– Prosiłem, żeby pozwolili mi zbadać ciało.
– Niewiele więcej mogę dodać.
– A co z podróżą?
– Był pan zmuszony dzielić kabinę...
– Skąd pan wie?! – wykrzyknąłem.
– Stan paznokci i zębów sugeruje, że jest pan niepalący, a jednak wydziela pan silną woń tytoniu. To oznacza, że choć przełożeni z pewnością wybrali do tej misji najlepszego z ludzi, mimo wszystko nie byli gotowi zafundować panu podróży przez pół świata w jednoosobowej kabinie. Z pewnością nie było panu przyjemnie przez dłuższy czas dzielić kajutę z palaczem.
– Istotnie.
– Pogoda jedynie pogorszyła sprawę – dodał, skinieniem dłoni zbywając moje pytanie, zanim zdążyłem je zadać. – Paskudnie się pan zaciął na szyi. Zapewne nie jest łatwo golić się na morzu, zwłaszcza podczas sztormu.
Roześmiałem się w głos.
– Inspektorze Jones – powiedziałem – jestem prostym człowiekiem. Osiągnąłem to, co
osiągnąłem, jedynie dzięki pilności i zaangażowaniu. Nigdy też nie spotkałem się z taką techniką pracy i nie przypuszczałem, że inspektorów brytyjskiej policji szkoli się w jej stosowaniu.
– Nie wszystkich – odparł cicho Jones. – Można jednak powiedzieć, że moje szkolenie było szczególne... i że uczyłem się od najlepszego.
– Zostaje zatem tylko jedno: nie wyjaśnił mi pan jeszcze, jakim sposobem wydedukował coś na temat mojego stanu cywilnego i mieszkania w Nowym Jorku.
– Nie nosi pan obrączki, lecz to jeszcze zbyt wątły dowód. Jednakże – proszę wybaczyć, panie Chase – żadna żona nie wypuściłaby męża z domu ani z takimi plamami na mankietach, ani w butach wprost błagających o nowe fleki. Jeśli zaś chodzi o pańskie mieszkanie, to znowu sztuczka polega na obserwacji i dedukcji. Zauważyłem, że tkanina pańskiej marynarki jest mocno wytarta na prawym rękawie. Czy mogło doprowadzić ją do takiego stanu coś innego niż codzienne, długotrwałe ocieranie ramieniem o metalową balustradę? Wyobrażam sobie, że w biurze Agencji jest winda; w starej kamienicy z pewnością jej nie ma.
Urwał, a ja spostrzegłem, że rozmowa mocno go znużyła – opierał się teraz na lasce jakby ciężej. Patrzyłem na niego z nieskrywanym podziwem i pewnie stałbym tak jeszcze długo, gdyby nie to, że wtem otworzyły się drzwi i do izby powrócili dwaj policjanci. Zaszwargotali znowu po niemiecku i choć nie rozumiałem słów, z dość przyjaznego tonu wywnioskowałem, że gotowi są zaprowadzić wysłannika Scotland Yardu do miejsca, w którym umieszczono ciało. Nie myliłem się. Jones wyprostował się i ruszył w stronę drzwi.
– Mogę prosić na słowo? – spytałem. – Z pewnością dostał pan swoje rozkazy, inspektorze Jones, lecz może się okazać, że będę panu pomocny. Wszystko, o czym mi pan opowiedział, co do joty pokrywa się z prawdą; to była zaiste zdumiewająca demonstracja. Rzeczywiście
podążyłem za Moriartym z powodu pewnej wiadomości sprzed trzech tygodni, mogącej nieść ze sobą poważne skutki i dla mnie, i dla pana. Prawdą jest też, że nie mogę zidentyfikować zmarłego, lecz jest sprawą najwyższej wagi, by dano mi możliwość choćby obejrzenia zwłok.
Brytyjski policjant przystanął, słuchając mnie i zaciskając pięść na główce laski.
– Jak sam pan zauważył, dostałem od moich zwierzchników rozkazy, których muszę się
trzymać.
– Ja zaś daję słowo, że w żaden sposób nie przeszkodzę panu w ich wykonaniu.
Dwaj Szwajcarzy czekali na nas cierpliwie. W końcu Jones podjął decyzję. Skinął głową.
– Er kommt mit uns – rzucił, po czym zwrócił się do mnie: – Może pan nam towarzyszyć.
– Jestem panu głęboko wdzięczny – odparłem. – Daję słowo, że pan nie pożałuje.
Zostawiliśmy mój kufer na posterunku i ruszyliśmy główną drogą przez wioskę
z rozrzuconymi z rzadka domostwami. Jones konferował nieustannie z Gessnerem, półgłosem, po niemiecku. W końcu dotarliśmy do kościoła Świętego Michała, dość osobliwego, niewielkiego budynku zwieńczonego jaskrawoczerwonym dachem i pękatą dzwonnicą. Policjanci otworzyli drzwi i wpuścili nas do środka. Skłoniłem głowę przed ołtarzem; zauważyłem, że inspektor Jones tego nie uczynił. Gdy stanęliśmy przed stopniami wiodącymi do krypty, dał znak
funkcjonariuszom, że chcemy tam zejść sami. Potrzebował chwili, by przekonać Gessnera.
Nawet w chłodzie grubych kamiennych murów świątyni czuliśmy już wyraźnie woń śmierci.
Ciało wyglądało tak, jak je opisałem. Za życia człowiek, który leżał przed nami, musiał być nadzwyczaj wysoki, a jego ramiona wydawały się mocno spadziste. Widziałbym go w roli bibliotekarza, może wykładowcy uniwersyteckiego – co zresztą dość oczywiste; wszak James Moriarty był nim swego czasu. Ubranie, czarne i nie najmodniejsze, przylegało do ciała jak wodorosty i byłem niemal pewny, że jest jeszcze mokre. Umrzeć można na wiele sposobów, lecz mało która śmierć naznacza człowieka w sposób tak nieprzyjemny, jak utonięcie. Zwłoki wydawały się ciężkie, napuchnięte; ich fetor i barwa były zbyt ohydne, bym umiał je opisać.
– Nie możemy być pewni, że to Moriarty – zasugerowałem. – Miał pan rację, twierdząc, że nie jestem w stanie potwierdzić jego tożsamości. A czy pan to potrafi?
Jones pokręcił głową.
– Nigdy go nie widziałem, nie widział go też żaden z moich kolegów. Moriarty spędził
w cieniu większą część życia i to było jego mocną stroną. Być może kiedyś uda się odnaleźć kogoś, kto znał go jeszcze jako profesora matematyki – może pan być pewny, że po powrocie do kraju otworzę śledztwo w tej sprawie. Teraz jednak mogę powiedzieć tylko tyle: człowiek, który spoczywa przed nami, jest w odpowiednim wieku i ponad wszelką wątpliwość nosi angielskie ubranie. Widzi pan jego zegarek kieszonkowy? Srebrna koperta i znak firmowy: John Myers z Londynu. Możemy się domyślać, że osobnik ten nie przybył tu, żeby podziwiać widoki. Wiemy ponadto, że zginął w tym samym czasie co Sherlock Holmes. Zapytam zatem ponownie: Kimże innym może być?
– Czy przeszukano już zmarłego?
– Tak, moi szwajcarscy koledzy przejrzeli zawartość kieszeni.
– I nic nie znaleźli?
– Kilka monet, chustkę – nic więcej. A co miał pan nadzieję znaleźć?
Czekałem na to pytanie. Nie wahałem się. Wiedziałem, że wszystko, a w każdym razie moja najbliższa przyszłość, zależy od tej jednej odpowiedzi. Nawet dziś wciąż jeszcze mam przed oczami nas dwóch w owej chwili, w mrocznej krypcie, nad zwłokami topielca.
– Dwudziestego drugiego lub dwudziestego trzeciego kwietnia Moriarty otrzymał list –
wyjaśniłem. – Napisał go przestępca doskonale znany Agencji Pinkertona; człowiek pod każdym względem równie występny i niebezpieczny jak sam Moriarty. Było to zaproszenie na spotkanie.
Choć, jak się wydaje, profesora nie ma już wśród żywych, miałem nadzieję, że znajdę list przy nim, a jeśli nie, to może w jego mieszkaniu.
– I interesuje pana ów przestępca, a nie Moriarty?
– Tylko dlatego tu jestem.
Jones potrząsnął głową.
– Sierżant Gessner wyjaśnił mi po drodze, że miejscowa policja przeprowadziła już własne śledztwo i nie udało się ustalić, gdzie zatrzymał się Moriarty. Możliwe, że jego bazą wypadową była któraś z okolicznych wiosek, lecz nawet jeśli tak było, to zameldował się tam pod przybranym nazwiskiem. Nie ma więc miejsca, które moglibyśmy przeszukać, zostaje nam tylko to ciało. Dlaczego sądzi pan, że Moriarty mógł nosić ten list przy sobie?
– Niewykluczone, że chwytam się ledwie cienia nadziei – odrzekłem. – Nie, spójrzmy
prawdzie w oczy: z pewnością chwytam się cienia nadziei. Otóż ludzie z tych kręgów postępują w specyficzny sposób... Czasem używają znaków lub symboli, by zidentyfikować zaufaną osobę.
Być może ów list miał być swoistym paszportem dla Moriarty’ego, a jeśli tak, to jest szansa, że miał go przy sobie.
– Jeśli pan chce, możemy przeszukać zmarłego raz jeszcze.
– Sądzę, że to konieczne.
Nie było to przyjemne zadanie. Zimne, nasiąknięte wodą zwłoki wydawały się w naszych rękach wręcz nieludzkie. Gdy je odwracaliśmy, miałem wrażenie, że czuję, jak ciało oddziela się od kości. Ubranie było oślizłe. Choć nie poczyniliśmy wcześniej żadnych ustaleń, ja zająłem się górną częścią ciała, Jones zaś dolną. I podobnie jak wcześniej Szwajcarzy, niczego nie znaleźliśmy. Kieszenie były puste. Jeżeli zawierały cokolwiek poza drobiazgami, o których wspomniał inspektor, rwący nurt potoku u stóp wodospadu Reichenbach musiał wyrwać to brutalnie i ponieść w dal. Pracowaliśmy w milczeniu, aż w końcu nie wytrzymałem i cofnąłem się gwałtownie, bliski torsji.
– Nic tu nie ma – orzekłem po chwili. – Miał pan rację. To strata czasu.
– Chwileczkę. – Jones najwyraźniej coś zauważył. Odchylił połę marynarki topielca, by przyjrzeć się szwom wokół kieszeni na piersi.
– Już sprawdzałem – odezwałem się. – Nic tam nie ma.
– Nie w kieszeni – odparł Jones. – Proszę spojrzeć na ten szew. W zasadzie nie powinno go tu być. Sądzę, że ktoś niedawno zaszył to miejsce – dodał, pocierając palcami cienki materiał. –
Może znajdziemy coś pod podszewką.
Pochyliłem się, żeby spojrzeć. Miał rację. Szew sięgał dobre dwa cale poniżej kieszeni.
– Mam nóż – powiedziałem. Wyjąłem z kieszeni duży scyzoryk, z którym nigdy się nie
rozstawałem, i podałem go mojemu nowemu przyjacielowi.
Jones wbił czubek ostrza w ciasny ścieg i zaczął ostrożnie ciąć. Obserwowałem w napięciu, jak nić ustępuje i otwiera się szczelina w podszewce: ukryta kieszeń w marynarce topielca, w dodatku nie pusta! Jones wyjął z niej złożoną kartkę. Przesiąknięta wodą, byłaby się rozpadła w jego rękach, gdyby nie obchodził się z nią z największą delikatnością. Pomagając sobie ostrzem mojego noża, ostrożnie rozłożył arkusik obok trupa na kamiennym blacie. Ujrzeliśmy wykaligrafowaną starannie, jakby dziecięcą ręką, wiadomość.
Pochyliliśmy się nad nią i oto, co przeczytaliśmy:
HoLmES ByŁ ŁaTwY w POŻYCiU. CHARaKter MiAł DOśĆ SpoKoJnY
I ZRÓWnowaŻoNy. O DzIESiątEj PRZeWAżNIe Już lEżAŁ W ŁóŻku, A wStAwAł, JadŁ
śniADanIe I WYchodZiŁ, gdy JeSZCZe spałEm. czasEM CaŁE DNIe SPĘDZAł
W LaBoRaToRIUm LUB w PROSeKTORiuM, a NiekiEdy NA dŁUgICH spaCerACh – Jak się
DOMyŚlam – Po nAJNęDzNiejSzych PRZEDmiEŚcIaCh LOndynU. W PrzYStępACH
prAcOwItOśCI był NiESAMOWiCIe czynNy, Ale od CzAsU Do CzASu nAchodziŁo Go LENISTwO I wówczaS wYlegiWaŁ sIĘ W nAszyM SAlONIKU, nIe ruSZaJąC pALCem od
RanA do noCy I milCzĄc jaK zaKLĘtY. WzrO...*
Jeżeli nawet Jones był rozczarowany, to nie okazał tego w żaden sposób. Niestety, to nie był
list, o którym mu mówiłem, tylko urywek opowiadania, najwyraźniej niezwiązany z prowadzoną przeze mnie sprawą.
– Co pan o tym sądzi? – spytał.
– Ja... Nie wiem, co powiedzieć. – Raz jeszcze przeczytałem tekst. – Ale słowa brzmią znajomo – ciągnąłem. – To oczywiście fragment twórczości doktora Johna Watsona, skopiowany z „Lippincott Magazine”!
– Proszę mi wierzyć na słowo, że pierwotnie ukazał się w „Beeton’s Christmas Annual” –
sprostował Jones. – To urywek trzeciego rozdziału Studium w szkarłacie. Co naturalnie nie czyni tej wiadomości ani trochę mniej zagadkową. Domyślam się, że nie to spodziewał się pan znaleźć?
– Więcej: to ostatnia rzecz, której się spodziewałem.
– Istotnie, wielce zastanawiające... Cóż, chyba spędziliśmy w tym posępnym podziemiu dość czasu, pora wzmocnić się kieliszkiem wina.
Spojrzałem po raz ostatni na nieboszczyka leżącego na katafalku, a potem ruszyłem
schodami w górę śladem utykającego inspektora Jonesa.
* Na podstawie przekładu Tadeusza Everta; Studium w szkarłacie, Oficyna Wydawnicza Rytm, Wydawnictwo Waza, Warszawa 2008 (wszystkie przypisy tłumacza).
3
Nocna wachta
A thelney Jones wynajął pokój w Englischer Hof i zaproponował mi, bym uczynił to samo.
Dotarliśmy tam, rozstawszy się ze szwajcarskimi policjantami. Szliśmy przez wioskę skąpaną w słońcu, pod bezchmurnym niebem, a głęboką ciszę przerywały jedynie odgłos naszych kroków i od czasu do czasu daleki brzęk dzwonków na szyjach owiec czy kóz pasących się na pobliskich wzgórzach. Jones milczał, rozmyślając zapewne o dziwnym dokumencie, który znaleźliśmy przy topielcu. Po cóż, na Boga, w podróży do Szwajcarii Moriarty miał nosić przy sobie ręcznie przepisany fragment powieści o Sherlocku Holmesie? Czyżby starał się wniknąć głębiej w umysł
swego przeciwnika, nim spotka się z nim przy wodospadzie? A może jednak była to owa wiadomość, za którą ruszyłem w daleką podróż, aż na stary kontynent? Czy kryła w sobie ukryty przekaz, nieczytelny dla żadnego z nas? Jones, rzecz jasna, nie zadał mi żadnego z tych pytań, lecz zerkając na niego, czułem, że kłębią się i w jego głowie.
Hotel był mały i bardzo przyjemny; drewniane elementy konstrukcji ozdobiono
płaskorzeźbami, a w oknach wisiały kwiaty – był, mówiąc krótko, kwintesencją szwajcarskiego domostwa, wymarzonym celem podróży angielskich turystów. Na szczęście i dla mnie znalazł się pokój; zaraz też posłano chłopca na posterunek po moje bagaże. Zanim rozstaliśmy się z Jonesem, przystanął na schodach, z mokrą kartką w dłoni.
– Jeśli pan pozwoli, chciałbym ją na trochę zatrzymać – powiedział.
– Spróbuje pan rozszyfrować tę zagadkę?
– Przynajmniej poświęcę jej więcej uwagi i... kto wie? – Widziałem, że jest zmęczony.
Spacer między posterunkiem, kościołem a pensjonatem, choć nie był długi, do spółki
z wysokogórskim powietrzem niemal pozbawił go sił.
– Naturalnie – odparłem. – Zobaczymy się wieczorem?
– Możemy zjeść razem kolację. Powiedzmy o ósmej?
– Doskonale, inspektorze Jones. Będę miał dość czasu na wycieczkę do słynnego wodospadu Reichenbach. Nigdy nie sądziłem, że los rzuci mnie kiedykolwiek aż do Szwajcarii, a ta wioska jest doprawdy urocza – jak z bajki.
– Po drodze może pan popytać o Moriarty’ego. Może nie szukał noclegu w hotelach czy pensjonatach, może zdecydował się na prywatną kwaterę. A jeśli tak, to może ktoś go widział na krótko przed spotkaniem z Holmesem.
– Zdawało mi się, że szwajcarska policja już przeprowadziła swoje śledztwo.
– Wachtmeister Gessner? Przykładny funkcjonariusz. Robi, co może, ale... na pewno nie zaszkodzi popytać raz jeszcze.
– Zgoda. Zobaczę, co się da zrobić.
I tak też uczyniłem: spacerując po Meiringen, zagadywałem miejscowych, choć niewielu z nich rozumiało mój język. Były jednak dwa słowa, które znali niemal wszyscy: Sherlock Holmes. Ożywiali się natychmiast i poważnieli, gdy tylko o nim wspominałem. To, że człowiek tak wybitny odwiedził ich wioskę, wydawało im się rzeczą niezwykłą; w to, że właśnie tu dokonał żywota, wprost nie mogli uwierzyć. Naprawdę chcieli pomóc, niestety, żaden z nich nie widział Moriarty’ego. Nikt obcy nie najął pokoju w okolicznych domach. Nie mieli dla mnie niczego poza współczuciem i łamaną angielszczyzną. W końcu wróciłem więc do swego pokoju.
Po namyśle uznałem, że tak naprawdę nie mam ochoty na dwugodzinny marsz do wodospadu.
Na samą myśl o tym miejscu miałem dreszcze, a na dodatek byłem pewny, że nie dowiem się tam
niczego, czego już nie wiedziałem.
Wieczorem zasiadłem do kolacji z Athelneyem Jonesem, z zadowoleniem konstatując, że zdołał odzyskać siły. Hotelowa restauracja była przytulna, dość ciasno zastawiona stolikami; ściany obwieszono łbami upolowanych zwierząt, a w kominku huczał ogień – nieproporcjonalnie wielki, jeśli wziąć pod rozwagę rozmiary salki. Rozpalono jednak nie bez powodu: po zmroku znad górskich przełęczy spłynęła na wioskę masa lodowatego powietrza. W końcu był to dopiero maj, a znajdowaliśmy się na wysokości niemal dwóch tysięcy stóp. W restauracji zebrała się ledwie garstka gości; zajęliśmy miejsce w niszy obok kominka, by móc swobodnie rozmawiać.