pewną pociechą, iż aresztują mnie najlepsi. Wtedy Sherlock Holmes, a teraz pan! Pozwolę sobie jednak zauważyć, że nigdy nikogo nie
zamordowałem. Owszem, ktoś skonał w mojej obecności, ale obaj piliśmy i wspomniana osoba upadła, nie została przeze mnie popchnięta.
– Pańska przeszłość mnie nie obchodzi, panie Clay. Istnieje możliwość, że zdoła pan uniknąć aresztowania, a przynajmniej znacząco poprawić swoje położenie, jeśli udzieli mi pan pomocy.
Czy jednak mogę liczyć na pańską uczciwość?
– Rozmawia pan, inspektorze, z dalekim krewnym Jej Wysokości Królowej – choć
przyznaję, że krewnym kompletnie ignorowanym. To rzekłszy, obiecuję, że jeśli dojdziemy do porozumienia, które poprawi moje położenie, dotrzymam słowa.
– Taką miałem nadzieję. Wyjaśnię więc panu, w jaki sposób w ogóle trafiłem na Chancery Lane. Otóż odwiedziliśmy z przyjacielem miejsce zbrodni – Bladeston House w Highgate, gdzie dopuszczono się okrutnych morderstw. Właściciel domu, niejaki Scott albo Scotchy Lavelle, przed śmiercią zapisał w swym dzienniku nazwę tego oto salonu i część adresu.
– Znałem Lavelle’a. I nie ja go zabiłem. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby jego śmierć budziła we mnie zbytni żal.
– A czy mówi panu coś nazwisko Jonathan Pilgrim?
– Nie.
– Pracował dla amerykańskiej Agencji Detektywistycznej Pinkertona i również wiedział
o pańskich planach. Został zamordowany, ale znaleźliśmy w jego rzeczach wizytówkę, która sprowadziła nas pod ten adres.
Po krótkiej chwili milczenia John Clay podjął decyzję.
– Archie, stary druhu, zaparz nam, proszę, herbaty. Zechcą panowie przejść do saloniku na tyłach domu? Nigdy nie sądziłem, że ucieszy mnie wizyta stróżów prawa, a tym bardziej zapięcie kajdanek na moich nadgarstkach, a jednak wyznam, że jestem zadowolony. Przy herbacie opowiem panom moją historię. I przysięgam na mą królewską krew, że ze wszystkich sił pragnę panom pomóc!
W pokoju, który Clay nazwał salonikiem, usiedliśmy na rozklekotanych krzesłach wokół
nagiego drewnianego stołu; Archie tymczasem dorzucił węgla do piecyka. Clay najwyraźniej odzyskał już spokój po tym, jak został zdemaskowany przez Jonesa, mogliśmy więc
porozmawiać niemal jak starzy przyjaciele.
– Wyszedłem z Holloway – zaczął Clay. – Nie jest to najprzyjemniejsze z więzień. Dla dżentelmena z rodowodem to bardziej chlew, w którym nawet nie można opłacić sobie
jednoosobowego pokoju. Ale zostawmy to. Sędzia, uroczy człowiek, jak już wspominałem, był
dla mnie wyrozumiały, musiałem się więc zastanowić, co ze sobą począć. Fiasko planu z rudzielcami było dla mnie szokiem. Pamiętasz, Archie? Tyle przygotowań i wszystko na marne, bo wmieszał się Holmes. Jeszcze parę dni i poszłoby nam jak z płatka! Tak czy owak, gdy tylko w lutym wyszedłem na wolność, poczułem, że coś jest nie tak. Wszyscy moi dawni towarzysze gdzieś się przyczaili, a w pubach Shoreditch nie było weselej niż w domu pogrzebowym. Było tak, jakby Rozpruwacz wrócił na ulice Londynu... a może i gorzej. O tym, że było gorzej, przekonałem się już wkrótce. Pojawili się nowi gracze, ponoć Amerykanie. Ja sam nigdy nie miałem nic przeciwko nim. Moim zdaniem to wielka szkoda, że mój szanowny przodek, król Jerzy III, pozwolił, by kolonie wyśliznęły mu się z rąk... Ale dość dygresji. Z Nowego Jorku przybyli trzej ludzie, a gdy już na dobre zainstalowali się w Londynie, ich sieć zaczęła rozprzestrzeniać się jak syfilis. Straciłem wielu przyjaciół i kolegów. Nowi nie chcieli grać według naszych reguł. Przez sześć tygodni krew płynęła ulicami i zaułkami – i zapewniam, że to nie metafora. Naprawdę. Ci ludzie byli wyjątkowo bezlitośni.
Zagotowała się woda. Archie napełnił czajniczek z herbatą i postawił go na stole. Poruszał
się z trudem i widać było, że cierpi.
– Gdzie był wtedy Moriarty? – spytałem.
– Moriarty? Nie miałem okazji poznać go osobiście, choć oczywiście słyszałem o nim, jak my wszyscy. Jeśli kogoś w tym mieście należało się obawiać, to właśnie jego. Brał swoją dolę z każdego przestępstwa popełnionego w Londynie i wiecznie się na to uskarżaliśmy – szeptem, rzecz jasna – choć muszę uczciwie przyznać, że kto potrzebował jego pomocy, mógł na nią liczyć. Niestety, profesor zniknął pewnego dnia, a Clarence Devereux zajął jego miejsce. Przy nim Moriarty wyglądał jak dobra wróżka. Łączyło ich to, że i Devereux nigdy się nie pokazywał; to jego podwładni parali się brudną robotą.
Archie i ja siedzieliśmy sobie właśnie w mieszkanku wynajętym u pewnego Żyda przy
Petticoat Lane, gdy zjawił się Scotchy Lavelle – parszywiec o świńskich oczach – z bandą swoich zbirów. Wszyscy byli Anglikami – powinni płonąć ze wstydu po wsze czasy – bo tylko takich pomocników zatrudniali ci nowi. Brali miejscowych ludzi, prosto z rynsztoka. Taka to była armia, wyciągnięta z palarni opium w najnędzniejszych dzielnicach, gotowa zrobić wszystko za pół korony. Bez śladu lojalności czy patriotyzmu. Amerykanie byli dobrze poinformowani: wiedzieli wszystko o samym mieście i o prawdziwych zawodowcach, którzy tu pracowali –
o włamywaczach, kieszonkowcach i całej reszcie. Wiedzieli i o mnie.
Weszli więc do nas podczas śniadania i przywiązali Archiego do krzesła. Scotchy nie musiał
nic robić: stał tylko, pełen pychy, i przyglądał się, jak chłopcy wykonują za niego brudną robotę.
Wreszcie złożył nam propozycję, choć sam nie wiem, dlaczego tak to nazywam. To było żądanie, a ja poniósłbym śmierć, gdybym odmówił – nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Powiedział, że przy Chancery Lane znajduje się opuszczony zakład fryzjerski, dokładnie naprzeciwko siedziby Kompanii Depozytowej. Według niego potrzebowałem ledwie paru
tygodni, żeby wykopać tunel pod uliczką i włamać się do skarbca. Jest ponoć pełen złota, srebra, biżuterii i gotówki. Tamci byli gotowi zapłacić za najem salonu, a my z Archiem mieliśmy wykonać brudną robotę pod ziemią, całe ryzyko biorąc na siebie. Czego oczekiwali w zamian za swoją łaskawość? Otóż pan Devereux miał zgarnąć połowę łupu, tak mi powiedziano. Połowę!
Nawet Moriarty nie żądał nigdy więcej niż dwudziestu procent.
– I zgodziliście się? – spytał Jones.
– Gdy człowiek drętwieje ze strachu, otoczony przez pięciu zbirów, raczej nie jest skłonny się targować. Ja jednak mam swoją godność i zaprotestowałem ostro. I właśnie wtedy ten diabeł
kazał swoim ludziom dobrać się do Archiego. „Niech poczuje ból!”, powiedział. Wystarczyły te słowa, nic nie mogłem zrobić.
– Mogłeś ich powstrzymać – zamruczał Archie.
– Wydarzenia potoczyły się zbyt szybko. To było straszne. Ściągnęli mu but i na moich oczach... – Clay urwał. – Pokaż im, Archie.
Rudowłosy młodzian schylił się, by rozwiązać but. Zaraz też zrozumiałem, dlaczego kulał, gdy prowadziliśmy go do zakładu fryzjerskiego: stracił paznokieć u palucha, paskudnie spuchniętego i zakrwawionego.
– Tak mnie urządzili! – wyszeptał Archie ze łzami w oczach.
– Użyli kombinerek – ciągnął Clay. – Archie tak wrzeszczał, że całkiem straciłem ochotę na śniadanie. Wiedziałem jednak, że może być gorzej – gdybym odmówił, wzięliby się do mnie!
Nigdy wcześniej nie widziałem równie barbarzyńskich metod. Wiedziałem więc, że nie mam wyboru. Wprowadziliśmy się tu i pomyślałem, że warto stworzyć pozory, otwierając na nowo salon fryzjerski – jak słusznie pan zauważył – ale czyniąc przy tym wszystko, by zniechęcić klientów. Odkąd tu siedzimy, strzygłem ludzi może ze sześć razy i muszę się pochwalić, że wcale
nie wyszło to aż tak strasznie. Większość czasu spędzałem jednak pod ziemią, a Archie czuwał na powierzchni. Powiadam panom, diablo ciężka była to praca. Mułowiec, wapień, kreda – Bóg jeden wie, gdzie się podziała poczciwa londyńska glinka!
– Czy po śmierci Scotta Lavelle’a miał pan jakieś wieści od Clarence’a Devereux? – spytał
Jones.
Clay pokręcił przecząco głową.
– Nie od niego. O śmierci Lavelle’a wyczytałem w gazecie i zaraz poszliśmy z Archiem świętować butelką ginu. Czułem jednak, że to zbyt dobre wieści. I rzeczywiście, następnego dnia odwiedził nas osobnik jeszcze bardziej parszywego sortu. Wysoki, dobrze ubrany, o czarnych włosach przylizanych oliwką.
– Znamy go.
– Ale wolelibyście nie znać! Dał nam dwa tygodnie na dotarcie do skarbca. Oświadczył, że jeśli nie zdążymy, będzie nas to kosztowało kolejny paznokieć.
– Nie tobie wyrwali pierwszy!
– Wiesz, co mam na myśli, Archie. Od chwili, kiedy to usłyszeliśmy, pracujemy dniem i nocą.
– A co się miało wydarzyć, gdy już się włamiecie?
– Pan Mortlake powiedział, że skontaktuje się z nami osobiście.
– I macie mu przekazać część łupu?
– O, tak. A najpierw chce zobaczyć wszystko. Ci Amerykanie nikomu nie ufają.
O złodziejskim honorze można zapomnieć. Zastanawialiśmy się z Archiem, czy rzeczywiście zadowolą się połową, czy nie zwabią nas w pułapkę i nie poderżną gardeł.
– Z pewnością będzie pułapka – mruknął Jones. – Ale to nie wy w nią wpadniecie. A teraz bardzo bym chciał obejrzeć sobie ten wasz tunel; musi to być nie lada osiągnięcie inżynieryjne.
Ciekawi mnie też, jakim sposobem zamierzaliście przebić mur samego skarbca.
– To tylko londyńska cegła. Chełpią się, że na parterze wszystko jest wzmocnione stalowymi płytami, ale skrytki sejfowe na niższych poziomach nie są aż tak chronione. Pan Devereux dobrze się przygotował do tej roboty, to trzeba mu przyznać.