饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 29 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15457 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– Zaciągniemy, Jones. Po dzisiejszej nocy już nigdzie nie będzie bezpieczny.

Dotarłszy do drzwi frontowych w domu mego druha, nie musieliśmy ich otwierać. Widząc podjeżdżający powóz, Elspeth wybiegła na schodki z rozpuszczonymi włosami, w szalu

narzuconym na ramiona. Padła w objęcia męża.

– Gdzie Beatrice? – spytał Jones.

– Na górze, śpi. Umierałam ze strachu, czekając na ciebie.

– A ja wróciłem. Jesteśmy bezpieczni.

– Jesteś ranny. Twoja twarz! Biedactwo, co ci się stało?

– To nic. Ważne, że żyjemy. Tylko to się liczy.

Weszliśmy we troje do domu. Ogień trzaskał w kominku, a w kuchni już szykowano

śniadanie, lecz ja zasnąłem w fotelu na długo przed tym, nim podano do stołu.

20

Immunitet dyplomatyczny

T o dziwne, ale cała sprawa – moje długie i bolesne polowanie na największego z amerykańskich przestępców – miała sprowadzić się do czystej formalności: do spotkania z trzema dżentelmenami w zacisznym pokoju. Powróciliśmy do poselstwa Stanów

Zjednoczonych Ameryki pod prawdziwymi nazwiskami i za wiedzą głównego komisarza

londyńskiej policji. Prawdę mówiąc, pozwolenie nadeszło z jeszcze wyższego szczebla: udzielił

go sam sekretarz spraw zagranicznych lord Salisbury. Tym sposobem mogliśmy zasiąść twarzą w twarz z ambasadorem Robertem T. Lincolnem i jego doradcą, Henrym White’em, którzy nie tak dawno witali nas na przyjęciu. Trzecim przedstawicielem strony amerykańskiej był Charles Isham, sekretarz Lincolna, osobnik młody i dość chimeryczny, ubrany w fioletową marynarkę i obwisły krawat. To on, równie niedawno, chciał nas aresztować na życzenie braci Mortlake’ów.

Siedzieliśmy w pokoju, który bez wątpienia służył dyplomatom za bibliotekę – całe dwie ściany zabudowano regałami pełnymi książek, głównie opasłych tomów zawierających

opracowania prawnicze, których nikt nigdy nie czytał. Pozostałe dwie ściany pomalowano na szaro, w dość anemicznym odcieniu, i przyozdobiono portretami poprzednich ambasadorów, z których pierwsi nosili jeszcze wysokie kołnierze i pończochy. Okna, za którymi rozciągał się widok na Victoria Street, zasłonięto bardzo gęstymi firanami i zastanawiałem się, czy nie uczyniono tego z myślą o wizycie Devereux. Nie widzieliśmy go jeszcze; nie padło nawet jego nazwisko. Mieliśmy jednak pewność, że przebywa w tym gmachu, oczywiście pod warunkiem że powrócił tu po swym występie w podziemiach targu mięsnego Smithfield. Inspektor Jones rozstawił funkcjonariuszy policji wokół całej posesji, tym razem w cywilnych ubraniach. Ich zadaniem było dyskretne obserwowanie wszystkich wchodzących i wychodzących.

Roberta Lincolna już opisałem. Choć zwalisty i chwilami niezgrabny, wydał mi się

nieprzeciętną postacią już podczas przyjęcia, gdy z takim wdziękiem witał wszystkich gości i gotów był rozmawiać z każdym chętnym, a jednocześnie zręcznie sterował konwersacją tak, by przebiegła po jego myśli. Teraz, gdy siedziałem obok niego na krześle o wysokim oparciu, przy zabytkowym stole, moje wrażenia były podobne. Nawet w mniejszym gronie i w spokojniejszej atmosferze nie ulegało wątpliwości, że to on niepodzielnie dominuje. Nie musiał nawet się odzywać. White z kolei wydawał się najbardziej zmartwionym spośród naszych gospodarzy.

Siedział z boku i przyglądał się nam czujnie, aż wreszcie uznał, że pora zacząć rozmowę.

– Muszę pana spytać, inspektorze Jones, co pan sobie wyobrażał, gdy wkraczał pan tu kilka dni temu pod fałszywym nazwiskiem, posługując się skradzionym zaproszeniem. Czy nie wiedział pan, jak poważne może to mieć konsekwencje?

– Uświadomiono mi to bardzo dokładnie i mogę tylko szczerze przeprosić pana oraz pana ambasadora. Niech jednak wolno mi będzie nadmienić, że zmusiła nas do takiego kroku rozpaczliwa sytuacja. Ścigałem gang wyjątkowo niebezpiecznych przestępców, którzy dopuścili się rozlewu krwi. Próbowali zabić i mnie... Doszło do eksplozji, w której więcej niż jedna osoba straciła życie.

– Skąd pewność, że stał za tym ów gang? – spytał Lincoln.

– Takiej pewności nie ma, sir. Mogę jedynie powiedzieć, że szliśmy z Chase’em tropem tych ludzi, a trop ów doprowadził nas właśnie tu. Woźnica broughama zeznał, że tuż po zamachu na siedzibę policji przywiózł podejrzanych właśnie tutaj.

– Może się myli.

– To możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Pan Guthrie wydawał się bardzo pewny

siebie. Gdybym był innego zdania, nie próbowałbym bezprawnie dostać się do poselstwa.

– To ja zasugerowałem takie rozwiązanie – wtrąciłem. Nie czułem się zbyt dobrze

i wiedziałem, że wyglądam wręcz żałośnie. Obróbka, którą zaserwowały mi wprawne ręce ludzi Mortlake’a, przyniosła poważniejsze skutki, niż się spodziewałem: napuchło mi pół twarzy, miałem siną otoczkę wokół oka, a z pękniętą wargą trudno mi było mówić. Jones wyglądał nieco lepiej. I choć postaraliśmy się przynajmniej o niezłe odzienie, i tak byłem w pełni świadomy, że przypominamy ofiary katastrofy kolejowej. – Ja więc jestem odpowiedzialny za to, co zrobiliśmy.

Przekonałem inspektora Jonesa, by ze mną poszedł.

– Dobrze znamy metody Agencji Pinkertona – odezwał się Isham. Był niesympatyczny już od pierwszej chwili. – Wywoływanie zamieszek. Próby kompromitowania ciężko pracujących robotników tylko dlatego, że postanowili całkiem legalnie zastrajkować...

– O ile mi wiadomo, Agencja nie dopuściła się takich praktyk. Ja w każdym razie nie miałem nic wspólnego ze sprawą strajków na kolei w Chicago i podobnymi historiami.

– Nie o tym rozmawiamy, Charlie – napomniał cicho Lincoln Ishama.

– Postąpiliśmy niezgodnie z prawem – ciągnął Jones. – Przyznaję, tak było. Jednak jak się okazało... Nie powiem, że nasze działania były usprawiedliwione, ale przynajmniej okazało się, że mieliśmy rację. Przestępca znany jako Clarence Devereux rzeczywiście znalazł schronienie w tych murach, posługując się przybranym nazwiskiem Coleman De Vriess. Zresztą trudno zgadnąć, być może to jego prawdziwe nazwisko, a Devereux to tylko pseudonim. Tak czy owak, znaleźliśmy go tutaj, panie ambasadorze, a fakt ten skłonił go do kontrataku z wykorzystaniem metod, z jakimi nie spotkałem się przez długie lata służby w policji.

– Porwał pańską córkę.

– Tak, panie ministrze – odpowiedział Jones, używając oficjalnego tytułu. – Jego ludzie porwali moje sześcioletnie dziecko i użyli go jako przynęty, by schwytać mnie i Chase’a.

– Sam mam dwie córki – mruknął Lincoln. – I całkiem niedawno choroba odebrała mi syna.

Rozumiem pański ból.

– Ostatniej nocy w podziemiach targu mięsnego Smithfield Clarence Devereux groził nam torturami i śmiercią. Możemy jedynie dziękować Opatrzności za to, że cudem zdołaliśmy uciec –

wyznam, że nadal nie rozumiem, jak mogło nam się udać. Później spróbujemy to wyjaśnić. Teraz zaś, sir, mogę przysiąc, że człowiekiem, który zorganizował napaść na nas i jest odpowiedzialny za niezliczone zbrodnie popełnione w pańskim i moim kraju, jest ten, kogo nazywa pan swoim trzecim sekretarzem. W związku z tym chcę prosić – a nawet domagać się – by zezwolił pan na przesłuchanie go i gdy nadejdzie odpowiedni moment, postawienie go przed sądem.

Po tych słowach zapadła głęboka cisza. Wszyscy czekali na odpowiedź Lincolna, lecz on skinął na swego doradcę, który w zamyśleniu pogładził brodę i rzekł:

– Żałuję, ale to nie takie proste, jak by pan sobie tego życzył, inspektorze Jones. Zapomnijmy na chwilę o świadectwie, które właśnie pan wygłosił, a także o kwestii jego prawdziwości.

– Zaraz, zaraz... – zacząłem, oburzony takim stawianiem sprawy, ale Jones tylko uniósł dłoń, nakazując mi, bym milczał.

– Nie twierdzę, że nie dowierzam pańskim słowom, choć muszę przyznać, że metody

śledcze, którymi się pan posługuje – choćby wtargnięcie do placówki dyplomatycznej –

pozostawiają wiele do życzenia. Widzę też na własne oczy obrażenia, które zadano obu panom.

Niestety, najważniejsza pozostaje kwestia eksterytorialności. Ambasador jest przedstawicielem rządu, który powierzył mu tę placówkę, i już niemal sto lat temu Thomas McKean, kierujący wymiarem sprawiedliwości w Pensylwanii, ustalił pewne normy: osoba ministra kierującego misją zagraniczną jest święta i nietykalna, a podważanie tej zasady jest bezpośrednim atakiem na

świętość państwa i narodu. Muszę tu dodać, że owa szczególna ochrona rozciąga się także na osoby wspomagające ambasadora swoją pracą. Czyż mogłoby być inaczej? Odmówienie

podwładnym przywileju immunitetu dyplomatycznego spowodowałoby masę problemów

i ostatecznie podważyłoby niezależność samego ambasadora.

– Pan wybaczy, ale śmiem twierdzić, że ambasador ma prawo uchylić immunitet swoim

podwładnym, jeśli uzna to za stosowne.

– W placówkach Stanów Zjednoczonych nie stosuje się takich praktyk. Stoimy na

stanowisku, iż poselstwo nie może podlegać prawom kraju, w którym się znajduje. Można by powiedzieć, że jest wyspą na jego terytorium. Obawiam się więc, że osoby tu zatrudnione nie mogą zostać postawione w stan oskarżenia. Czy to będzie pan De Vriess, czy pan Isham, czy ja sam, każdy z nas ma prawo odmówić nawet składania zeznań w postępowaniu cywilnym czy karnym. Mało tego, nawet gdybyśmy chcieli zeznawać, wymagałoby to autoryzacji ze strony pana ambasadora.

– Twierdzi pan więc, że nie zdołam postawić tego człowieka przed sądem?

– Właśnie tak.

– Ale z pewnością zgodzi się pan, że prawo naturalne, a także zwykła ludzka przyzwoitość, nakazują nam ścigać i karać wszystkie przestępstwa?

– Dotychczas nie przedstawił pan żadnych dowodów – wtrącił Isham. – Pan Chase został

pobity. Pan musiał na krótki czas pogodzić się z nieobecnością córki. Fakty te jednak nijak się mają do tego, jakim człowiekiem jest pan De Vriess, którego dobrze znamy.

– A jeśli mówię prawdę? Jeśli powiem panu, że Coleman De Vriess skrycie wykorzystuje system, który został przed chwilą opisany? Czy i wtedy będą panowie siedzieć tu i osłaniać człowieka, który przybył do Londynu wyłącznie po to, żeby siać terror?

– To nie my go osłaniamy!

– Ale jednak jest chroniony. Jego wspólnik, Edgar Mortlake, sączył koktajle w tych oto murach. A ja widziałem na własne oczy, jak poderżnął gardło człowiekowi, który wszedł mu w drogę. To on porwał moją córkę, a jego brat, Leland, bezlitosny partner we wszystkich jego interesach, był odpowiedzialny za śmierć pracownika Agencji Pinkertona, Jonathana Pilgrima.

Czy i oni podlegaliby ochronie, gdyby jeszcze żyli? Gdy mój przyjaciel Chase przybył do Anglii, przywiózł ze sobą akta, w których szczegółowo opisano przestępczą działalność tego gangu, prowadzoną w całej Ameryce. Widziałem te dokumenty. Mogę je panom pokazać. Morderstwa, kradzieże, szantaże, wymuszenia... Clarence Devereux jest głównym architektem wielkiego zła.

Ten sam Clarence Devereux chciał nas ostatniej nocy dręczyć i uśmiercić jak bydło. Wiem, że są panowie ludźmi honoru. Nie uwierzę więc, że są panowie gotowi stanąć na drodze

sprawiedliwości i nadal pracować z kimś takim.

– Dowody! – przypomniał Isham. – Pięknie pan mówi o sprawiedliwości, ale ja jestem

prawnikiem z wykształcenia i odpowiadam: Probatio vincit praesumptionem*. Ha! I co pan na to?

– Pan mówi po łacinie, a ja mówię o córce, którą wykradziono z moich ramion.

– Skoro nie możemy go oskarżyć, może wolno nam będzie przynajmniej go przesłuchać? –

spytałem. – Na pewno mamy do tego prawo, oczywiście w siedzibie Scotland Yardu i w

obecności prawnika, którego panowie wskażą. Dowiedziemy prawdziwości zarzutów, a wtedy, jeśli nie uda się postawić go przed miejscowym sądem, być może zdołamy odesłać go do domu, by amerykański sąd wymierzył mu sprawiedliwość. Inspektor Jones ma rację. Ten człowiek powinien być przez panów wyklęty. Czy naprawdę wątpią panowie w prawdziwość naszej

relacji? Jak widać, odnieśliśmy całkiem prawdziwe rany. Jak panowie sądzą, skąd się wzięły?

Charles Isham nadal spoglądał na nas z powątpiewaniem, za to Henry White patrzył już tylko

na Lincolna, czekając na jego decyzję.

– Gdzie jest pan De Vriess? – spytał ambasador.

– Czeka w pokoju obok.

– Może więc poprosi go pan do środka.

Był to pewien postęp. Sekretarz Isham wstał i podszedł do podwójnych drzwi oddzielających pokoje. Usłyszeliśmy stłumioną wymianę zdań, a sekundę później Clarence Devereux

przekroczył próg. Nie umiem opisać przedziwnego uczucia, które mną wtedy owładnęło, ale główną jego składową była myśl o tym, że ten człowiek już nie może mnie skrzywdzić.

Zachowywał się wręcz potulnie, zasłaniał się tym samym parawanem fałszywej skromności, którym otoczył się owej nocy, gdy podczas przyjęcia przelotnie zwróciliśmy na niego uwagę.

Udawał, że peszy go obecność tak zacnego towarzystwa; mrugał nerwowo, stając przed obliczem ambasadora i jego doradców. Nie okazał też w żaden sposób, że rozpoznaje Jonesa i mnie; patrzył na nas tak, jakby widział nas po raz pierwszy. Miał na sobie tę samą barwną kamizelkę z jedwabiu, którą nosił ostatniej nocy, ale pod każdym innym względem prezentował się jako zgoła odmienny człowiek.

– Panie ministrze? – odezwał się z pokorą, gdy Isham zamknął za nim drzwi.

– Proszę spocząć, panie De Vriess.

Przystawiono kolejne krzesło i Devereux usiadł, trzymając się od nas z daleka.

– Mogę spytać, po co zostałem wezwany, sir? – Spojrzał na nas po raz drugi. – Znam tych panów! – przypomniał sobie. – Byli tu podczas przyjęcia dla biznesmenów. Jeden z gości zarzucił im, że posługują się skradzionym zaproszeniem, i byłem zmuszony ich wyprosić.

Dlaczego znowu tu przyszli?

– Stawiają bardzo poważne zarzuty pod pańskim adresem – wyjaśnił White.

– Zarzuty? Pod moim adresem?

– Wolno spytać, gdzie pan był ostatniej nocy, panie De Vriess?

– Tutaj, panie White. A gdzieżby indziej? Wie pan przecież, że nie opuszczam budynku, jeśli w grę nie wchodzi sprawa najwyższej wagi, a i wtedy muszę dokonać stosownych przygotowań.

– Ci panowie twierdzą, że spotkali się z panem na targu mięsnym Smithfield.

– Nie powiem, że to kłamstwo, sir. Nie powiem też, że zapewne szukają odwetu za to, co wydarzyło się tydzień temu. Nieładnie byłoby rzucać takie oskarżenia w obecności jego ekscelencji. Dlatego powiem, że najwyraźniej doszło do pożałowania godnej pomyłki. Pomylono mnie z kimś innym, to wszystko.

– I nie wie pan, kto to jest Clarence Devereux?

– Clarence Devereux? Clarence Devereux? – Oczy De Vriessa rozbłysły. – CD! Oto

i wyjaśnienie. Mamy te same inicjały. Może to jest przyczyną nieporozumienia? Ale nie, pierwszy raz słyszę to nazwisko.

Lincoln skinął zachęcająco na Jonesa.

– Zatem zaprzecza pan, jakoby uwięził nas ostatniej nocy, zlecił swoim ludziom pobicie nas i wydał na nas wyrok śmierci, przed którym cudem umknęliśmy? Nie opowiadał nam pan także o swoim dzieciństwie w Chicago, o nienawiści do mięsa oraz o strachu, który wywołał u pana agorafobię?

– Urodziłem się w Chicago, to prawda, ale reszta... to tylko fantazje. Panie ministrze, zapewniam, że...

– Skoro pana tam nie było, to proszę rozpiąć kołnierzyk – zawołałem. – I wyjaśnić nam, skąd ma pan ślady na szyi. Podpowiem, że to ślady moich palców. Niezmiernie się cieszę, że je zostawiłem. To jak, wyjaśni nam pan ich pochodzenie?

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页