饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 30 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15646 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– Istotnie, pan mnie zaatakował – odparł Devereux. – Chwycił mnie pan za szyję, ale nie na

targu mięsnym, tylko tutaj, na terenie tej placówki. Wszedł pan tu, podając się za inną osobę, a gdy próbowałem pana wyrzucić, dopuścił się pan rękoczynów.

– Być może to właśnie jest motyw, który wszystko tłumaczy – zauważył Isham. Tak żarliwie bronił Devereux, że zacząłem się zastanawiać, czy nie został przezeń kupiony albo zmuszony do współpracy. – Niewątpliwie istnieje pewna wrogość między tymi trzema dżentelmenami. Nie podważam motywów, które nimi kierują, ale najprawdopodobniej rzeczywiście doszło tu do pomyłki. Pragnę też zauważyć, panie ministrze, że pan De Vriess był solidnym i lojalnym urzędnikiem amerykańskiej administracji jeszcze w Waszyngtonie, przez dobrych sześć czy siedem lat, a następnie tutaj. Nie mam też wątpliwości co do tego, że cierpi na nader przykrą chorobę – a czy jest możliwe, żeby w takim stanie rzeczywiście był szefem międzynarodowej siatki przestępczej? Proszę na niego spojrzeć. Co panowie widzą?

Lincoln milczał, pogrążony w ponurych myślach. Wreszcie pokręcił głową.

– Panowie – rzekł – przykro mi to mówić, ale nie obroniliście swojej sprawy. Nie zamierzam wątpić w wasze słowa, bo jesteście ludźmi honoru, to pewne. Isham jednak ma rację. Bez fizycznych dowodów mam związane ręce, ale mogę obiecać, że będziemy jeszcze badać tę sprawę, tyle że w oparciu o przepisy obowiązujące w amerykańskich placówkach

dyplomatycznych.

Sygnał był jasny: spotkanie dobiegło końca. Lecz nagle Jones poderwał się z krzesła, znowu promieniejąc energią i determinacją, które tak dobrze poznałem.

– Chce pan dowodów? – zapytał. – Może więc zdołam je panu dać. – To rzekłszy, wyjął

z kieszeni kartkę o nierównej krawędzi, zapisaną wielkimi literami. Położył ją na stole przed Lincolnem. Dostrzegłem pierwsze słowa: MAMY TWOJĄ CURKĘ... – Oto list, który mi

przysłano, żeby mnie zwabić na nieczynny cmentarz zwany Aleją Truposzy – wyjaśnił. – Tym sposobem Devereux zdołał schwytać Chase’a i mnie.

– List… i co z tego? – spytał Isham.

– Wyrwano tę kartkę z książki i gdy tylko ją zobaczyłem, wiedziałem, że pochodzi

z biblioteki takiej jak ta. – To rzekłszy, Jones obrócił się ku regałom. – Promienie słoneczne padają na te okna pod dość dziwnym kątem – ciągnął – a w konsekwencji oświetla bardzo niewiele zgromadzonych tu książek. Kiedy tu weszliśmy, od razu zauważyłem, że kilka tomów na samym końcu półki mocno wyblakło. Proszę spojrzeć na górną krawędź tej kartki – ona także ucierpiała w taki sposób. – Nie pytając o pozwolenie, podszedł do regału i przyjrzał się książkom z bliska. – Nie czytano ich od dłuższego czasu – zauważył. – Stoją w idealnie równym szeregu...

wszystkie oprócz jednej, którą niedawno wyjęto, a następnie niezbyt starannie odłożono na miejsce. – Wyjął podejrzany tom i podał go Lincolnowi. – Zobaczmy...

Brakowało pierwszej, czystej karty poprzedzającej tytułową. Widać było wyraźnie nierówną krawędź, która po niej pozostała. Pasowała idealnie do krawędzi listu podrzuconego przez porywaczy.

Nad otwartą księgą zapanowało głębokie milczenie. Pomyślałem wtedy, że zdarzały się już procesy oparte na znacznie słabszych dowodach. Lincoln i jego doradcy nie odzywali się, ale wpatrywali się w zadrukowane stronice, jakby mieli z nich wyczytać całą prawdę o stworzeniu świata. Nawet Devereux jakby skurczył się w sobie, dostrzegłszy, że tę grę może jeszcze przegrać.

– Nie mam wątpliwości, że ta kartka pochodzi z tej biblioteki – rzekł wreszcie Lincoln. –

Potrafi pan to wyjaśnić, panie De Vriess?

– Nie potrafię! To jakaś sztuczka!

– Myślę, że jednak będzie pan musiał gęsto się z tego tłumaczyć.

– Każdy mógł wziąć z półki tę książkę. Nawet oni mogli to zrobić, gdy tu byli!

– Nie wchodzili wtedy do biblioteki – wymamrotał Isham. Po raz pierwszy stanął po naszej stronie.

Devereux był bliski rozpaczy.

– Panie ministrze, jeszcze przed chwilą sam pan twierdził, że nie dotyczy mnie miejscowe prawo karne!

– Istotnie, chroni pan immunitet i jest to słuszne. Jednak ja nie mogę stać bezczynnie z boku.

Zidentyfikowali pana dwaj stróże prawa. Niezaprzeczalnie doszło do bardzo tragicznych wydarzeń. A teraz jeszcze mamy dowód...

Kolejną długą chwilę milczenia przerwał radca prawny White.

– Nie byłaby to sprawa bezprecedensowa, gdyby członek korpusu dyplomatycznego został

przesłuchany przez policję – powiedział. Nawet ja byłem zaskoczony tempem, w jakim ci dżentelmeni potrafili zmienić zdanie. Cóż, byli przecież politykami. – Jeśli nawet zostałby pan postawiony w stan oskarżenia, to moim zdaniem powinien pan co najmniej współpracować z wymiarem sprawiedliwości, bo jakże inaczej miałby pan oczyścić swoje nazwisko?

– Nawet poza murami placówki może pan liczyć na pełną ochronę – dorzucił Isham. –

Możemy zagwarantować panu swobodę podróżowania – Ius transitus innoxii. Nasi przyjaciele z brytyjskiej policji mogliby wtedy przesłuchać pana u siebie, choć nadal pozostawałby pan poza ich jurysdykcją.

– I co wtedy?

– Mógłby pan tu wrócić i gdyby tylko złożył pan zadowalające wyjaśnienia, decyzję

o dalszym postępowaniu podjąłby pan minister.

– Ale ja nie mogę tak sobie podróżować! Przecież pan wie, że nie wychodzę.

– Czeka na pana szczelnie zamknięty powóz – wtrącił Jones. – Czarna Maria może i budzi lęk w sercach zwykłych bandziorów, ale dla pana będzie wręcz wybawieniem. Nie ma w niej okien, a drzwi pozostaną zamknięte na klucz, to mogę panu obiecać. Zawieziemy pana prosto do Scotland Yardu.

– Nie! Nigdzie nie jadę! – Devereux spojrzał na Lincolna i po raz pierwszy dostrzegłem w jego oczach autentyczny strach. – To jakiś podstęp, sir. Ci ludzie nie zamierzają mnie przesłuchać, oni chcą mnie zabić. Nie są wcale tymi, za których się podają. – Ogarnięty paniką, mówił coraz szybciej i szybciej. – Najpierw był Lavelle. Zobaczyli się z nim, a następnego dnia został zamordowany we własnym domu, wraz ze wszystkimi domownikami. Potem Leland

Mortlake, szanowany biznesmen! Wasza ekscelencja na pewno pamięta, że miał okazję go poznać. Ledwie go aresztowali, a już został otruty. A teraz przyszli po mnie. Jeżeli zmusi mnie pan, żebym z nimi pojechał, nigdy nie dotrę do Scotland Yardu, a jeśli nawet, to zginę właśnie tam. Zabiją mnie, może nawet zanim zdążę wsiąść do tej ich Czarnej Marii! Ja nic nie zrobiłem.

Jestem niewinny. Jestem chory! Przecież pan wie. Odpowiem na wszystkie pańskie pytania i pozwolę przebadać całe moje życie, ale zaklinam pana, proszę nie posyłać mnie na pewną śmierć! Niech pan tego nie robi!

Jego błagania brzmiały tak żałośnie, a w jego oczach było tyle strachu, że pewnie sam bym mu uwierzył, gdybym nie wiedział, że to tylko popis aktorski. Zastanawiałem się tylko, czy nie uda mu się wzbudzić litości w Lincolnie, ale ambasador spuścił oczy i milczał.

– Nie zrobimy mu krzywdy – odezwał się Jones. – Daję panu moje słowo. Chcemy jedynie porozmawiać, bo pozostało jeszcze bardzo, bardzo wiele pytań bez odpowiedzi. Gdy tylko otrzymamy satysfakcjonujące odpowiedzi – czyli pełne zeznanie – natychmiast odstawimy pana De Vriessa do poselstwa, zgodnie z prawem międzynarodowym. Lord Salisbury wyraził zgodę na taką procedurę. Jest nam doprawdy obojętne, czy ten człowiek stanie przed sądem na Wyspach czy w Stanach Zjednoczonych. Chodzi wyłącznie o to, by poniósł konsekwencje własnych

czynów.

– Zatem zgoda – odparł Lincoln, a potem wstał, nagle znużony. – Henry, poślesz jednego z naszych ludzi do Scotland Yardu. Ma być obecny przy wszystkich przesłuchaniach, które nie mogą się rozpocząć przed jego przybyciem. Życzę sobie też, żeby pan De Vriess powrócił do poselstwa przed zmrokiem.

– Dotarcie do prawdy może potrwać dłużej niż jeden dzień.

– Jestem tego świadomy, inspektorze Jones. Gdyby tak się zdarzyło, pan De Vriess będzie kontynuował zeznania nazajutrz. Nie chcę tylko, by spędził choćby jedną noc za kratkami.

– Doskonale, sir.

Lincoln nie odezwał się więcej. Nie spojrzawszy nawet w stronę Devereux, wyszedł

z biblioteki.

– Nie mogę tam jechać! Nie mogę opuścić placówki! – Devereux niczym krnąbrne dziecko chwycił obiema rękami za podłokietniki. W jego oczach zaszkliły się łzy.

Kolejnych kilka minut nazwałbym jedną z najbardziej żenujących scen, jakich w życiu doświadczyłem. Musieliśmy poprosić o pomoc jeszcze kilku urzędników, którzy siłą oderwali podejrzanego od krzesła. White i Isham przyglądali się temu wszystkiemu z niesmakiem, my zaś zwlekliśmy skomlącego łajdaka po schodach na parter, gdzie zaczął wyć, gdy tylko ujrzał otwarte drzwi. I pomyśleć, że poprzedniej nocy ten sam człowiek, otoczony bandą swych opryszków, skazał nas na bolesną śmierć! Doprawdy trudno było dopatrzeć się podobieństwa między tymi dwiema kreaturami.

Wreszcie znaleziono narzutę, którą założyliśmy na głowę Devereux, i dopiero wtedy udało się doprowadzić go do bramy, za którą czekała Czarna Maria. White odprowadził nas za ogrodzenie poselstwa.

– Proszę nie rozpoczynać przesłuchania, póki nie zjawi się nasz przedstawiciel.

– Rozumiem.

– Proszę też traktować pana De Vriessa z szacunkiem należnym trzeciemu sekretarzowi placówki dyplomatycznej.

– Mogę to panu obiecać.

– Zobaczymy się wieczorem. Czy nie mogę mieć nadziei, że do tego czasu uda się zakończyć sprawę?

– Zrobimy, co w naszej mocy.

Takie ustalenia poczynił Jones w sprawie podróży czekającej Clarence’a Devereux. Pięciu konstabli wybranych przezeń osobiście czekało już przy bramie. Nikt inny nie mógł się zbliżyć do Czarnej Marii. Nie wolno było dopuścić, by powtórzyła się historia z dmuchawą i zatrutymi strzałkami wystrzelonymi z tłumu. Trzeba było też wykluczyć z gry tajemniczego snajpera, który uratował nas w podziemiach Smithfield – ukryć przed nim cel. Devereux miał zakrytą głowę, więc trudno było spodziewać się oporu z jego strony. Dopilnowaliśmy tylko, by podczas krótkiego marszu był otoczony żywą tarczą z funkcjonariuszy. Pojazd czekający na niego tuż przy bramie – w rzeczywistości granatowy, a nie czarny – był w istocie sztywną budą na czterech kołach. Przeszukano go bardzo skrupulatnie, tak by Jones miał pewność, że pasażer będzie bezpieczny. Wprowadziliśmy go do środka i starannie zamknęliśmy drzwi. Wnętrze było ciemne, a za całe wyposażenie służyły ławki umocowane do przeciwległych ścian. Dla zwykłego przestępcy był to być może przerażający środek transportu, ale Devereux, jak na ironię, mógł

czuć się w ciemnej kabinie jak w domu. Jeden z konstabli stanął na tylnym stopniu i miał tam pozostać do końca podróży. Na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Teraz i my rozpoczęliśmy przygotowania do odjazdu. Na koźle Czarnej Marii zasiedli kolejni dwaj funkcjonariusze. Wskoczyliśmy do karykla, który podstawiono tuż za więziennym

powozem; Jones chwycił lejce. Dwaj konstable mieli iść pieszo przed Czarną Marią i dbać o to, byśmy mieli wolną drogę. Zapowiadała się nam bardzo powolna przejażdżka; na szczęście na krótkim dystansie. Liczna grupa policjantów – złożona z tych, którzy do tej pory strzegli poselstwa, miała zająć pozycje na rogach ulic. Przyszło mi na myśl, że będziemy czymś w rodzaju konduktu żałobnego. Brakowało wprawdzie płaczek stojących w nabożnym milczeniu, ale wyruszyliśmy z niemal cmentarną powagą.

Wkrótce mury amerykańskiej placówki zniknęły nam z oczu. Henry White jako ostatni

odprowadził nas wzrokiem, stojąc na chodniku przed bramą. Chwilę później wrócił do swego biura.

– Udało się! – powiedziałem. Nie umiałem ukryć poczucia głębokiej ulgi. – Najbrutalniejszy przestępca, jakiego widziano w tym kraju, jest w naszych rękach. A wszystko dzięki pańskiemu genialnemu posunięciu z książką, inspektorze! To koniec, nareszcie.

– Nie jestem taki pewny.

– Athelney, mój drogi przyjacielu... Czy choć na chwilę mógłbyś się odprężyć? Powiadam ci: odnieśliśmy sukces. Ty odniosłeś sukces! Spójrz, proszę, zrobiliśmy już kawał drogi.

– Mimo to wciąż się zastanawiam...

– Nad czym? Wciąż jeszcze masz jakieś wątpliwości?

– To coś więcej niż wątpliwości. To wszystko jakoś się nie zazębia. Chyba że...

Urwał, bo w tym momencie konstabl powożący Czarną Marią ściągnął lejce. Jakiś chłopiec pchający przed sobą wózek z warzywami właśnie próbował przejechać na drugą stronę ulicy i zablokował przejazd – najwyraźniej jedno z kół utknęło w koleinie. Jeden z pieszych policjantów podszedł do niego, żeby mu pomóc.

Chłopak uniósł głowę. To był Perry, ubrany tym razem w wystrzępioną tunikę spiętą

paskiem. Chwilę wcześniej jego dłonie były puste, lecz teraz błysnął w nich nóż chirurgiczny, ten sam, którym nie tak dawno temu chłopak groził mi w Café Royal. Zaatakował bez ostrzeżenia i policjant padł w błoto, brocząc obficie. W tej samej chwili huknął strzał – choć odgłos ten bardziej przypominał energiczne darcie papieru niż huk – i funkcjonariusz trzymający lejce zwalił się na ziemię. Drugi strzał uśmiercił jego towarzysza. Jeden z koni w panice poderwał

kopyta, kopnięciem ogłuszając trzeciego policjanta. Jakaś kobieta, która właśnie wychodziła ze sklepu, zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Powóz nadjeżdżający z przeciwka skręcił nagle na chodnik i omal jej nie potrąciwszy, zatrzymał się na płocie.

Athelney Jones sięgnął do kieszeni po broń. Wbrew wszelkim przepisom musiał mieć ją przy sobie na terenie poselstwa! Uniósł rękę, mierząc w chłopaka.

Ja także wyjąłem rewolwer. Jones spojrzał na mnie i wtedy zobaczyłem w jego oczach

zdumienie, rozczarowanie i wreszcie rezygnację.

– Przykro mi – powiedziałem i strzeliłem mu w głowę.

* Łac. „Dowód obala domniemanie”.

21

Cała prawda

W ydawać by się mogło, drogi czytelniku, że cię zwiodłem – choć tak naprawdę po pierwsze nie jesteś mi aż tak drogi, a po drugie – włożyłem sporo wysiłku w to, by cię nie zwodzić. Innymi słowy, nie kłamałem. A przynajmniej nie okłamałem ciebie, czytelniku. Zgoda, może to tylko kwestia interpretacji, ale uważam, że zachodzi ogromna różnica między zdaniem „Jestem Frederick Chase”, a zdaniem „Zatem powiem, że nazywam się Frederick Chase” – a tak właśnie, jeśli mnie pamięć nie myli, napisałem na pierwszej stronie tej opowieści. A czy twierdziłem, że na stole sekcyjnym w Meiringen leży James Moriarty? Otóż nie. Wspomniałem tylko, że takie nazwisko widniało na karteczce, którą przyczepiono do nadgarstka topielca. Zapewne nie umknęło twojej uwadze, że to ja, twój narrator, jestem profesorem Jamesem Moriartym.

Frederick Chase istniał wyłącznie w mojej wyobraźni... a może i w twojej. Lecz może nie powinieneś być zaskoczony? W końcu czyje nazwisko widnieje na okładce?

Od samego początku starałem się grać fair, choćby dla własnej rozrywki. Ani razu nie opisałem emocji, których naprawdę nie czułem. Podzieliłem się z tobą nawet moimi snami! (Czy Frederick Chase śniłby o tym, że tonie u stóp wodospadu Reichenbach? Nie sądzę).

Prezentowałem moje myśli i opinie w takiej formie, w jakiej naprawdę pojawiały się w mojej głowie. I rzeczywiście lubiłem Athelneya Jonesa, a nawet próbowałem zniechęcić go do kontynuowania śledztwa, gdy dowiedziałem się, że jest żonaty. Uważałem go za zdolnego człowieka, choć oczywiście niepozbawionego ograniczeń. Jego przebrania na przykład były wręcz niedorzeczne. Gdy zapragnął udawać pirata czy rybaka w dniu, w którym mieliśmy ruszyć nad Blackwall Basin, nie tylko od razu go rozpoznałem, ale w dodatku musiałem

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页