– To do niej niepodobne, mimo to niania próbowała wmówić sobie, że tak właśnie było. To ludzka rzecz, trzymać się nadziei, nawet najbardziej niedorzecznej. Przeszukała cały park i okolice, zanim wezwała pomoc. Nikt nie widział naszej córki, Chase – jakby zapadła się pod ziemię. Nie chcąc opóźniać poszukiwań jeszcze bardziej, zrozpaczona panna Jackson pobiegła do domu. Elspeth już na nią czekała i nie musiała słuchać relacji, bo chwilę wcześniej ktoś wsunął
pod drzwiami wiadomość. Mam ją tutaj.
Jones rozłożył i podał mi kartkę, na której drukowanymi literami napisano kilkanaście słów.
Prostota przekazu budziła grozę.
MAMY TWOJĄ CURKĘ. ZOSTAŃ W DOMU. Z NIKIM NIE ROZMAWIAJ.
ODEZWIEMY SIĘ PRZED ZMIERZCHEM.
– Prawie nic z tego nie wynika – zauważyłem.
– Owszem, wynika całkiem sporo – odparł zirytowany Jones. – Wiadomość napisał
wykształcony człowiek udający niewykształconego. Jest leworęczny. Pracuje w bibliotece albo ma dostęp do biblioteki, rzadko odwiedzanej. Dąży do celu za wszelką cenę, jest bezlitosny, ale
jednocześnie działa pod wpływem stresu, stąd pewna zapalczywość. To list napisany pod wpływem impulsu. Jestem niemal pewny, że autorem jest Clarence Devereux.
– Skąd tyle informacji?
– Czy to nie oczywiste? Udaje, że nie umie napisać słowa „córka”, a jednocześnie nie popełnia żadnych innych błędów i posługuje się rzadko używanym słowem „zmierzch”. Szukając kawałka papieru, sięgnął po książkę stojącą na półce i wyrwał czystą kartkę z samego początku.
Jak widać, dwa brzegi są cięte maszynowo, a jeden należał do krawędzi arkusza. Zauważ ślady kurzu i przebarwienia – powstałe pod wpływem światła – na zewnętrznej krawędzi. Zagniecenie wskazuje zaś na to, że kartkę wyrwano lewą ręką: kciuk zostawił wyraźny ślad, ukośnie ku zewnętrznej stronie. To był akt wandalizmu, zatem działanie w pośpiechu, a gdyby książka ta była często używana, ktoś mógłby je zauważyć. – Jones ukrył twarz w dłoniach. – Dlaczego potrafię odczytać aż tyle informacji, a moje umiejętności nie pozwoliły mi przewidzieć, że moje dziecko znajdzie się w niebezpieczeństwie?
– Niech pan się nie zadręcza, inspektorze – odpowiedziałem. – Czegoś takiego nikt nie mógł
przewidzieć. Od lat jestem śledczym, a nigdy jeszcze nie spotkałem się z podobnym
posunięciem. To, że Devereux uderzył w pana takim sposobem... to oburzające! Zawiadomił pan już kolegów ze Scotland Yardu?
– Boję się.
– Powinien pan to zrobić.
– Nie. Nie mogę jej narażać.
Zamyśliłem się.
– Zatem w ogóle nie należało tu przychodzić – stwierdziłem. – Kazali panu czekać w domu.
– Jest tam Elspeth, a ja... musiałem tu przyjść. Skoro uczynili mi coś takiego, to niemal na pewno spróbują zaatakować cię w podobnym stylu. Elspeth przyznała mi rację. Musieliśmy cię ostrzec.
– Nikogo tu nie widziałem.
– Wychodziłeś z hotelu?
– Jeszcze nie. Ranek spędziłem w pokoju, pisząc raport dla Roberta Pinkertona.
– Zatem zdążyłem na czas. Musisz pojechać ze mną do Camberwell. Czy nie proszę o zbyt wiele? Cokolwiek się stanie, powinniśmy razem stawić temu czoło.
– Liczy się tylko to, by pańska córka bezpiecznie wróciła do domu.
– Dziękuję.
Położyłem rękę na jego ramieniu.
– Nie skrzywdzą jej, Jones. Chcą dopaść tylko pana i mnie.
– Ale dlaczego?
– Tego nie wiem, lecz musimy przygotować się na najgorsze. – Wstałem. – Proszę zaczekać, wrócę do pokoju po płaszcz. Żałuję, że nie zabrałem z Nowego Jorku mojego pistoletu. Niech pan dokończy herbatę i odpocznie chwilę, inspektorze. Będzie pan potrzebował sił.
Znowu jechaliśmy pociągiem do Camberwell i znowu w milczeniu. Spoglądałem przez okno na przedmieścia Londynu, Jones zaś siedział z półprzymkniętymi powiekami, pogrążony w myślach. Nie mając nic lepszego do roboty, zadumałem się nad podróżą w znacznie szerszym tego słowa znaczeniu: nad wszystkim, co przeżyliśmy we dwóch, począwszy od Meiringen. Czy ta wyprawa miała się wkrótce skończyć? Wydawało się, że Clarence Devereux ma zdecydowaną przewagę, pocieszałem się jednak myślą, że być może przesadził, być może cios w rodzinę detektywa był jego pierwszym fałszywym ruchem. Postąpił jak desperat i być może istniała szansa na to, by wykorzystać to rozpaczliwe posunięcie przeciwko niemu.
Miałem wrażenie, że pociąg wlecze się wyjątkowo wolno, ale w końcu dotarliśmy do celu
i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę domu, w którym ledwie tydzień wcześniej jadłem kolację. Elspeth Jones czekała na nas w tym samym pokoju, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy. Stała obok fotela, jedną ręką trzymając się oparcia. Był to ten sam fotel, na którym wtedy siedziała, czytając córce książkę. Gdy mnie zobaczyła, nawet nie próbowała ukryć gniewu w oczach. Być może zasłużyłem na takie powitanie. Prosiła mnie o ochronę, a ja obiecałem, że wszystko będzie dobrze. Jakże pusto brzmiały teraz moje słowa.
– Jakieś wieści? – spytała.
– Nie. Tu także nic?
– Ani słowa. Maria jest na górze. Wciąż nie może się uspokoić, choć tyle razy jej
powtarzałam, że to nie jej wina. – Maria, jak się domyśliłem, była ową nianią, panną Jackson. –
Widziałeś się z Lestrade’em?
– Nie. – Jones pochylił głowę. – Niech mi Bóg wybaczy, jeśli popełniam błąd, ale nie mogę zlekceważyć ich poleceń.
– Nie pozwolę, żebyś mierzył się z nimi sam.
– Nie jestem sam. Pan Chase jest ze mną.
– Nie ufam panu Chase’owi.
– Elspeth! – obruszył się Jones.
– Nie było to miłe, pani Jones – odezwałem się. – Od samego początku tej sprawy robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby...
– Proszę mi wybaczyć tę otwartość – wpadła mi w słowo Elspeth, po czym spojrzała na męża. – Ale trudno oczekiwać, że w tej sytuacji będę się zachowywać inaczej. Od samego początku, gdy tylko wyjechałeś do Szwajcarii, obawiałam się czegoś takiego. Przeczuwałam, że zbliża się wielkie zło, Athelney. Nie, proszę cię, nie kręć głową w taki sposób. Czyż nie uczono nas w kościele, że zło ma fizyczną postać, że możemy poczuć je jako szczególnie dokuczliwą zimę albo nadciągającą burzę? „Ale nas zbaw od złego”! Powtarzamy te słowa co wieczór. I oto zło nadeszło. Może sam je zaprosiłeś, a może i tak by się pojawiło... Nie dbam o to, kogo urażę tymi słowy, po prostu nie chcę cię stracić.
– Nie mam wyboru: muszę robić, co każą.
– A jeśli cię zabiją?
– Nie sądzę, żeby tego właśnie chcieli – wtrąciłem. – Nic by na tym nie zyskali. Przede wszystkim nasze miejsce natychmiast zajęliby inni funkcjonariusze. Poza tym, choć może zamordowanie śledczego z Agencji Pinkertona nikogo by specjalnie nie wzruszyło, to śmierć inspektora Scotland Yardu byłaby sprawą zgoła innego kalibru. Nie ma mowy, by nasz
przeciwnik chciał sprowadzić na siebie takie kłopoty.
– Zatem co zamierza?
– Nie mam pojęcia. Może chce nas ostrzec, może zastraszyć – a może po prostu pokazać, jaki jest silny.
– Zabije Beatrice.
– Znowu powiem: nie sądzę. Używa jej, żeby dotrzeć do nas. List, który pani znalazła, jest na to dowodem. Ja znam tych ludzi. Wiem, w jaki sposób działają. To są nowojorskie metody.
Wymuszenie. Zastraszenie. Ale przysięgam na Boga, że nie skrzywdzą pani dziecka – po prostu dlatego, że nic w ten sposób nie zyskają.
Elspeth skinęła lekko głową i już na mnie nie spojrzała. Usiedliśmy przy stole i tak zaczęło się to, co całkiem uczciwie mogę nazwać najdłuższym popołudniem w moim życiu. Wskazówki zegara stojącego na kominku odmierzały posępnie każdą sekundę, a my mogliśmy jedynie czekać. Rozmowa nie wchodziła w rachubę. Filigranowa pokojówka przyniosła nam herbatę i kanapki, ale żadne z nas nie czuło głodu. Słyszałem wyraźnie terkot powozów przejeżdżających
ulicą i widziałem, że niebo stopniowo ciemnieje, ale w pewnym momencie musiałem chyba wyłączyć zmysły, bo głośne stukanie do drzwi wyrwało mnie jakby z głębokiego snu.
– To ona! – zawołała Elspeth.
– Módlmy się... – szepnął Jones i wstał energicznie. Po długotrwałym bezruchu poruszał się sztywno jak kukła.
Poszliśmy za nim do drzwi frontowych, lecz gdy otworzył je z rozmachem, nie zobaczyliśmy małej Beatrice. Na stopniach stał mężczyzna w czapce, trzymający w dłoni drugą wiadomość.
Jones wyrwał mu ją ze złością.
– Skąd pan to ma? – spytał.
Posłaniec spoglądał na niego z oburzeniem.
– A w pubie sobie siedziałem, w The Camberwell Arms, gdy jeden taki dał mi szylinga, żebym to dostarczył.
– Niech pan go opisze! Jestem policjantem i jeśli zatai pan cokolwiek, będzie źle.
– Ale ja nic nie zrobiłem! Jestem prostym cieślą. A tego jegomościa prawie nie widziałem.
Śniady był, w kapeluszu, z szalikiem owiniętym wokół brody. Spytał, czy chcę zarobić szylinga, i dał mi to. Powiedział, że w domu zastanę dwóch dżentelmenów, miałem oddać list jednemu z nich. Nic więcej nie wiem.
Jones otworzył list, dopiero gdy wróciliśmy do salonu. Ta sama ręka nakreśliła litery, lecz przekaz był tym razem jeszcze bardziej zwięzły:
ALEJA TRUPOSZY. OBAJ. BEZ POLICJI.
– Aleja Truposzy! – przeczytała Elspeth, wzdrygając się z odrazą. – Cóż za okropna nazwa.
Co to takiego? – Jones nie odpowiedział. – Powiedz mi!
– Nie wiem, ale sprawdzę w indeksie. Daj mi chwilę...
Zostaliśmy z Elspeth sami, a Jones udał się na piętro, do gabinetu. Czekaliśmy w milczeniu, gdy przeglądał swoje papiery, gromadzone przez lata – wzorem Holmesa, rzecz jasna. Jestem pewny, że oboje liczyliśmy jego kroki na schodach, gdy wracał.
– To w Southwark – wyjaśnił, wchodząc do pokoju.
– Ale czy wiesz, co to za miejsce?
– Wiem, moja droga. Tylko się nie denerwuj. To cmentarz, obecnie już nieczynny. Zamknięto go wiele lat temu.
– Dlaczego właśnie cmentarz? Czy chcą nam zasugerować, że nasza córka...
– Nie. Wybrali zaciszne miejsce, na uboczu, bo chcą w spokoju załatwić z nami sprawę.
Miejsce jak każde inne, Elspeth.
– Nie możesz tam jechać! – Elspeth chwyciła list, jakby w tych paru słowach chciała wyczytać coś jeszcze. – Jeżeli tam trzymają Beatrice, możesz wezwać policję. Musisz to zrobić!
Nie pozwolę, żebyś narażał się na śmiertelne niebezpieczeństwo...
– Jeżeli nie wykonamy instrukcji, to raczej nie znajdziemy tam naszego dziecka, kochanie.
To przebiegli ludzie i wszystko wskazuje na to, że wiedzą, co robią. Możliwe, że obserwują nas nawet w tej chwili.
– Jak to możliwe? Dlaczego tak uważasz?
– Pierwszy list adresowany był tylko do mnie. W tym zwracają się do nas obu. Wiedzą zatem, że jest u nas Chase.
– Nie pozwolę ci na to! – powtórzyła Elspeth Jones cicho, ale głosem pełnym pasji. – Proszę cię, wysłuchaj mnie, najdroższy. Ja pojadę zamiast ciebie. Ci ludzie nie mogą być aż tak podli, nie zignorują błagań matki. Niech wezmą mnie, a wypuszczą Beatrice...
– Nie potrzebują cię. Zależy im na nas dwóch. Tylko z nami chcą się rozmówić. Ale nie bój się, Chase ma rację: niczego nie zyskają, próbując nas skrzywdzić. Wierzę, że Clarence Devereux
chce zawrzeć z nami układ, to wszystko. Tak czy owak, wszelkie spekulacje nie mają sensu, gdy chodzi o życie Beatrice. Jeżeli nie wykonamy polecenia, mogą zrobić coś strasznego… w to nie wątpię.
– Nie napisali, kiedy macie się tam stawić.
– Zatem wyruszamy natychmiast.
Elspeth już nie oponowała. Wzięła męża w ramiona i przytuliła, jakby widzieli się po raz ostatni. Wyznaję, że ja sam miałem wątpliwości względem słów, którymi Jones próbował ją uspokoić. Gdyby Clarence Devereux rzeczywiście chciał tylko z nami porozmawiać, nie porwałby sześciolatki, żeby użyć jej jako przynęty do wyciągnięcia nas na zapomniany cmentarz w środku nocy. Może i nie mógł nic zyskać, wyrządzając nam krzywdę, ale to jeszcze nie znaczyło, że tego nie zrobi. Znałem go. Wiedziałem, w jaki sposób rozumuje. Równie dobrze jak z nim, moglibyśmy dyskutować ze szkarlatyną: istniała możliwość, że zniszczy nas tylko dlatego, że znajdziemy się w jego rękach i taka jest jego natura.
Wyszliśmy z domu i wydało mi się, że noc jest wyjątkowo chłodna jak na tę porę roku, choć wiatru praktycznie nie było. Jones przystanął jeszcze na progu, by spojrzeć w oczy żony, a potem zostaliśmy sami na pustej ulicy. Mimo to wiedziałem, że jesteśmy bacznie obserwowani.
– Wychodzimy, niech was szlag! – zawołałem. – Jesteśmy sami. Zjawimy się w Alei
Truposzy, róbcie z nami, co chcecie!
– Nie słyszą nas – powiedział Jones.
– Są bardzo blisko – odrzekłem. – Sam pan o tym wspomniał. A teraz już wiedzą, że ruszamy w drogę.
Nie mieliśmy zbyt daleko do Southwark, więc pojechaliśmy dorożką. Jones miał na sobie płaszcz i trzymał w ręku laseczkę, której jeszcze nie widziałem, z główką rzeźbioną na kształt kruczego łba. Pomyślałem, że to nader stosowne akcesorium, skoro wybieramy się na cmentarz.
Mój towarzysz był wyjątkowo spięty i milczący; przyszło mi do głowy, że sam nie wierzył w ani jedno z tych pełnych otuchy słów, którymi uspokajał małżonkę. Pakowaliśmy się prosto w paszczę lwa i doskonale o tym wiedział. Wiedział o tym już wtedy, gdy mnie zapraszał.
Aleja Truposzy już nie istnieje, ale była jednym z tych cmentarzy, które budowano na początku wieku, zupełnie nie myśląc o tym, jak wielu ludzi będzie w przyszłości mieszkać w Londynie i, co oczywiste, umierać w Londynie. Zapełnił się błyskawicznie, choć pochówków dokonywano tak gęsto, że miast być subtelną pamiątką po zmarłych, nagrobki stały się dekoracjami farsy: układane jeden przy drugim, w każdym wolnym miejscu, we wszystkich możliwych kierunkach, opierały się o siebie, pochylały – jakby w wieczystej walce o skrawek przestrzeni. Przez wiele lat unosił się nad cmentarzem fetor rozkładu, późniejsze groby kopano bowiem zbyt płytko; często można było tu znaleźć wystające kawałki trumien, a czasem i ludzkie kości. Tak oto Aleja Truposzy stała się miejscem zapomnianym, wciśniętym między tory kolejowe a stary warsztat. Składały się na nie dwie zardzewiałe bramy na przeciwległych końcach i kilka na wpół martwych drzew. Spoglądając na tę ruinę cmentarza, trudno było oprzeć się refleksji, iż nie należy on ani do tego świata, ani do świata zmarłych, tylko zawisł gdzieś we własnym, ponurym skrawku czasoprzestrzeni.
Wysiedliśmy z dorożki w chwili, gdy dzwony na kościelnej wieży biły ósmą. Ich głos niósł
się w ciemności dość głuchym echem. Od razu spostrzegłem, że ktoś już na nas czeka, i widok ten nie podniósł mnie na duchu. Mieliśmy przed sobą kilkunastu zbirów tak brudnych
i obszarpanych, że łatwo byłoby uwierzyć, iż sami przed chwilą wygrzebali się z płytkich mogił.
Większość miała na sobie krótkie, obcisłe płaszczyki, portki z kordu i ciężkie buciory. Niektórzy przyszli z gołą głową, inni w cyklistówkach, ale wszyscy byli uzbrojeni w pałki, oparte niedbale na ramieniu albo przedramieniu. Płonące pochodnie okrywały najbliższe nagrobki czerwonawą
łuną – chyba tylko po to, żeby otoczenie budziło jeszcze więcej skojarzeń z czeluściami piekieł.
Jak długo na nas czekali, tego nie wiedziałem, ale patrząc na nich, nie mogłem uwierzyć, że oto dobrowolnie oddajemy się w ich ręce. Musiałem uparcie powtarzać sobie, że tak naprawdę nie mamy wyboru, że czynimy to, co konieczne.
Czekaliśmy przy bramie, ale nic się nie wydarzyło.