饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 22 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15495 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Wstaliśmy od stołu, nawet nie tknąwszy herbaty, i zeszliśmy na dół wąskimi schodkami, by znaleźć się w piwniczce pod zakładem fryzjerskim. Była tak ciasna, że ledwie mieściliśmy się w niej we czterech, bo większość miejsca zajmowały sterty urobku i ceglanego gruzu. W jednej ze ścian ziała wielka dziura, a gdy przykucnąłem, zobaczyłem za nią okrągły tunel niknący gdzieś w oddali, oświetlony lampami naftowymi i umocniony surowymi deskami. Nie miałem pojęcia, jakim sposobem John Clay mógł tam wytrzymać – nawet w piwniczce było tak gorąco, tak parno, że trudno było oddychać. Kopać mógł wyłącznie na kolanach, zgięty wpół,

przesuwając za siebie wygrzebaną ziemię.

– Był pan ze mną bardzo szczery, panie Clay – zauważył Jones. Cienie tańczyły na jego twarzy w drżącym blasku lamp. – Przestępstwa, których dopuścił się pan w przeszłości, przynajmniej na razie nic dla mnie nie znaczą. Do naszego kraju zawitało wielkie zło, przed którym mnie ostrzegano. Oto mamy sposobność, by pozbyć się go raz na zawsze. Chodźmy, Chase. Pora wracać na górę. Zbyt długo błądziliśmy w ciemności i zostało nam niewiele czasu.

Wspięliśmy się po schodkach i chwilę później opuściliśmy zakład fryzjerski przy Chancery Lane. Jeszcze nigdy nie widziałem Jonesa tak pełnego determinacji i tak pewnego siebie, jak wtedy. Spoglądając na niego, pomyślałem, że nawet jeśli aż do tej chwili Devereux miał w ręku cały Londyn, to jego czas właśnie dobiega końca.

15

Blackwall Basin

Nota z „Times of London”

20 maja 1891

Zuchwały napad w Londynie

Cały Londyn jest w szoku po tym, jak wczesnym rankiem przestępcy włamali się do siedziby Kompanii Depozytowej Chancery Lane, od sześciu lat oferującej bezpieczne skrytki sejfowe dla firm i rodzin. Ciesząca się wielkim poważaniem instytucja, dysponująca sześcioma tysiącami sejfów ukrytych w skarbcu strzeżonym przez uzbrojoną ochronę, wydawała się dotąd odporna na wszelkie ataki. Złodzieje wykazali się jednak nieprzeciętnym uporem: wydrążyli tunel pod ulicą i przebili ścianę jednego z podziemnych poziomów gmachu. Następnie okradli większość skrytek i wynieśli łup, którego wartość szacuje się na kilkaset funtów*. Bezczelność rabusiów mogła przynieść im jeszcze większy majątek, gdyby nie przytomność umysłu pana Fitzroya Smitha, kierownika nocnej zmiany, który wyczuł dziwny przeciąg w korytarzu i zszedł do podziemi, by zbadać sprawę. Mimo to od chwili, gdy odkryto ślady włamania, trwa szturm klientów na siedzibę Kompanii Depozytowej Chancery Lane – wszyscy domagają się informacji o tym, czy aby nie stracili swoich kosztowności. Śledztwo prowadzi inspektor A. MacDonald ze Scotland Yardu, lecz dotychczas nie dokonano żadnych aresztowań.

Nie mam pojęcia, w jaki sposób Jones przekonał redakcję „Timesa” do współpracy, ale taki właśnie artykuł ukazał się dwadzieścia cztery godziny po naszym spotkaniu z Johnem Clayem.

Naturalnie wywołał całkiem autentyczną panikę i tłum zamożnych londyńczyków rzeczywiście oblegał budynek przy Chancery Lane, ale nie wiem i tego, w jaki sposób udało się zapanować nad sytuacją. Mogę się tylko domyślać, że przedstawiciele Kompanii Depozytowej powtarzali uprzejmie jedną formułkę: „Nie, proszę pana, pańska skrytka pozostała nienaruszona. Niestety, dziś nie możemy pana wpuścić do środka; policja kontynuuje dochodzenie”.

Zamknięcie poważnej firmy na czterdzieści osiem godzin w wyniku napadu, którego nie było, to nie lada osiągnięcie, lecz z drugiej strony – gra toczyła się o wysoką stawkę, a Jonesowi kończył się czas. Komisarz zdążył już przeczytać list od Colemana De Vriessa i zlecił wszczęcie dochodzenia wewnętrznego w najbliższym możliwym terminie. Dochodzenie wewnętrzne zaś, jak zapewnił mnie Jones, oznaczało w Scotland Yardzie krótką drogę do oficjalnego zwolnienia ze służby.

Wiadomość o napadzie opublikowano w środę. Nie widziałem się wtedy z Jonesem, za to przysłał mi liścik do hotelu z zaproszeniem na spotkanie w dniu następnym przy Chiltern Street, na południe od dworca Baker Street. Budynek, który mi wskazał, był niewielki i wąski, za to dobrze oświetlony. Na parterze mieścił się salon, wyżej zaś sypialnia. Nieruchomość stała pusta od pewnego czasu, ale regularnie odkurzano wnętrza. Jones emanował pewnością siebie i spokojem, gdy ujrzałem go w salonie przy kominku, jak zwykle o lasce.

W pierwszej chwili byłem zdziwiony. Jakąż rolę mogło odgrywać to miejsce w naszym

śledztwie? Czy miało jakiś związek z osobą Johna Claya? Jones oświecił mnie dość szybko:

– Pan Clay jest bezpieczny w swym mieszkaniu przy Petticoat Lane. Dwaj moi ludzie strzegą

ich obu, Claya i Archiego Cooke’a, ale to chyba niepotrzebna ostrożność, bo nie sądzę, by próbowali się ulotnić. Prawda jest taka, że lubią pana Devereux mniej więcej tak samo jak my, i z przyjemnością ujrzeliby go w sądzie. Zwłaszcza jeśli udzielając nam wsparcia, sami mogą uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

– Skontaktowali się z nim?

– Wie już, że są w posiadaniu łupów wartych kilkaset funtów, pochodzących ze skarbca Kompanii Depozytowej Chancery Lane; uważa też, że ma prawo do połowy z nich. Artykuł

w „Timesie” był, moim zdaniem, bardzo zgrabnie napisany, ale czy to wystarczy, żeby go wywabić z amerykańskiej placówki? Kto wie? Może wyśle tylko swoich ludzi? Być może jednak i to wystarczy, byśmy zyskali dowody umożliwiające aresztowanie Devereux. Miejmy nadzieję, że będzie działał szybko. Pan Clay dał mu do zrozumienia – oczywiście idąc za moją radą – że musi pilnie opuścić Londyn. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

– A to miejsce? Po co tu przyszliśmy?

– Czyż to nie oczywiste, mój drogi Chase? – Jones uśmiechnął się i pomyślałem, że tak właśnie musiał wyglądać dawniej, zanim dopadła go choroba. – Cokolwiek się zdarzy

w najbliższych dniach, jasne jest, że moja kariera w Scotland Yardzie jest skończona. Toczymy rozmowę, którą rozpoczęliśmy nie tak dawno temu – o wspólnej pracy, Chase. Dlaczego nie mielibyśmy zrealizować tego pomysłu? Sądzisz, że mogłoby się udać?

– A te pokoje...?

– Są do wynajęcia za rozsądną kwotę. Jest tu jedna sypialnia – dla ciebie rzecz jasna. Ja przecież będę nadal mieszkał z moimi najdroższymi Elspeth i Beatrice. Ale powiedz, czy to nie idealna siedziba dla detektywów-konsultantów. Dwanaście schodków dzieli ją od ulicy, a tuż za rogiem znajdowało się... Zresztą to nieistotne. Przemyślisz chociaż tę sprawę, drogi druhu?

Wspominałeś, że nie jesteś żonaty, że nie masz zobowiązań rodzinnych. Czy Ameryka znaczy dla ciebie tak wiele, że chciałbyś tam wrócić?

– Z czego miałbym tu żyć?

– Założymy spółkę na równych prawach. Jestem przekonany, że jako detektywi-konsultanci zarabialibyśmy dość pieniędzy.

Przez chwilę nie bardzo wiedziałem, jak mu odpowiedzieć.

– Inspektorze Jones – rzekłem wreszcie – nie przestaje mnie pan zaskakiwać. Zresztą samo spotkanie z panem było jednym z najbardziej znaczących wydarzeń w moim życiu. Wybaczy mi pan, jeśli poproszę o odrobinę czasu do namysłu?

– Ależ oczywiście. – Jeśli nawet był rozczarowany moją pełną rezerwy odpowiedzią, to postarał się, bym tego nie dostrzegł.

– Oczywiście wszystko, o czym pan wspomniał, jest prawdą – ciągnąłem. – Istotnie

w Nowym Jorku prowadziłem raczej samotne życie i pozwalałem, by praca pochłaniała mnie bez reszty. Wiem też, że mój czas w Agencji Pinkertona dobiega końca i byłoby dla mnie zdrowo, gdybym spróbował poszerzyć swoje horyzonty. Mimo to potrzebuję czasu, żeby się zastanowić.

Może umówmy się, że odłożymy decyzję do czasu, aż wykonamy zadanie, a Clarence Devereux trafi za kratki. Sprawy posuwają się żwawo naprzód, więc nie powinno to potrwać zbyt długo.

– Zgadzam się bez zastrzeżeń. Ale może chociaż powiem właścicielowi tego domu, że

jesteśmy zainteresowani? Z pewnością zdołam go przekonać, by przynajmniej zarezerwował go dla nas na tydzień albo dwa. Potem zaś, jeśli pozwolisz, poszukamy sobie pani Hudson, która się nami zajmie. To kluczowa sprawa. Co się zaś tyczy mojej wiary w to, że zdołamy się utrzymać, pamiętaj, że mam wielu przyjaciół w Scotland Yardzie. Zapewniam cię, że zleceń nam nie zabraknie.

– Pan będzie Holmesem, a ja Watsonem? Może to i nie najgorszy pomysł. W końcu tamci

dwaj zostawili po sobie wyrwę, którą jakoś trzeba zapełnić.

Postąpił o krok naprzód i podał mi rękę. Uścisnąłem ją. W tym momencie, jak mi się zdaje, byliśmy sobie najbliżsi, nawet jeśli ja trwałem jeszcze w lekkim oszołomieniu jego propozycją, a on już płonął entuzjazmem, jakby lada chwila miało się spełnić coś, do czego dążył przez całe życie.

Wieczorem tego dnia John Clay otrzymał wiadomość od Clarence’a Devereux, dostarczoną przez małego ulicznika, który za fatygę dostał od nadawcy sześć pensów. Clay miał się zjawić –

wraz z całym łupem z Kompanii Depozytowej Chancery Lane – w magazynie nr 17 w rejonie Blackwall Basin. Spotkanie miało się odbyć nazajutrz o siedemnastej. Pod wiadomością nie było podpisu. Skreślona wyłącznie wielkimi literami, była zwięzła i jasna. Jones zbadał bardzo dokładnie atrament i papier, ale nie znalazł niczego, co wskazywałoby na związki z Ameryką lub chociaż z jej przedstawicielstwem w Londynie. Mimo to nie mieliśmy żadnych wątpliwości co do tożsamości nadawcy.

Tak oto zastawiliśmy pułapkę.

W piątek ledwie zdążyłem zjeść śniadanie, gdy pucybut przyniósł mi wiadomość, że mam gościa.

– Wprowadź go – powiedziałem. W czajniczku miałem jeszcze dość herbaty dla dwóch.

– Nie wejdzie – odparł pucybut, krzywiąc się. – On nie z tych, co lubią się pokazywać w porządnych lokalach. Czeka w holu.

Zaintrygowany odłożyłem serwetkę i wyszedłem z jadalni. Przy drzwiach frontowych czekał

na mnie jegomość o wręcz odpychającej powierzchowności. Po stroju natychmiast rozpoznałem w nim marynarza – ale takiego, który przyniósłby wstyd każdej łajbie, na którą by się zaciągnął.

Czerwona flanelowa koszula wystawała mu z płóciennych portek, a rękawy źle dobranej kurtki portowego pilota sięgały mu ledwie do połowy przedramion. Nieogolony, policzki miał sinawe od lekkiego zarostu. Wokół kostki nosił brudny bandaż. Wspartemu na koślawej kuli, brakowało bodaj tylko papugi, bym nazwał go w myślach wcieleniem podstarzałego pirata.

– Kim pan jest? – spytałem. – I czego chce?

– Zmiłowania, panie. – Marynarz dotknął czoła brudnym paluchem. – Przychodzę z okolic Blackwall Basin.

– W jakiej sprawie?

– Żeby pana zaprowadzić do pana Claya.

– Nigdzie się z panem nie wybieram, do pioruna! Niby przysłał pana Clay? A skąd znał mój adres?

– Od tego policjanta, jak mu tam? Od Jonesa! On też właśnie na pana czeka.

– Ciekawe gdzie.

– Przed twoim nosem, Chase. Pora nam w drogę!

– Jones! – zawołałem, a on zbliżył się o krok i jakby zostawił za sobą wykreowaną przez siebie postać marynarza. – To naprawdę pan? A niech mnie! Dałem się nabrać, nie ma co. Ale po cóż, u licha, tak się pan wystroił? I czemu zawdzięczam tę wizytę?

– Musimy natychmiast ruszać – odparł Jones ze stuprocentową powagą. – Nasz przyjaciel, pan Clay, przybędzie do magazynu nieco później; musimy go wyprzedzić. Devereux nie

spodziewa się pułapki. Z pewnością przeczytał artykuł w gazecie, a swoją drogą wie, że Clay się go boi. Mimo to nie możemy ryzykować. Musimy być gotowi.

– A po co przebranie?

– To niezbędny dodatek. Zresztą nie tylko dla mnie. – To rzekłszy, pochylił się i podniósłszy z ziemi płócienną torbę, rzucił mi ją. – Marynarska kurtka i spodnie. Używane, rzecz jasna, ale znacznie mniej brudne, niż mogłoby się wydawać. Jak prędko możesz się przebrać? Na zewnątrz

czeka dorożka.

Jones zasugerował, że pewnego dnia mógłbym spróbować opisać nasze przygody – na

przykład w nowym wydaniu magazynu „Strand” – a teraz, gdy prowadził mnie w stronę

londyńskich doków, miałem wrażenie, że stawia przede mną zadanie nie do wykonania. Jak bowiem choćby zacząć opis panoramy tak niezwykłej, rozległej portowej metropolii doklejonej na skraju wielkiego miasta, której widok otwierał się przede mną? Najpierw zwróciłem uwagę na zaskakująco ciemne niebo, lecz to był tylko dym, którym rzygały niezliczone kominy. Potem ujrzałem jego ciemne odbicie w mętnych wodach basenów portowych. Wszystko to było zaś jedynie tłem dla masywnych sylwetek setki żurawi i tysiąca masztów, floty żaglowców, oceanicznych parowców, kabotażowców, barek i lichtug. Niewiele jednostek było w ruchu; większość zamarła u nabrzeży, tworząc centralny punkt szarego pejzażu. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielu bander. Wyglądało to tak, jakby cały świat postanowił zebrać się w jednym miejscu. Gdy się zbliżyliśmy, ujrzałem pracujących Murzynów, Hindusów, Polaków i Niemców, a każdy pokrzykiwał we własnym języku, jakby wieża Babel właśnie runęła, a oni próbowali wygrzebać się z jej ruin.

Czarny nurt rzeki płynął niespiesznie, obojętnie mijając cały ten chaos, którego był

przyczyną. Sieć kanałów i basenów portowych wcinała się głęboko w ląd, dając schronienie rosyjskim brygom, barkom obciążonym belami słomy, a także niezliczonym lugierom i slupom.

Długie ramiona żurawi portowych uwijały się ponad nimi, dźwigając worki ziarna i długie bale pachnące jeszcze żywicą. Zewsząd trwał atak na moje nozdrza i oczy: przyprawy, herbata, cygara i nade wszystko rum dawały się znacznie wcześniej wyczuć, niż zobaczyć. Wkrótce byliśmy w stanie iść jedynie spacerowym tempem, nie szybciej – drogę blokowały nam grupy marynarzy i dokerów, konie, wozy i powozy. Nawet najszersze ulice przecinające port nie mogły pomieścić takiej masy ludzi, zwierząt i towarów.

Weszliśmy między hale, w których mieściły się warsztaty – ciesielski, kołodziejski, kowalski, hydrauliczny. Za brudnymi szybami widać było zajęte pracą, niewyraźne postacie.

Rzeźnik w niebieskim fartuchu przeszedł obok nas, dźwigając na ramieniu niedużą klatkę, a w niej dziko kwiczącego prosiaka. Gromada obdartych dzieciaków – ganiających się lub gonionych

– rozproszyła się, by nas ominąć. Ktoś krzyknął ostrzegawczo i coś cuchnącego chlusnęło na bruk z drzwi otwartych gdzieś ponad naszymi głowami. Jones chwycił mnie za rękaw i pociągnął

dalej, obok siedziby agenta zaopatrującego statki i podejrzanego lombardu, na którego progu siedział stary Żyd, zajęty oglądaniem zegarka kieszonkowego przez absurdalnie wielką lupę.

I wreszcie ujrzałem pierwsze magazyny – budowle z drewna, żelaza i cegieł, zalatujące pleśnią i na wpół zatopione w wilgotnej ziemi, która najwyraźniej nie mogła unieść ich ciężaru. I tu pracowały żurawie: beczki z winem, skrzynie z maszynami i Bóg jeden wie co zawierające kadzie oraz worki raz po raz opadały łagodnie na platformy, a te natychmiast wciągano do magazynów.

Szliśmy dalej, ku coraz mniej ludnej części portu. Hale magazynowe ponumerowano

zupełnie bezsensownie, stąd też zaskakująco szybko dotarliśmy pod numer siedemnasty: był to budynek na planie kwadratu, solidny, wysoki na cztery piętra, stojący w narożniku placu utworzonego przez koryto rzeki i poprzeczny kanał. Wrota od frontu i na tyłach magazynu były szeroko otwarte. Jones poprowadził mnie ku stercie starych sieci rybackich rzuconych wprost na nadbrzeżnej ścieżce i ułożył się na niej, wskazując mi miejsce obok siebie. Dopełnieniem tej rozległej martwej natury były walające się dokoła skrzynie oraz zardzewiała armata. Jones wyjął

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页