饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 28 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15363 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Dwaj inni ludzie Mortlake’a stanęli obok mnie. Jeden z nich trzymał w ręku linę, drugi chwycił

mnie za nadgarstek, by założyć mi pęta.

I wtedy odezwał się inspektor Jones.

– Czekajcie! – zawołał, a ja zdumiałem się niepomiernie, słysząc, jak spokojny jest jego głos.

– Tracisz czas, Mortlake.

– Tak sądzisz?

– Powiemy ci wszystko, co chciałby wiedzieć twój pan. Nie ma powodu, byście musieli uciekać się do tak ohydnych, nieludzkich metod. To jasne, że i tak zginiemy, zatem co możemy zyskać, milcząc? Opiszę ci krok po kroku podróż, którą odbyliśmy, by się tu znaleźć, a mój przyjaciel, pan Chase, potwierdzi każde moje słowo. Przekonasz się jednak, że niewielka będzie ich wartość. Uprzedzam o tym z góry. – Jones położył laskę na kolanach, jakby miała stanowić barierę oddzielającą go od oprawców. – Nie mamy już żadnych sekretów i bez względu na to, jak bardzo upodlisz się w oczach Boga, nie wydobędziesz od nas żadnych cennych informacji.

Mortlake nie zastanawiał się długo.

– Ty naprawdę nic nie rozumiesz, Jones – odpowiedział. – Posiadasz informacje i oczywiście podzielisz się nimi ze mną. Tylko że nie to jest teraz najważniejsze. Mój brat, Leland, zginął, będąc w waszych rękach, i nawet jeśli nie macie pojęcia, kto go zabił, uważam was za winnych jego śmierci, i za to mi zapłacicie. Możliwe, że zacznę od wyrwania ci języka – aż tak bardzo jest mi obojętne, co masz do powiedzenia.

– W takim razie obawiam się, że nie mam wyboru. – Jones obrócił laskę w taki sposób, że jej czubek mierzył w stronę Mortlake’a. Jednocześnie, jak zauważyłem, odkręcił łeb kruka, odsłaniając ukrytą komorę. Trzymając laskę w jednej ręce, wsunął palec wskazujący drugiej w otwór i przekręcił. Rozległ się ogłuszający huk eksplozji i w brzuchu Mortlake’a otworzyła się nagle olbrzymia dziura, a strugi krwi i kawałki kości wystrzeliły z jego pleców. Podmuch omal nie rozerwał go na dwie części, lecz nie obalił go na ziemię. Brzytwa wypadła ze słabnących palców, ramiona się przygarbiły, a ręce wyciągnęły w przód w obronnym geście. Z czubka laski, która, jak się domyśliłem, mieściła w sobie sprytnie zamaskowany pistolet, unosiła się jeszcze smużka dymu. Mortlake jęknął, a wtedy na jego ustach pojawiła się krew. Teraz dopiero upadł na twarz i już się nie poruszył.

Broń Jonesa mogła wystrzelić tylko raz.

– Teraz! – krzyknął i poderwaliśmy się z krzeseł w tej samej sekundzie, podczas gdy sześciu łotrów wciąż nie mogło pojąć, co się właściwie wydarzyło. Z zadziwiającą chyżością –

doprawdy, nie podejrzewałem, że jest zdolny do takich wyczynów! – Jones zamierzył się laską i trafił nią w twarz najbliżej stojącego zbira, który padł na plecy, obficie brocząc z rozbitego nosa.

Ja tymczasem pochwyciłem linę, którą chciano mnie spętać, i przyciągnąłem ją ku sobie, a zaraz potem wbiłem łokieć w gardło innego opryszka. Straciwszy równowagę, nie mógł się nawet bronić; opadł na kolana, gulgocząc głośno.

Przez moment sądziłem, że nasz atak się powiódł, że wbrew logice jednak zdołamy uciec.

Niepotrzebnie puściłem wodze wyobraźni: przecież wciąż mieliśmy przeciwko sobie czterech przeciwników. Byli w świetnej formie, a dwóch z nich właśnie wyciągnęło rewolwery. Ten, którego Jones trafił w twarz, także był uzbrojony i widziałem, że nie przejawia najmniejszej ochoty do rozsądnej debaty. Ruszyli na nas półkolem, gotowi w każdej chwili otworzyć ogień.

Byli poza naszym zasięgiem i już nic nie mogło ich powstrzymać przed naciśnięciem spustu.

I wtedy zgasły światła.

Gazowe latarnie, których długie szeregi ciągnęły się we wszystkich kierunkach, nagle po prostu zamigotały i zgasły, jakby zdmuchnął je przeciąg. W jednej chwili byliśmy w potrzasku i szykowaliśmy się na śmierć. W następnej tonęliśmy w głębokiej, absolutnej ciemności, która pochłonęła wnętrze podziemnej hali. Możliwe, że jakaś cząstka mojego umysłu zastanawiała się w tym momencie, czy aby nie zginąłem, śmierć bowiem nie może różnić się zbytnio od tego stanu, w którym się wtedy znalazłem. A jednak żyłem i oddychałem, moje serce zaś biło – i to bardzo mocno – mimo to czułem się jakby oderwany od otoczenia. Nie widziałem nawet

własnych dłoni!

– Chase!

Jones zawołał mnie po nazwisku i niemal w tej samej chwili szarpnął za rękaw, ku ziemi.

Prawda jest taka, że czyniąc to, uratował mi życie, bo gdy padaliśmy na bruk, ludzie Mortlake’a otworzyli ogień. Widziałem błyski u wylotów luf i czułem, że kule przelatują nad moją głową i ramionami, by z impetem wbić się w nieodległy mur. Gdybym nadal stał, rozerwałyby mnie na strzępy. Miałem szczęście, że nie oberwałem nawet rykoszetem.

– Tędy! – szepnął Chase. Przyklęknął tuż obok i nie puszczając mego ramienia, pociągnął

mnie za sobą. Oddalaliśmy się od naszych wrogów, od kolekcji narzędzi tortur, coraz dalej w wielką nicość, w którą zamienił się otaczający nas świat. Znowu rozległy się strzały, lecz tym razem kule zaświstały w znacznie większej odległości od nas, a z każdym naszym krokiem prawdopodobieństwo trafienia malało. W pewnej chwili trafiłem ręką na coś twardego: to musiała być ściana korytarza, który mieliśmy za plecami, gdy Devereux wygłaszał swoją mowę –

korytarza, którym przyszliśmy do hali! Idąc za przykładem Jonesa, wyprostowałem się, przyciskając dłonie do ściany. Nadal byłem ślepy, ale wiedziałem, że jeśli będę trzymał się muru, wyprowadzi mnie na powierzchnię.

I pewnie tak by się stało, gdyby nie to, że ledwie zrobiłem krok w bok, za naszymi plecami zamigotało żółtawe światło i już po chwili rozproszyło mrok wokół nas. Odwróciłem się przerażony i ujrzałem leżącego na plecach Mortlake’a, a tuż obok niego brodacza ze złamanym nosem – tego samego, który jako pierwszy odezwał się do nas na cmentarzu. Trzymał w ręku lampę naftową, którą jakimś cudem zdołał zapalić. Mimo naszych wysiłków bardzo nieznacznie oddaliliśmy się od niebezpieczeństwa. Powiem nawet, że niewystarczająco. Przeciwnicy mieli nas jak na dłoni.

– Tam są! – zawołał brodacz. – Zabić ich!

Znowu skierowały się ku nam lufy rewolwerów, ja zaś przyjąłem ten widok z rezygnacją, szykując się na śmierć. Jednak to nie nas nawiedziła.

Niewidzialna siła uderzyła w głowę brodacza i nagle boczna ściana jego czaszki

eksplodowała czerwonym płynem wprost na ramię. Zatoczył się, wciąż trzymając w ręku lampę naftową. Zniekształcone cienie zatańczyły na postaciach pozostałych pięciu zbirów. Nie zdążyli wystrzelić, a jeszcze nim ich kompan upadł na bruk, było na to za późno: znowu zgasło światło.

Ktoś zastrzelił jednego z naszych wrogów. Ale kto? I dlaczego? Na to pytanie nie mogliśmy teraz odpowiedzieć. Czy w mroku, czy w blasku latarń, nadal byliśmy w śmiertelnym

niebezpieczeństwie; należało jak najszybciej dotrzeć na powierzchnię, szukać schronienia na ulicach.

Korzystając z nowego zamieszania – napastnicy nadal nie byli pewni, co właściwie zaszło –

puściliśmy się biegiem przed siebie, potykając się raz po raz. Czułem, że w mojej głowie walczą ze sobą dwa sprzeczne impulsy. Chciałem jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, lecz jednocześnie bałem się, że biegnąc na oślep, rozbiję się o jakąś niewidoczną przeszkodę.

Słyszałem Jonesa gdzieś obok, ale już nie byłem pewny, czy jest blisko czy daleko ode mnie.

I jeszcze coś: Czy to tylko moja wyobraźnia, czy grunt pod moimi stopami zaczynał się wznosić?

To było kluczowe pytanie. Im wyżej się wspinaliśmy, tym większe były szanse na to, że bezpiecznie dotrzemy na powierzchnię.

W tym momencie dostrzegłem migotliwe światełko w odległości może pięćdziesięciu jardów

– ktoś zapalał świeczkę. Jak to możliwe? Kto to zrobił? Zatrzymałem się w pół kroku i wykrzyknąłem do Jonesa jedno jedyne słowo:

– Tam!

Światełko znajdowało się dokładnie na wprost, przed nami, i nie wątpiłem, że zapalono je po to, by nas wyprowadziło spod ostrzału. Trudno mi było dokładnie oszacować odległość, nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie stoję. Ktoś musiał postawić świecę specjalnie dla nas, żeby nam pomóc, ale nawet gdyby uczynił to diabeł, czy mieliśmy wybór? Przyspieszyliśmy mocno, słysząc za plecami kroki naszych prześladowców. Kolejny strzał. Kula odbiła się od muru, a ceglany pył zaszczypał mnie w oku. Przekląłem głośno. Zaraz potem usłyszałem w oddali zupełnie nowy, szybko zbliżający się dźwięk – dźwięk potężny, podobny do sapania,

a jednocześnie do tarcia metalu o metal. Poczułem swąd spalenizny. Powietrze stało się ciepłe i wilgotne.

W naszą stronę jechał pociąg ciągnięty przez lokomotywę parową – musiał zmierzać do Snow Hill, stacji, o której wspomniał nam Devereux. Nie widziałem go jeszcze, ale hałas stawał

się z każdą sekundą coraz bardziej ogłuszający. Ciemność była jak kurtyna przed moimi oczami i coraz goręcej pragnąłem w końcu ją zerwać. Nagle ogarnęła mnie panika: przestraszyłem się, że być może zbłądziłem na tory i zobaczę lokomotywę dopiero w chwili, gdy będzie mnie

miażdżyć. W tym momencie wyłoniła się zza zakrętu tunelu i choć wciąż jej nie widziałem –

jedynie wyczuwałem jej ogromną masę – to nagle znalazłem się w snopie światła, który wyłuskał

z mroku podpory, łuki i wysokie sklepienie hali. Poczułem się tak, jakbym trafił do jakiegoś fantastycznego królestwa duchów i potworów, a nie do podziemi targu mięsnego w Londynie.

Jones stał tuż obok mnie i obaj wiedzieliśmy, że oświetleni reflektorem lokomotywy

stanowimy doskonały cel dla przeciwników. Pociąg jechał torem równoległym do tunelu, w którym staliśmy, a oddzielała go od nas kolumnada wspierająca strop. Dziwny był to widok: światło to rozbłyskało, to gasło, przesłaniane rytmicznie filarami, a wszystko, co wyłaniało się z mroku, było jakby fotografią, która natychmiast znikała – widziałem takie kiedyś

w fotoplastykonie na Coney Island. Jednocześnie dym z komina i para buchająca z cylindrów łączyły się w gorącym uścisku niczym para ulotnych kochanków. Nadjeżdżający pociąg wydawał

się fantastycznym stworzeniem: im bardziej się zbliżał, tym groźniej wyglądał, niczym smok pilnujący swego królestwa.

Rozejrzałem się i zobaczyłem czterech mężczyzn tuż za naszymi plecami. Korzystając

z niespodziewanej iluminacji, zbliżyli się znacznie szybciej, niż się spodziewałem. Wiedziałem, że przejazd pociągu potrwa jeszcze niespełna pół minuty, ale dopóki trwał, byliśmy łatwym celem. Napastnicy znowu puścili się biegiem przed siebie, znikając i pojawiając się

w sekundowych odstępach w tym przerażającym, czarno-białym świecie, stworzonym przez ruchomy reflektor, którego blask przebijał się raz po raz między słupami i chmurami trującego dymu.

Jones krzyknął do mnie, ale już go nie słyszałem. Zobaczyłem za to, że z czterech

przeciwników zostało tylko trzech – kolejny padł na ziemię zalany fontanną krwi. Pociąg był tuż, tuż. I wtedy zza jednej z kolumn wyłoniła się ciemna postać. To był Perry. Uśmiechał się demonicznie, a jego oczy płonęły. Podbiegł do mnie z wielkim nożem rzeźnickim w prawej dłoni. Padłem na plecy, lecz to nie ja byłem jego celem. Jeden z ludzi Mortlake’a zakradł się w pobliże, był dosłownie o kilka cali ode mnie, i to w jego gardło wbił się teraz nóż Perry’ego.

Ostrze wysunęło się jeszcze na moment i uderzyło ponownie. Krew popłynęła szerokim

strumieniem na ramiona. Chłopak stał tuż obok mnie i wyraźnie słyszałem jego piskliwy śmiech.

Stał z szeroko otwartymi ustami, błyskając bardzo białymi zębami. Ryk lokomotywy przepełniał

moje uszy, już nie oddychałem powietrzem, a jedynie dymem i parą wodną. Moje gardło płonęło.

Ciemność. Lokomotywa nareszcie nas minęła i tylko wagony przemykały obok

z rytmicznym turkotem kół.

– Chase! – zawołał mnie Jones. – Gdzie jesteś?

– Tutaj!

– Musimy uciekać z tej przeklętej kostnicy.

Świeca nadal migotała przed nami. Ruszyliśmy w jej stronę, nie bardzo wiedząc, co

zostawiamy za sobą. Miałem wrażenie, że znowu usłyszałem stłumiony odgłos kuli wbijającej się w ciało – nie rewolwerowej, ale wystrzelonej z broni pneumatycznej. Chłopak także został gdzieś za nami. Usłyszałem krzyk, a potem przerażający gulgot: ostrze znowu rozcięło czyjeś gardło.

Chwyciliśmy się z Jonesem za ręce i – krztusząc się i łzawiąc obficie – uparcie pędziliśmy naprzód, coraz wyraźniej wyczuwając nachylenie podłoża. Gdy wreszcie dotarliśmy do świecy, nie mieliśmy już wątpliwości: ktoś celowo ustawił ją dla nas, w bezpiecznym miejscu, w kącie.

Rozejrzawszy się uważnie, dostrzegłem w górze niebo i księżycową poświatę. Jeszcze tylko metalowe schody i już byliśmy na powierzchni. Niesieni resztką sił stanęliśmy w bladym blasku przedświtu.

Nikt nas nie ścigał. Grozę podziemnego świata zostawiliśmy daleko za sobą. Możliwe, że wszyscy ludzie Devereux zginęli, lecz nawet gdyby któryś z nich dotarł naszym śladem aż tutaj, niewiele mógłby zdziałać, otaczali nas bowiem ludzie: rzeźnicy i tragarze, urzędnicy i inspektorzy, kupujący i sprzedający. Wszyscy w milczeniu zabierali się do pracy. Dostrzegliśmy też policjanta i zaraz podbiegliśmy do niego.

– Detektyw inspektor Athelney Jones ze Scotland Yardu – przedstawił się zdyszany Jones. –

Próbowano mnie zabić. Wezwijcie posiłki, konstablu, potrzebuję ochrony.

Bóg jeden wie, jak wyglądaliśmy, wystraszeni i zdesperowani, posiniaczeni i zakrwawieni.

Nasze ubrania były w nieładzie, a ciała brudne od kurzu i sadzy. Policjant popatrzył na nas z zadziwiającym spokojem.

– Pomalutku, sir – powiedział. – O co tu właściwie chodzi?

Niebo zaczynało już różowieć, gdy jechaliśmy w stronę Camberwell. Towarzyszyłem

Jonesowi, bo jakże mogłem wrócić do hotelu, nie upewniwszy się, czy nasza całonocna misja naprawdę dobiegła szczęśliwego końca. Niewiele rozmawialiśmy, lecz gdy dotarliśmy do Denmark Hill, siedząc obok siebie w kabinie powozu, który policjant ostatecznie zgodził się dla nas wezwać, w końcu na mnie spojrzał i rzekł:

– Widziałeś go.

– Mówisz o Perrym, chłopaku, który doprowadził nas do Bladeston House?

– Tak. On tam był.

– Był.

– Nadal nic z tego nie rozumiem, Chase...

– Ani ja, inspektorze Jones. Najpierw próbował pana zabić w Scotland Yardzie, a teraz wygląda na to, że przybył nam z pomocą.

– On i ten człowiek, który mu towarzyszył. Ale kim oni naprawdę są i jak nas znaleźli? –

Jones w zamyśleniu zamknął oczy. Był bliski kompletnego wyczerpania i pewnie zasnąłby na siedząco, gdyby nie niepewność, która go dręczyła. Jak dotąd mieliśmy jedynie słowo dane nam przez Devereux, że Beatrice wróciła do domu. Nie mieliśmy natomiast najmniejszego powodu, by wierzyć w jego deklaracje. – Nie powiedziałeś im o Perrym – dorzucił po chwili Jones. – Gdy Devereux zapytał o to, jak znaleźliśmy drogę do Highgate, nie wspomniałeś ani słowem o chłopaku z Café Royal.

– A dlaczego miałbym zdradzać mu całą prawdę? – spytałem. – Uznałem, że lepiej trzymać go w niepewności. Ważniejsze było dla mnie to, żeby usłyszeć, jak z własnej woli przyznaje się do zamordowania Jonathana Pilgrima. I zrobił to. Naturalnie od początku wiedzieliśmy, że to jego sprawka, ale teraz usłyszeliśmy to wyznanie na własne uszy i możemy zeznawać przed sądem.

– Jeśli kiedykolwiek go tam zaciągniemy.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页