饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 26 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15419 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– Gdzie moja córka? – zawołał Jones.

– Przyjechaliście sami? – Pytanie zadał brodaty mężczyzna o długich, splątanych włosach.

Złamany nos rzucał krzywy cień na jego twarz.

– Tak. Gdzie ona jest?

Cisza. Po chwili pojedynczy podmuch wiatru przemknął nad cmentarzem, a płomienie

pochodni skłoniły mu się na powitanie. Zaraz potem zza cokołu, na którym przysiadł kamienny anioł, wychynął mężczyzna. Przez moment sądziłem, że to Clarence Devereux, ale zaraz przypomniałem sobie, że cierpiący na agorafobię nigdy nie pojawiłby się w takim miejscu. To był

Edgar Mortlake. Gdy widziałem go po raz ostatni, właśnie znikał w nurcie rzeki, i może dlatego teraz wydawał mi się bardziej martwy niż żywy. Poruszał się wolno, jakby w zderzeniu z wodą połamał sobie kilka kości. Nie był sam. Beatrice Jones, blada i zapłakana, trzymała go za rękę.

Miała zmierzwione włosy i kilka brudnych smug na buzi, ale wyglądała na całą i zdrową.

– Twoja ukochana córeczka nic nas nie obchodzi! – krzyknął. – To ciebie chcemy dopaść.

I twojego piekielnego koleżkę.

– Oto jesteśmy.

– Podejdźcie bliżej. Bliżej, zapraszamy! Nie zatrzymamy dziecka, bo do niczego nie jest nam potrzebne. Czeka już na nie powóz, którym wróci do domu. Ale jeśli nie będziecie posłuszni, możecie zobaczyć coś, czego bardzo nie chcielibyście zobaczyć. – Mówiąc to, Mortlake uniósł

rękę, pokazując nóż o długim ostrzu, który błysnął w blasku pochodni tuż nad głową

dziewczynki. Całe szczęście, że nie mogła go zauważyć.

Byłem przekonany, że Mortlake naprawdę go użyje, jeżeli mu nie ulegniemy. Gotów był

poderżnąć małej gardło, tu, pod cmentarną bramą. Spojrzeliśmy z Jonesem po sobie, a potem ruszyliśmy przed siebie.

Otoczyli nas natychmiast, odcinając drogę ucieczki. Mortlake podszedł bliżej, wciąż prowadząc ze sobą Beatrice. Rozpoznała już ojca, ale była zbyt wystraszona, by się odezwać.

– Zabierz małą do domu – rozkazał, oddając ją pod opiekę młodego, uśmiechniętego łajdaka z szopą kręconych włosów i jęczmieniem na oku. Oddalili się żwawym krokiem. – Widzi pan, inspektorze Jones? Ja zawsze dotrzymuję słowa.

Jones spoglądał za córką tak długo, aż zniknęła mu z oczu za bramą.

– Jesteś tchórzem, Mortlake, kradnącym dziecko, żeby je wykorzystać do własnych podłych celów. Nie jesteś wart nawet pogardy.

– A ty jesteś kaleką, który zabił mojego brata. – Mortlake stał teraz tuż przed Jonesem, ich twarze dzieliło ledwie kilka cali. Patrzył na niego oczami szaleńca. – I będziesz za to cierpiał, to ci obiecuję. Najpierw jednak musicie odpowiedzieć na kilka pytań. I odpowiecie!

Skinął głową i jeden z opryszków wystąpił z kręgu. Świsnęła pałka i uderzony w tył głowy Jones bezgłośnie zwalił się na ziemię. Zostałem sam na sam z wrogami. Zbliżali się, a Mortlake patrzył teraz na mnie. Wiedziałem, co mnie czeka. Spodziewałem się tego. Mimo to zaskoczyła mnie nagła eksplozja bólu, po której runąłem w tunel ciemności, ku pewnej śmierci.

18

Na rzeźnickim haku

B ałem się otworzyć oczy, niemal pewny, że właśnie umieram. Bo z jakiej innej przyczyny miałbym czuć tak przeraźliwe zimno?

Świadomość wracała powoli, aż wreszcie zrozumiałem, że leżę na zimnej posadzce, a gdzieś blisko mnie migocze światło. Nie wiedziałem, jak długo byłem nieprzytomny i czy jestem ciężko ranny, czułem za to bolesne pulsowanie w czaszce, bez wątpienia skutek ciosu w głowę, który mi zadano. Zastanawiałem się, czy wywieziono mnie z Londynu. Chłód przenikał mnie do szpiku kości i mimowolnie drżałem na całym ciele. Nie miałem czucia w rękach; bolały mnie nawet zęby. Było tak, jakbym znalazł się na dalekiej północy, porzucony na śmierć na lodowym pustkowiu. Tak jednak nie było. Byłem w zamkniętym pomieszczeniu. Pod stopami czułem beton, nie lód. Usiadłem wolniutko i oplotłem ramiona wokół kolan, po części po to, by zachować choć resztkę ciepła, która mi pozostała, a po części po to, żeby wziąć się w garść.

I wtedy dostrzegłem Athelneya Jonesa. On także był już przytomny, choć wyglądał mi na bliskiego śmierci. Siedział pod ceglanym murem, a obok niego leżała nieodłączna laseczka. Na jego ramionach, kołnierzu i ustach iskrzyły się kryształki lodu.

– Jones...?

– Chase! Ocknąłeś się, dzięki Bogu.

– Gdzie jesteśmy? – Biały obłoczek pary wypłynął z moich ust, gdy przemówiłem.

– Zdaje się, że w Smithfield. Albo w podobnym miejscu.

– Smithfield? Czyli gdzie?

Sam sobie odpowiedziałem na to pytanie: był to targ mięsny. W sali, w której się

znajdowaliśmy, dostrzegłem bodaj setkę tusz zwierzęcych. Oczywiście widziałem je już wcześniej, ale mój odrętwiały, wolno wracający do życia umysł nie zainteresował się nimi zbytnio. Teraz przyjrzałem im się bliżej: nagie owce bez głów, w niczym już nieprzypominające bożych stworzeń, leżały na stertach sięgających niemal pod strop. Niewielkie strumyki krwi wypływającej z ciał zamarzły, przyjmując bardziej fioletową niż czerwoną barwę. Rozejrzałem się. Pomieszczenie miało kwadratowy kształt, a pod ścianami umocowano szyny, po których można było przesuwać dwie drabinki. Widok ten skojarzył mi się z wnętrzem okrętowej ładowni.

Jedyne wyjście blokowały stalowe drzwi, zapewne zamknięte na klucz, a gdybym tylko

spróbował dotknąć ich lodowatej powierzchni, zapewne straciłbym skórę na palcach. Na podłodze stały dwie łojowe świece, jedyne źródło światła w lodowatym mroku.

– Długo tu jesteśmy? – spytałem. Trudno mi było mówić przez zaciśnięte zęby.

– Nie bardzo. Na pewno nie.

– Jest pan ranny?

– Nie. Nie bardziej niż ty.

– A córka...?

– Bezpieczna... Tak przynajmniej sądzę. Dziękujmy Bogu choć za to. – Jones sięgnął po laskę i przyciągnął ją do siebie. – Chase, tak mi przykro.

– Dlaczego?

– To ja cię tu sprowadziłem. Tak więc to moja wina. Zrobiłbym wszystko – naprawdę

wszystko – żeby ratować Beatrice. Ale nie postąpiłem uczciwie, wciągając cię w tę kabałę. –

Oddychał nierówno, a staccato jego głosu pozbawione było ciepła w równym stopniu jak owcze truchła, które nas otaczały. Trudno zresztą, żeby było inaczej: każde słowo oznaczało walkę

z kąśliwym zimnem.

Mimo to odpowiedziałem:

– Proszę się nie obwiniać, inspektorze. Razem zaczęliśmy i razem skończymy. Tak powinno być.

Znowu wycofaliśmy się w głębokie milczenie, oszczędzając siły, a jednocześnie mając świadomość, że ucieka z nas życie. Czy taki miał być nasz los? Czy mieliśmy pozostać w ciemnicy tak długo, aż krew zamarznie nam w żyłach? Jones był oczywiście bliski prawdy: musieliśmy znajdować się w jednej z licznych chłodni otaczających któryś z targów mięsnych.

Ściany wewnętrzne musiały być obłożone węglem drzewnym, a gdzieś w pobliżu z pewnością pracowała ciśnieniowa maszyna chłodząca, która tłoczyła lodowate – i zabójcze dla nas –

powietrze wprost do naszego więzienia. Urządzenia tego typu były względnie nowym

wynalazkiem, a my zapewne pierwszymi ich śmiertelnymi ofiarami, ale nie dawało mi to wielkiej pociechy.

Wciąż trzymałem się myśli o tym, że nasi wrogowie nie zamierzają nas zabić – w każdym razie nie od razu – i chyba głównie dzięki tej rozpaczliwej nadziei nie straciłem ponownie przytomności. Edgar Mortlake powiedział, że Clarence Devereux chciałby z nami porozmawiać, zatem męki, które teraz przeżywaliśmy, musiały być jedynie preludium do owego spotkania.

Wiedziałem, że nie potrwają długo. Skostniałymi palcami próbowałem wymacać w kieszeni mój wierny składany nóż – jedyną broń, z którą nigdy się nie rozstawałem. Nie było go, ale i to nie miało wielkiego znaczenia, bo w takim stanie nawet nie potrafiłbym go użyć.

Doprawdy nie wiem, ile minut minęło, gdy tak balansowałem na krawędzi głębokiego snu, który otwierał się przede mną jak otchłań bez dna. Wiedziałem tylko, że jeśli zamknę oczy, to już nigdy ich nie otworzę – mimo to nie mogłem się powstrzymać. W końcu przestałem drżeć.

Popadłem w dziwny stan, gdzieś daleko poza uczuciem chłodu i zwykłą hipotermią. Lecz w chwili, gdy zaczynałem dryfować ku nieświadomości, skrzypnęły drzwi i w wątłym blasku świec ujrzałem na progu sylwetkę mężczyzny. To był Mortlake. Spojrzał na nas z pogardą.

– Nadal wśród żywych? – spytał. – Przypuszczam, że trochę ochłonęliście. Zatem proszę za mną, panowie. Już wszystko przygotowane. Powstań, powiedziałem! Zdaje się, że ktoś chciałby się z wami zobaczyć.

Nie mogliśmy wstać o własnych siłach. Trzej ludzie weszli więc do chłodni i postawili nas na nogi, obchodząc się z nami mniej więcej tak subtelnie, jak z baranimi tuszami. Dziwnie było widzieć na sobie ich dłonie, ale nie czuć ich dotyku. Na szczęście przez otwarte drzwi wpadło nieco cieplejsze powietrze i miałem wrażenie, że moja krew znowu krąży. Nareszcie mogłem się ruszyć. Spojrzałem na Jonesa, który niemal całym ciężarem ciała opierał się na lasce, próbując odzyskać choć odrobinę godności, nim prześladowcy popchną go w stronę drzwi. Nie

odzywaliśmy się ani słowem do Edgara Mortlake’a. Po co strzępić język? Dał nam wystarczająco jasno do zrozumienia, że czerpie satysfakcję z naszego bólu i upokorzenia. Byliśmy zdani na jego łaskę, a nasze słowa mogły jedynie skłonić go do tego, by zadać nam nowe męki. Z pomocą zbirów – tych samych, których widzieliśmy na cmentarzu – wyszliśmy z chłodni i znaleźliśmy się w łukowato sklepionym korytarzu. Surowe mury przywodziły na myśl wnętrze starego grobowca. Trudno nam było iść, bo nie mieliśmy czucia w stopach, i potykaliśmy się nieraz, zanim dotarliśmy do schodów wiodących w dół, tunelem oświetlonym lampami gazowymi. Tutaj nasi wrogowie musieli nas niemal nieść, inaczej stoczylibyśmy się na łeb, na szyję. Na szczęście powietrze było tu znacznie cieplejsze; mój oddech już nie zamarzał. Powoli odzyskiwałem władzę w kończynach.

Kolejny korytarz zaczynał się u podnóża schodów. Byłem niemal pewny, że znajdujemy się teraz pod ziemią: wyczuwałem w powietrzu jej ciężar, a poza tym osobliwa cisza dzwoniła mi

w uszach. Szedłem już o własnych siłach; Jones radził sobie tylko dzięki lasce. Mortlake podążał

za nami, bez wątpienia uradowany myślą o tym, co nas czeka. Za zakrętem korytarza aż przystanęliśmy z wrażenia: mieliśmy przed sobą miejsce doprawdy niezwykłe. Była to długa podziemna hala, której istnienia nikt by się nie domyślił, spacerując po powierzchni ziemi.

Ściany wzniesiono z cegieł, a strop podpierały dziesiątki łuków wspartych na dwóch rzędach filarów. Nad naszymi głowami krzyżowały się stalowe belki, z których zwisały zardzewiałe łańcuchy zakończone hakami. Pod stopami mieliśmy bruk, wygładzony przez dziesiątki lat i poprzecinany siecią torów kolejowych niknących gdzieś w trzewiach ziemi. Wszechobecne latarnie gazowe wypełniały halę poświatą, która wisiała w powietrzu niczym zimowa mgła.

Powietrze było wilgotne i zalatywało wonią rozkładu. Zbliżaliśmy się do dwóch blatów ułożonych na drewnianych kobyłkach. Spoczywała na nich bogata kolekcja narzędzi, którym wolałem nie przyglądać się zbyt uważnie. Czekały już na nas dwa rozklekotane krzesła oraz trzyosobowy komitet powitalny, co oznaczało, że mieliśmy przeciwko sobie sześciu zbirów.

W sumie nasze położenie było jeszcze gorsze niż w Alei Truposzy, teraz bowiem byliśmy jeńcami w pełnym tego słowa znaczeniu. Prawdę mówiąc, niewiele brakowało, abyśmy dołączyli do zastępów truposzy.

Nikt z obecnych się nie odzywał, mimo to słyszałem echo głosów... Dobiegały z daleka i nie wiedziałem, do kogo należały. Rozległ się też brzęk stali uderzającej o stal. Podziemny kompleks musiał być olbrzymi, a my zatrzymaliśmy się w jego odległym, zacisznym zakątku. Pomyślałem, że może warto krzyczeć, wzywać pomocy, ale zmieniłem zdanie – to nie miałoby sensu. Jeśli nawet ktoś by mnie usłyszał i chciał ocalić, nie wiedziałby, skąd dobiega mój głos. Nie mówiąc o tym, że gdybym tylko spróbował, znowu zostałbym ogłuszony.

– Siadać! – rozkazał Mortlake.

Nie mieliśmy wyboru. Gdy siadaliśmy na krzesłach, usłyszałem zadziwiający dźwięk: ktoś strzelił z bicza, a potem na kocich łbach zaterkotały koła powozu i załomotały końskie kopyta.

Odwróciłem się i ujrzałem widok zaiste niezapomniany: lśniący czarny powóz zaprzężony w dwa czarne rumaki mknął w naszą stronę, wiedziony rękami odzianego na czarno woźnicy. Można było odnieść wrażenie, że uformowała go sama ciemność, że to zjawisko żywcem wyjęte z baśni braci Grimm. Wreszcie pojazd zatrzymał się, drzwi się otworzyły i na stopniach ukazał się Clarence Devereux.

Ależ wielkie wejście dla małego człowieczka, pomyślałem. A wszystko to dla ledwie

dwuosobowej publiczności! Devereux podszedł do nas nieśpiesznie, ubrany w cylinder, pelerynę i jedwabną kamizelkę w jaskrawych barwach. Drobne dłonie ukrywał w rękawiczkach

skrojonych chyba dla dziecka. Zatrzymał się o kilka stóp przed nami, blady i milczący, po czym spojrzał na nas spod ciężkich powiek. Tak, w takim miejscu mógł czuć się swobodnie. Dla kogoś z taką przypadłością pobyt pod ziemią musiał być prawdziwą ulgą.

– Zimno wam? – spytał piskliwym głosem przepełnionym fałszywą troską. – Rozgrzejcie ich trochę!

Oprawcy pochwycili mnie za ramiona; to samo spotkało Jonesa. A potem, na oczach

Mortlake’a i Devereux, sześciu opryszków zaczęło na zmianę okładać nas pięściami. Nic nie mogłem zrobić – siedziałem potulnie i przyjmowałem ciosy, widząc eksplodujące gwiazdy za każdym razem, gdy trafiali mnie w twarz. Kiedy skończyli, strumyk krwi płynął z mojego nosa; w ustach czułem jej smak. Jones siedział zgięty wpół, jedno oko zniknęło pod opuchlizną rosnącą na jego policzku. Nie wydał z siebie żadnego głosu, gdy go dręczyli. Ja zresztą też nie.

– Tak lepiej – mruknął Devereux, gdy jego ludzie przerwali zabawę i odstąpili o parę kroków, zostawiając nas, dyszących ciężko, na krzesłach. – Chcę, żebyście obaj dobrze zrozumieli, że nie podoba mi się to, co się tu dzieje. Dodam też, że gardzę metodami, których użyto, żeby was tu

sprowadzić. Porwanie małej dziewczynki to nie jest środek, który zalecałbym w normalnej sytuacji. Jeśli to będzie dla pana jakimś pocieszeniem, inspektorze Jones, dziecko jest już w domu, z matką. Choć oczywiście mogłem to rozegrać inaczej. Mogłem na przykład torturować małą na pańskich oczach. Cokolwiek jednak pan o mnie myśli, nie jestem takim człowiekiem.

Przykro mi, że dziewczynka już nigdy nie zobaczy swego ojca i że widziała go po raz ostatni w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Śmiem jednak twierdzić, że z czasem o panu zapomni.

Dzieci są odporne. Dlatego sądzę, że możemy zostawić już kwestię pańskiej córki.

Trzeba wam wiedzieć, panowie, że zazwyczaj nie zabijam policjantów i innych stróżów prawa. Takie postępowanie rodzi bowiem niepotrzebne zadrażnienia. Agencja Pinkertona to pół

biedy, ale Scotland Yard to już poważna sprawa i możliwe, że pewnego dnia pożałuję tego, co zamierzam zrobić. Jednakże wy dwaj zdecydowanie zbyt długo przysparzaliście mi kłopotów.

Tym, co mnie naprawdę gryzie, jest fakt, że nie bardzo rozumiem, w jaki sposób zdołaliście osiągnąć tak wiele. To dlatego tu jesteście, a ból, którego właśnie doświadczyliście, jest zaledwie zapowiedzią tego, co was czeka. Widzę, że obaj drżycie. Będę uprzejmy i przyjmę, że to z wyczerpania, a nie ze strachu. Dajcie im trochę wina!

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页