zza pazuchy butelkę ginu. Otworzywszy ją, pociągnąłem mały łyk – to była woda. Rozumiałem jednak, o co mu chodziło. Mieliśmy przed sobą kilka godzin oczekiwania. W takich strojach –
a byłem przebrany za wędrownego dokera – nie mogliśmy wzbudzić niczyich podejrzeń; łatwo
było wtopić się w portowy pejzaż. Wyglądaliśmy na dwóch bezrobotnych, czekających, aż kierownik którejś z brygad zlituje się nad nami i zatrudni choć na jeden dzień.
Na szczęście było dość ciepło i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie leżało mi się na starych sieciach. Mój towarzysz milczał, ale praca wokół nas nie ustawała ani na chwilę. Nie śmiałem spojrzeć na zegarek – bo przecież ktoś mógł mieć nas na oku – ale obserwując ruch chmur, nie traciłem poczucia czasu i wiedziałem, że wkrótce Jones, który także czuwał, powie mi, że Clarence Devereux jest już w drodze.
Wcześniej jednak pojawili się John Clay i Archie Clarke. Siedzieli obok siebie na koźle lekkiego wozu, którym przywieźli całą stertę przedmiotów dość szczelnie okrytych plandeką.
Clay pozwolił sobie na odrobinę próżności: pozbył się wreszcie osobliwej fryzury, która pomagała mu udawać fatalnego fryzjera; był teraz krótko ostrzyżony. Sądziłem, że zatrzymają się przed magazynem, ale wjechali prosto do wnętrza, nie zauważywszy nas.
– Zaczyna się – mruknął Jones, zerkając na mnie przelotnie.
Minęła kolejna godzina. Pobliski dok wciąż pełen był robotników – praca miała potrwać co najmniej do zmroku. Za nami wolniutko odbijała od brzegu barka wyładowana ziarnem
i makuchami, by walcząc z leniwym prądem, odpłynąć Bóg wie dokąd. Clay pojawił się na chwilę i znowu zniknął w magazynie. Widziałem tył wozu, którym przyjechali z Archiem, ale reszta ginęła w głębokim cieniu. Słońce musiało właśnie zachodzić, ale na niebie prawie nic się nie zmieniło: wciąż mieliśmy nad sobą żałobną szarość.
Wreszcie podjechał inny wóz, tym razem brougham o szczelnie zasłoniętych oknach.
Woźnica i jego pomocnik siedzieli na koźle z ponurymi minami – z powodzeniem mogliby być grabarzami w drodze na cmentarz. Spoglądając na grubą zasłonę za szybą, zastanawiałem się, czy naprawdę udało nam się osiągnąć cel: Czy wywabiliśmy Clarence’a Devereux z poselstwa?
Czy to możliwe, że osobiście chciał obejrzeć skradzione dobra? Jones szturchnął mnie lekko i ruszyliśmy ostrożnie w stronę budynku, bacznie obserwując powóz znikający w mrocznym wnętrzu. Mieliśmy nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł zamknięcia drzwi. Przystanęliśmy.
Jones był tuż obok mnie, nieruchomy i czujny. Dla niego ta przygoda miała szczególne znaczenie: ważyły się losy jego policyjnej kariery.
Niestety, zawiedliśmy się srodze. Z wozu wysiadł Edgar Mortlake, młodszy z braci.
Rozejrzał się z niesmakiem po magazynie. Dwaj chuligani, którzy mu towarzyszyli – bo tacy jak on nigdy nie podróżują samotnie – stanęli u jego boków, gotowi go bronić, całkiem jak w Bladeston House, gdy spotkaliśmy go po raz pierwszy. Podkradliśmy się z Jonesem jeszcze bliżej, trzymając się cienia i nie wchodząc w pole widzenia nowo przybyłych. Nie wykluczałem, że inni ludzie Mortlake’a zjawili się wcześniej, jak my, i że czają się gdzieś we wnętrzu magazynu. Miałem nadzieję, że nie uznają nas za zagrożenie. Teraz przynajmniej mieliśmy lepszy widok na to, co się działo w środku.
Przyszło mi do głowy osobliwe skojarzenie: byliśmy jakby w szekspirowskim teatrze –
centralnie położona scena otoczona była z czterech stron miejscami dla publiczności, której tym razem zabrakło. Wysokość budynku była równa jego szerokości, a dominującym elementem wystroju był witraż, być może skradziony z jakiejś kaplicy. Drewniane belki krzyżowały się wysoko nad nami; zwisały z nich liny z hakami i przeciwwagami, bez wątpienia służące do wciągania ładunków na platformy tworzące górną kondygnację. W kątach dostrzegłem
wydzielone klitki, zapewne służące jako biura. Parter, na którym rozgrywała się akcja naszego dramatu, był otwartą, niemal pustą przestrzenią. Pył unoszący się nad warstwą trocin rozpraszał
światło. Wszyscy aktorzy byli już na miejscach.
Wóz naszych ludzi stanął pod ścianą; koń parskał i niecierpliwie potrząsał głową. Przed dwoma zaimprowizowanymi stołami na krzyżakach stali John Clay i Archie Cooke, niczym
sprzedawcy szykujący się do targów z wyjątkowo trudnym klientem. Za ich plecami spoczywało na blatach mniej więcej pięćdziesiąt fantów: srebrne sztućce i świeczniki, biżuteria, kilka obrazów olejnych, kieliszki i porcelana, banknoty i monety. Nie miałem pojęcia, skąd to wszystko wzięli – bo przecież sejfy w Kompanii Depozytowej Chancery Lane pozostały
nietknięte – ale domyślałem się, że dostawcą musiał być Jones, który mógł jeszcze mieć dostęp do magazynu dowodów Scotland Yardu.
Z miejsca, w którym się przyczailiśmy, mogliśmy usłyszeć każde słowo rozmowy, która właśnie miała się rozpocząć. Mortlake, z rękami założonymi za plecami, przeszedł spacerowym krokiem wzdłuż ekspozycji. W końcu, ze złowrogim błyskiem w oczach, zatrzymał się przed Johnem Clayem.
– Marny łup, panie Clay – powiedział cicho. – Bardzo marny. Nie tego oczekiwaliśmy.
– Mieliśmy pecha, panie Mortlake – odparł Clay. – Tunel sprawdził się wybornie, choć praca była diabelnie ciężka, nawet pan nie wie jak bardzo! Tylko że przeszkodzono nam, zanim otworzyliśmy większość skrytek.
– To naprawdę wszystko? – Mortlake zbliżył się o krok, by dać Clayowi do zrozumienia, jak bardzo nad nim góruje. – Niczego nie ukrywacie?
– To jest wszystko, sir. Słowo dżentelmena.
– Przysięgamy na życie! – zaskrzeczał Archie.
– I właśnie życie zostanie wam odebrane, jeśli się dowiem, że kłamiecie.
– Ten towar wart jest tysiąc funtów – oznajmił Clay.
– W gazetach piszą inaczej.
– Gazety kłamią. Kompania Depozytowa nie chce przecież niepokoić swoich klientów.
Tysiąc funtów, panie Mortlake! Po pięćset dla każdej ze stron. Nie tak źle, jak na kilka tygodni pracy – mojej i Archiego, nawiasem mówiąc. Dla pana i pańskich przyjaciół to czysty, godziwy zysk.
– Moi przyjaciele są innego zdania. Spieszę donieść, panie Clay, że pan Devereux jest bardzo niezadowolony. Spodziewał się więcej i uważa, że zawiódł pan jego zaufanie. Krótko mówiąc, że złamał pan umowę. I dlatego polecił mi, żebym zabrał wszystko.
– Wszystko?
– To możecie sobie zatrzymać. – Mortlake pochylił się nad stołem i wybrał srebrny kieliszek do jajek na miękko. – Na pamiątkę ciężkiej pracy.
– Kieliszek?
– Kieliszek oraz życie. A następnym razem, gdy pan Devereux będzie potrzebował waszych usług, radzę opracować strategię, która przyniesie porządniejszy zysk. Jest pewien bank przy Russell Square, który nas zainteresował. Nie radzę więc w najbliższej przyszłości wyjeżdżać –
a raczej: próbować wyjeżdżać – z Londynu. Zobaczymy się we właściwym czasie.
Mortlake skinął głową i jego ludzie wydobyli worki, do których zaczęli wrzucać łupy, bezceremonialnie zsuwając je ze stołów. Athelney Jones uznał, że dość już zobaczył i usłyszał.
Ruszył przed siebie, nie kryjąc się wcale, a jednocześnie sięgnął do kieszeni po gwizdek. Jeden głośny, przeciągły sygnał wystarczył, by nagle u obu wejść do magazynu pojawiło się kilkunastu umundurowanych policjantów. Czyżby ukrywali się na jednym z cumujących opodal statków? A może w ciasnych biurach w kątach magazynu? Tak czy inaczej rozbiegli się sprawnie
i zablokowali wyjścia, po czym zaczęli wolno zbliżać się ku nam – my zaś podeszliśmy do naszej zdobyczy.
– Ani kroku dalej, panie Mortlake – zawołał Jones. – Byłem świadkiem wszystkiego, co się tu wydarzyło; słyszałem też nazwisko pańskiego wspólnika. Aresztuję pana pod zarzutem spisku celem dokonania włamania, a także za posiadanie skradzionych dóbr. Został pan zdemaskowany
jako członek przestępczej organizacji, która sprowadziła terror i rozlew krwi na ulice Londynu –
ale to już przeszłość. Wraz z pańskim bratem i Clarence’em Devereux odpowie pan za to przed sądem.
Słuchając tej przydługiej przemowy, Edgar Mortlake stał nieruchomo i z kamienną twarzą, ale gdy tylko zapadła cisza, odwrócił się nie ku Jonesowi, lecz ku złodziejowi, Johnowi Clayowi, który spoglądał na niego z widocznym zakłopotaniem.
– Wiedziałeś o tym – powiedział Mortlake.
– Nie pozostawili mi wyboru. Ale powiem panu coś: prawda jest taka, że nic mnie to nie obchodzi. Mam dość pańskich gróźb, przemocy i chciwości. Nie wybaczę też tego, coście zrobili mojemu przyjacielowi Archiemu. Przez was londyńscy przestępcy stracili dobre imię. Miasto odetchnie, kiedy stąd znikniecie.
– Zdradziłeś nas.
– Zaraz... – zaczął Clay.
W tym momencie ręka Mortlake’a wystrzeliła w stronę twarzy złodzieja – lecz był to ruch o tyle dziwny, że nie doszło do kontaktu. Clay spojrzał na przeciwnika ze zdziwieniem. I wtedy zrozumiałem, że to coś gorszego niż próba spoliczkowania. Mortlake ukrywał coś w rękawie: ostrze zamocowane w mechanizmie sprężynowym, który wyprostował się błyskawicznie niczym wężowy język. Cieniutka klinga rozcięła gardło Claya. Przez krótką chwilę miałem nadzieję, że coś się nie udało, że ostrze nawet go nie drasnęło, ale nagle tuż nad kołnierzem złodzieja ukazała się cienka czerwona linia. Clay stał jak skamieniały, gwałtownie chwytając powietrze i spoglądając na nas tak, jakby domagał się wyjaśnień. I wtedy rana otworzyła się gwałtownie, uwalniając istny potok krwi. Clay opadł na kolana, a Archie krzyknął głośno i zasłonił oczy.
Mogłem jedynie obserwować koszmar rozgrywający się na moich oczach.
Chuligani Mortlake’a rzucili worki z łupami i sięgnęli po broń. Rozproszyli się bez namysłu i zaczęli ostrzeliwać policjantów, już pierwszą salwą kładąc trupem dwóch lub trzech. Nim jeszcze ciała opadły na ziemię, jeden z nich sięgnął po maczetę leżącą na skrzynce i zamachnął
się, tnąc linę, przy której stał. W tej samej chwili Mortlake wyciągnął ręce i chwycił inny sznur, a ukryta gdzieś przeciwwaga błyskawicznie pociągnęła go ku górze – zniknął niczym magik wykonujący popisowy numer, a może raczej jak cyrkowy akrobata. Parę sekund później, gdy ucichły odgłosy rewolwerowej kanonady i rozwiał się dym, był już tylko figurką gdzieś w górze, na wysokości czwartego piętra. Zeskoczywszy z liny na jedną z platform, zniknął w ciemności.
– Za nim! – krzyknął Jones.
Większość policjantów sprawnie posługiwała się bronią i bezradni wobec przewagi liczebnej bandyci padali po kolei. Jeden z nich roztrzaskał stoły ciężarem własnego ciała. Spoglądając na zabitych, zastanawiałem się, jak silna była ich lojalność albo jak przemożny napędzał ją strach, skoro oddali życie za pana, który bez żenady zostawił ich na pastwę losu.
Nie straciłem jednak wiele czasu na podziwianie widoków: pochylony, by nie przyjąć
ostatniej, zbłąkanej kuli, zgodnie z rozkazem Jonesa popędziłem ku drewnianym schodom, które biegły zygzakiem od podłogi aż pod strop. Kątem oka dostrzegłem, że identyczna klatka schodowa znajduje się w przeciwległym końcu magazynu i że prują już ku niej trzej
funkcjonariusze. Może i Mortlake w efektowny sposób opuścił pole walki, ale nadal był
uwięziony w budynku.
Biegłem po skrzypiących schodach, które uginały się niepokojąco pod moim ciężarem.
Czułem ostry zapach prochu, spalenizny i kurzu. Wreszcie dotarłem na samą górę – bez tchu i z szaleńczo bijącym sercem – i znalazłem się na wąskiej kładce, z drewnianą ścianą po jednej stronie i niczym niezabezpieczoną czteropiętrową czeluścią po drugiej. Spojrzałem w dół.
Athelney Jones opanował już sytuację, ale nie był w stanie podążyć za mną. Clay leżał
z rozrzuconymi na boki ramionami, w szybko rosnącej kałuży krwi, która z tej wysokości robiła jeszcze bardziej wstrząsające wrażenie – przypominała wielką kroplę czerwonego atramentu.
Miałem wokół siebie baryłki, skrzynki, kadzie i pękate worki, dlatego też nie mogłem przemieszczać się zbyt prędko. Nagle przypomniałem sobie, że jestem bezbronny, Mortlake zaś miał do dyspozycji broń wręcz śmiercionośną, a mógł rzucić się na mnie w każdej chwili, bo kryjówek tu nie brakowało. Trzej funkcjonariusze wspięli się już na najwyższy poziom magazynu, ale dzieliła ich ode mnie spora odległość. Widziałem ich sylwetki na tle okrągłego witrażowego okna. Zbliżali się do mnie bardzo wolno.
Po chwili dotarłem do klapy w zbitej z desek ścianie – było to coś pośredniego między drzwiami a oknem. Wyjrzawszy na zewnątrz, zobaczyłem ołowiane niebo i pędzące po nim chmury. W dole miałem Tamizę i dwa holowniki płynące na wschód – poza tym panował głęboki spokój. Przed sobą zaś, na zewnątrz, ujrzałem długą, ruchomą platformę zawieszoną na dwóch zardzewiałych łańcuchach. Obok niej zainstalowano jakiś skomplikowany mechanizm z korbą.
Być może Mortlake miał nadzieję, że skorzysta z niego, by opuścić się z powrotem na dół, ale albo winda nie działała, albo zabrakło mu czasu, bo oto stał przede mną, w płaszczu szarpanym wiatrem. Wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem.
Wyszedłem przez klapę i zatrzymałem się, bojąc się zbliżyć choćby o krok. Z rękawa
Mortlake’a wciąż sterczało zakrwawione ostrze. Stojąc na chwiejnej platformie, z oleiście czarnymi włosami i wąsem przypominał pewnego aktora scenicznego. Byłem pewny, że nawet bracia Kiralfy z Nowego Jorku nigdy nie mieli okazji przedstawić publiczności postaci bardziej przepełnionej nienawiścią i bardziej niebezpiecznej.
– Proszę, proszę – zawołał Mortlake. – Zaskakujesz mnie, pinkertończyku. Nieraz miałem do czynienia z wami, chłopcami Boba Pinkertona, ale zwykle nie bywali tacy bystrzy.
Przechytrzyłeś mnie.
– Nie masz dokąd uciec, Mortlake! – odparowałem, ale wciąż stałem w miejscu. Paraliżował
mnie strach na myśl o tym, że przeciwnik mógłby skoczyć mi naprzeciw i użyć zabójczego ostrza. Na razie jednak nie atakował. Za otwartą klapą obaj widzieliśmy rzekę, lecz gdyby spróbował skoczyć, utonąłby niewątpliwie, jeśli nie zabiłoby go zderzenie z powierzchnią wody.
– Odłóż broń! Poddaj się!
Odpowiedział mi przekleństwem najgorszego sortu. Wyczułem za plecami jakiś ruch – to policjanci zbierali się na kładce, za ścianą magazynu, niepewni, czy powinni wyjść za mną na platformę. Może nie była to odsiecz kawaleryjska, ale poczułem ulgę. Już nie byłem sam.
– Wydaj nam Devereux! – zawołałem. – To jego chcę złapać. Wydaj go, a będziesz mógł
liczyć na łagodniejszy wyrok.
– Dam ci tylko jedno: moje słowo, że będziesz żałował do końca swoich dni tego, co
zrobiłeś. A możesz mi wierzyć, pinkertończyku, że zostało ci ich niewiele. Jeszcze się policzymy!
A potem, jednym ruchem i bez najmniejszego wahania, Edgar Mortlake odwrócił się
i skoczył. Patrzyłem, jak spada w powiewającym płaszczu i jak uderza nogami w ciemną taflę wody. Zniknął pod powierzchnią. Odruchowo pobiegłem do miejsca, z którego skoczył.
Platforma zakołysała się i zakręciło mi się w głowie – byłbym spadł, gdyby nie pochwycił mnie jeden z konstabli.
– Za późno, sir! – usłyszałem jego głos. – Już po nim.
Byłem mu wdzięczny za pomoc. Znowu spojrzałem w dół, ale na rzecznej toni nie
dostrzegłem już nawet zmarszczki.
Edgar Mortlake przepadł.
* Znaczna kwota w owych czasach, gdy 4 funty uchodziły za przyzwoitą tygodniówkę.