Devereux wydał ten rozkaz tym samym tonem, którym wcześniej polecił, by nas pobito.
Niemal natychmiast wciśnięto mi do ręki kubek czerwonego wina. Jones dostał swój, ale nie chciał pić. Ja spróbowałem, żeby wypłukać trunkiem smak własnej krwi.
– W zdumiewająco krótkim czasie kilku tygodni zdołaliście dotrzeć do samego serca mojej organizacji, zostawiając po sobie zgliszcza. Mój przyjaciel, Scotchy Lavelle, był torturowany i został zamordowany, a co najdziwniejsze, wraz z nim stracili życie wszyscy domownicy. Trzeba wam wiedzieć, że Scotchy był wyjątkowo ostrożnym człowiekiem. W Nowym Jorku miał wielu wrogów i dobrze wiedział, jak się przed nimi kryć. Wynajął cichy dom na uboczu, więc tym bardziej zastanawiam się, jak go odnaleźliście. Kto wam powiedział, gdzie go szukać? Przyznaję, był znany Agencji Pinkertona i pan, panie Chase, bez wątpienia potrafił go rozpoznać. Lecz przecież spędził pan w Anglii mniej niż czterdzieści osiem godzin i już trafił pan do Highgate! Za nic w świecie nie mogę pojąć, jak pan tego dokonał.
Sądziłem, że Jones spróbuje mu wyjaśnić, iż wystarczyło pójść śladem gońca, Perry’ego, od Café Royal do Bladeston House, lecz mój towarzysz niedoli milczał. Devereux jednak czekał na odpowiedź i przyszło mi do głowy, że w naszej i tak marnej sytuacji moglibyśmy tylko stracić, gdyby jej nie uzyskał.
– To Pilgrim – powiedziałem.
– Pilgrim?
– Był z Agencji. Pracował dla mnie.
– Jonathan Pilgrim – warknął Mortlake. – Sekretarz mojego brata.
Devereux był zaskoczony.
– Naprawdę był pinkertończykiem? Wiedzieliśmy, że to kapuś – gdy tylko odkryliśmy, że jest zbyt gadatliwy, musiał za to zapłacić, ale... Sądziłem, że pracował dla profesora Moriarty’ego.
– Zatem był pan w błędzie – odparłem. – Pracował dla mnie.
– Był Anglikiem.
– Był Amerykaninem.
– I to on dał panu adres Scotchy’ego? Tak, to chyba możliwe, chociaż teraz żałuję, że nie zapytaliśmy go o to... Wspominałem nawet Lelandowi, że zbytnio się pospieszył, pozbywając się Pilgrima. Zastanawiam się tylko, panie Chase, czy aby nie próbuje mnie pan zwieść. Z całego serca odradzam. Być może nie docenia mnie pan, bo widział mnie w chwili słabości. Jeśli jednak spróbuje mnie pan okłamać, będę o tym wiedział, a pan za to zapłaci. Chciałby pan coś dodać?
Jeśli nie, to przejdźmy dalej. Pilgrim podał adres i pojechaliście do Bladeston House. Tej samej nocy Scotchy i wszyscy mieszkańcy jego domu zostali zamordowani we śnie. Jak do tego doszło? I dlaczego?
– Na to pytanie nie znamy odpowiedzi.
– To się okaże. Scotchy nic wam nie powiedział, tego jestem pewny. Nie zeznałby niczego ciekawego na policyjnym przesłuchaniu i nie zostawiłby po sobie żadnych kompromitujących papierów, listów, wskazówek. Był bowiem, jak wspomniałem, niezwykle ostrożnym
człowiekiem. A jednak już następnego dnia wkroczyliście do mojego klubu.
– Jonathan Pilgrim pisał do mnie z tego adresu. A policja wiedziała, że wynajmował tam pokój.
– A skąd wiedziała? I jak w ogóle ustalono tożsamość Pilgrima? Czy pan nas bierze za amatorów, panie Chase? Naprawdę pan sądzi, że pozbylibyśmy się trupa, nie opróżniwszy najpierw jego kieszeni? Nie było takiej możliwości, by tutejsi policjanci powiązali morderstwo Pilgrima z moją organizacją – a jednak to zrobili. To oznacza, że coś tu jest nie tak.
– Może powinien pan zaprosić do tej kompanii inspektora Lestrade’a. Z pewnością chętnie opowiedziałby tę historię od swojej strony.
– Nie potrzebujemy Lestrade’a. Mamy was. – Devereux zastanawiał się przez chwilę, zanim dodał: – Wróćmy do naszej historii. Dwadzieścia cztery godziny później widziano was już przy Chancery Lane, gdzie od tygodni trwały przygotowania do skoku, który, jak się spodziewałem, miał mi przynieść wielotysięczne zyski, nie tylko w postaci kosztowności należących do luminarzy tego miasta, ale także w postaci ich tajemnic. Raz jeszcze więc próbuję wejść w wasze buty: Jak zdołaliście tego dokonać? Kto wam powiedział? Czy to John Clay? Nie sądzę. Nie miał
tyle odwagi. A może Scotchy? Nie do pomyślenia! Jak więc tam trafiliście?
– Pański przyjaciel, Lavelle, zostawił pewną notatkę w swoim dzienniku. – Tym razem odpowiedzi udzielił Jones, mimo połamanych zębów i spuchniętych, zakrwawionych ust. Nadal nie tknął swego wina.
– Nie! W to nie uwierzę, inspektorze Jones. Scotchy nigdy nie był taki głupi.
– A jednak mogę zapewnić, że tak właśnie było.
– Ale czy równie ochoczo będzie mnie pan zapewniał za pół godziny? Zobaczymy. Jesteście odpowiedzialni za porażkę tego konkretnego przedsięwzięcia i w swoim czasie byłem gotów pogodzić się ze stratami. Jednakże tym, z czym pogodzić się nie mogę i co muszę tej nocy wyjaśnić do końca, jest kwestia waszego wtargnięcia do poselstwa. Jakim cudem tam trafiliście?
Kto was do mnie skierował? Przez wzgląd na moją przyszłość w tym kraju po prostu muszę wiedzieć. Słyszy mnie pan, inspektorze Jones? To dlatego zadałem sobie tyle trudu, żeby was tu sprowadzić. Weszliście do mojego domu i stanęliście ze mną twarzą w twarz. Upokorzyliście mnie, wykorzystując moją przypadłość. Nie twierdzę, że chcę was za to ukarać, ale muszę się zabezpieczyć, by coś takiego już nigdy się nie powtórzyło.
– Zbytnio pan wierzy w swoje zdolności – odparł Jones. – Łatwo było pana znaleźć. Trop wiodący z Meiringen do Highgate, do Mayfair i do poselstwa był wręcz oczywisty. Każdy potrafiłby nim pójść.
– I idź pan do diabła, jeśli sądzisz, że będziemy tu opowiadać o naszych metodach śledczych!
– dorzuciłem. – Po co mamy z panem rozmawiać, Devereux, skoro i tak przeznaczona jest nam śmierć? Lepiej skończmy z tym wszystkim raz na zawsze.
Nastała długa pauza. Edgar Mortlake wpatrywał się w nas w milczeniu i z głęboką
nienawiścią. Jego ludzie wciąż nas otaczali, niezbyt zainteresowani rozmową.
– Zgoda. Niech i tak będzie. – Devereux, który dotąd bawił się środkowym palcem ukrytym w rękawiczce, nagle opuścił ręce i spojrzał na nas jakby zasmucony tym, co chciał nam
powiedzieć.
– Czy wiecie, gdzie jesteście? Otóż znajdujemy się pod Smithfield, jednym z największych targów mięsnych na świecie. To miasto jest żarłoczną bestią, pochłaniającą więcej mięsa, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. Każdego dnia przyjeżdża tu ono ze wszystkich zakątków świata: sprowadza się woły, świnie, owce, króliki, koguty, kury, gołębie, indyki, gęsi. Przebywają tysiące mil z Hiszpanii czy Holandii, a czasem nawet z Ameryki, Australii czy Nowej Zelandii.
Stoimy na samym skraju tej podziemnej komnaty. Nikt nas nie usłyszy i nikt nam nie
przeszkodzi. A trzeba wam wiedzieć, że całkiem niedaleko stąd pracują już rzeźnicy w swych zarękawkach i fartuchach. Ich wózki i kosze już czekają, by się na nowo zapełnić. Snow Hill jest tuż za rogiem. Tak, tak. Ten targ ma nawet własną podziemną stację kolejową. Już wkrótce nadjedzie pierwszy pociąg, prosto z doków Deptford. I właśnie tu zostanie rozładowany... Pięćset ton każdego dnia. Życie zwierząt zredukowane do języków, ogonów, nerek, serc, udźców, boczków i nieskończonej liczby kubłów z flakami.
Po co wam o tym wszystkim mówię? Otóż sprawa ta interesuje mnie w bardzo osobisty
sposób i zanim spotka was to, na co zasłużyliście, chcę wam o tym opowiedzieć. Moi rodzice przybyli do Stanów z Europy, ale ja dorastałem już w Chicago, w dzielnicy Packinghouse –
i dobrze pamiętam te czasy. Mój dom stał przy Madison Street, w pobliżu targu mięsnego Bull’s Head i sąsiadujących z nim zagród. Jeszcze dziś mam to wszystko przed oczami... Podnosi się mgła, jadą wozy-chłodnie, wchodzą wielkie stada zwierząt o ślepiach szeroko otwartych ze strachu. Jak mógłbym zapomnieć coś takiego? Targ mięsny to miejsce, które skaziło moje życie.
Te dymy, te zapachy były wszędzie. W letnim upale zlatywały się dziesiątki tysięcy much, a rzeka stawała się czerwona od krwi – rzeźnicy nie są zbyt subtelni, jeśli chodzi o kwestię pozbywania się odpadów. Mięsa starczyłoby, żeby wykarmić całą armię. I to całkiem dosłownie, bo spora część produkcji trafiała do żołnierzy Unii, którzy w owym czasie walczyli jeszcze z secesjonistami.
Czy wobec tego zdziwicie się, jeśli powiem, że dorastałem, czując niebywałą niechęć do spożywania mięsa? Od chwili, w której wolno mi było samodzielnie podjąć decyzję, jestem tak zwanym wegetarianinem – a słowo to, jeśli to was ciekawi, pochodzi właśnie stąd, z Anglii.
Choroba, na którą cierpię, także ma swoje źródło w moim dzieciństwie. Często miewałem senne koszmary o zwierzętach uwięzionych w zagrodach, czekających na straszną śmierć w rzeźniach.
Widziałem ich ślepia spoglądające na mnie zza krat. Jakimś sposobem przejąłem od nich ten strach. W moim młodym umyśle powstało proste skojarzenie: zwierzęta były bezpieczne tylko tak długo, jak długo pozostawały w zamknięciu. Kiedy bowiem wypuszczano je z klatek czy zagród, szły na rzeź. Tak też i ja zacząłem lękać się otwartych przestrzeni, świata zewnętrznego.
Gdy byłem mały, przykrywałem głowę kołdrą, by móc zasnąć. W pewnym sensie po dziś dzień pozostaję przykryty.
Proszę, panowie, poświęćcie chwilę na zrozumienie cierpienia, które zadaje zwierzętom okrutny człowiek wyłącznie po to, by zaspokoić swój apetyt. Mówię całkiem poważnie, gdyż ma to związek z waszą najbliższą przyszłością. Pozwolę sobie zademonstrować... – Podszedł do stołów i wskazał na wyłożone na nich narzędzia. Nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem na wszystkie te piły, noże, haki, stalowe pręty i pieczęci do znakowania bydła. – Zwierzęta się bije.
Chłoszcze. Piętnuje. Kastruje. Obdziera się je ze skóry i wrzuca do wrzątku – moim zdaniem, nie zawsze upewniwszy się, czy nie żyją. Oślepia się je i dręczy, a na koniec wiesza za nogi z poderżniętym gardłem. To samo spotka i was, moi panowie, jeśli mi nie odpowiecie na pytania, które zadam. W jaki sposób mnie znaleźliście? Skąd tyle wiedzieliście o moich interesach? Dla kogo tak naprawdę pracujecie? – Devereux uniósł dłoń. – Pan, inspektorze Jones, pracuje dla Scotland Yardu. A pan, panie Chase, dla Agencji Pinkertona. Lecz ja już miewałem do czynienia
z tymi organizacjami i znam ich metody. Wy pracujecie inaczej. Na przykład łamiecie konwencje międzynarodowe, wkraczając do eksterytorialnego poselstwa. Po czymś takim człowiek zaczyna się zastanawiać, po której stronie prawa tak naprawdę stoicie. Albo przesłuchujecie Scotchy’ego Lavelle’a i następnego dnia jest już trupem. Aresztujecie Lelanda Mortlake’a i parę sekund później umiera z zatrutą strzałką wbitą w kark.
Podejmuję wielkie ryzyko, traktując was w taki sposób, i możecie mi wierzyć, że jest mi to nie w smak. Jestem nade wszystko człowiekiem pragmatycznym i wiem, że stróże prawa po obu stronach Atlantyku zdwoją swoje wysiłki, gdy rozejdzie się wieść o waszej śmierci. Jednakże nie mam wyboru. Muszę wiedzieć. Mogę wam zaoferować tylko jedno: jeśli będziecie
współpracować, jeśli powiecie mi prawdę, czeka was szybki i bezbolesny koniec. Najmniejsze ostrze, precyzyjnie wbite w kręgosłup byka, zabija go w sekundę. To samo mogę obiecać i wam.
Naprawdę możemy sobie oszczędzić przemocy. Odpowiedzcie na moje pytania, a odejdziecie z tego świata w znacznie przyjemniejszy sposób.
Przez długą chwilę wszyscy milczeliśmy i tylko z daleka – może i z milowego dystansu –
dobiegało echo metalicznych uderzeń. Nie byłem nawet pewny, czy to dźwięk z powierzchni czy spod ziemi. Byliśmy więc zupełnie sami, otoczeni przez sześciu brutali gotowych zadać nam wręcz niepojęty ból. Nikt nie usłyszałby naszych krzyków. A gdyby nawet usłyszał, to pewnie wziąłby je za ryk zwierząt idących na rzeź.
– Nie możemy zaspokoić pańskiej ciekawości – odezwał się wreszcie Jones – a to z tej prostej przyczyny, że wysnuwa pan wnioski z niewłaściwych założeń. Jestem oficerem
brytyjskiej policji. Chase od dwudziestu lat pracuje dla Pinkertona. Podążyliśmy za śladem, owszem, dość dziwnym, który doprowadził nas do poselstwa i na Chancery Lane. Możliwe, że ma pan wrogów, którzy jeszcze się nie ujawnili. Może to oni pomogli nam trafić do celu. Pan jednak był nieostrożny. Gdyby nie wiadomość wysłana do profesora Moriarty’ego, nasze śledztwo nawet by się nie rozpoczęło.
– Ale ja nie wysyłałem mu żadnej wiadomości.
– Widziałem ją na własne oczy.
– Kłamie pan.
– Po cóż miałbym to robić? Bardzo precyzyjnie wyjaśnił mi pan naszą sytuację. Co miałbym zyskać, matacząc?
– Możliwe, że list napisał Edgar albo Leland Mortlake – wtrąciłem. – A może i Scotchy Lavelle. Był to wszakże tylko jeden z wielu błędów, które pan popełnił. Owszem, teraz ma pan nad nami przewagę, ale gdy nas zabraknie, pojawią się następni. Pański czas dobiegł końca.
Dlaczego udaje pan, że jest inaczej?
Devereux spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a potem zwrócił się do mego towarzysza:
– Pan kogoś chroni, inspektorze Jones. Nie wiem kogo i nie pojmuję, dlaczego jest pan gotów cierpieć w jego imieniu, ale wiem jedno: na pewno się nie mylę. Jak pan sądzi, dlaczego przetrwałem tak wiele lat, niewzruszony ani wysiłkami stróżów prawa, ani konkurentów, których nic nie zadowoliłoby bardziej niż mój upadek? Otóż mam instynkt. I wyczuwam w panu fałsz.
– Pan się myli! – zawołałem i w tej samej chwili poderwałem się z krzesła. Udało mi się zaskoczyć Mortlake’a i jego pomagierów. Długie przemowy szefa uśpiły ich czujność, niemal wprowadziły w letarg. Dlatego teraz, nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzuciłem się na Devereux, jedną ręką chwytając jedwabną kamizelkę, a drugą jego gardło. Gdybym tylko zdołał
dosięgnąć któregoś z noży leżących na stole! Nie zdołałem, za to obaliłem przeciwnika na bruk i byłbym go udusił, gdyby kilka par rąk nie pochwyciło mnie w porę. Poczułem uderzenie pałką w skroń, ale nie dość mocne, by mnie ogłuszyć. Zaraz potem ktoś poprawił pięścią.
Oszołomiony, czując znowu krew płynącą z nosa, pozwoliłem, by zawlekli mnie z powrotem na
krzesło.
Clarence Devereux wstał tymczasem, pobladły z wściekłości. Wiedziałem, że jeszcze nigdy nikt nie zaatakował go w taki sposób, a już na pewno nie w obecności jego podwładnych.
– Skończyliśmy – wycharczał. – Miałem nadzieję, że dogadamy się, jak na dżentelmenów przystało, ale nasze sprawy właśnie dobiegły końca. Nie zamierzam tu stać i patrzeć, jak będą was rozrywali na strzępy. Mortlake! Wiesz, co masz robić. Niech nie pozdychają, póki nie usłyszysz prawdy. Zameldujesz mi o wszystkim, czego się dowiesz.
– Zaraz! – krzyknął Jones.
Devereux już go nie słuchał – bez słowa wsiadł do powozu. Woźnica szarpnął lejce i konie zawróciły posłusznie. Świsnął bat i po chwili czarny pojazd zniknął w ciemności.
Mortlake podszedł do stołu i bez pośpiechu przyjrzał się instrumentom, wodząc po nich dłonią. W końcu wybrał coś, co przypominało brzytwę. Otworzył ją, pokazując nam nietypowe, zębate ostrze. Sześciu zbirów z cmentarza zacieśniło krąg wokół nas.
– No dobra – mruknął Mortlake. – Zaczynamy.
19
Powrót do światła
P o ostatnim biciu, które mi zafundowano, nie miałem siły, by się ruszyć. Mogłem jedynie patrzeć, jak Mortlake waży brzytwę w palcach i przypatruje się jej, jakby napawał się pięknem tego prostego instrumentu. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bezradny. Pogodziłem się z myślą, że zbytnio ufałem swoim możliwościom i że wszystkie moje plany i aspiracje przestaną istnieć w dość krwawych okolicznościach. Clarence Devereux mnie pokonał. To, że przez krótką chwilę trzymałem go za gardło, było niewielką pociechą. Wiedziałem, że ślad moich palców zniknie na długo przed tym, nim mój wróg dotrze do bezpiecznej kryjówki w amerykańskim poselstwie, ja zaś będę wtedy cierpiał niewyobrażalne męki. Poczułem na ramionach czyjeś ciężkie dłonie.