饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 31 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15517 字 更新时间:2026-6-22 23:19

powstrzymywać się ze wszystkich sił, by nie parsknąć śmiechem. Wiernie odtworzyłem każde słowo, zarówno moje, jak i cudze. Może od czasu do czasu musiałem zachować dla siebie pewne szczegóły, ale jednocześnie nie dodałem niczego, co nie byłoby prawdą. Wymyślna zabawa, uznasz, lecz ja przekonałem się, że pisanie to wyjątkowo nużące zajęcie – ileż trzeba natłuc się w klawisze maszyny, by zapisać tych siedemdziesiąt pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć słów (to jedno z moich małych dziwactw: potrafię zliczyć wszystkie słowa, których użyłem, a także podać numer kolejny każdego z nich). Od tego wszystkiego kilka czcionek zaczęło się zacinać, a nadruk na klawiszu litery „e” stał się zupełnie nieczytelny. Pewnego dnia ktoś będzie musiał przepisać to wszystko raz jeszcze. W tym względzie mój dawny przeciwnik, Sherlock Holmes, miał szczęście: pracował z Watsonem, wiernym kronikarzem jego przygód – mnie niestety nie stać na taki luksus. Wiem, że niniejsza książka nie ukaże się za mojego życia, a może nawet nigdy nie zostanie wydana. Taka już natura mojej profesji.

Winien ci jestem wyjaśnienie. Odbyliśmy razem długą podróż i zanim się rozstaniemy, musimy dojść do porozumienia: otóż jestem zmęczony. Czuję, że dość już napisałem, lecz jednak muszę wrócić do samego początku – a nawet dalej – byś dostrzegł wszystko we właściwej perspektywie. Przypomina mi się teoria Gestalt, zaproponowana przez Christiana von Ehrenfelsa w jego fascynującym dziele Über Gestaltqualitäten – tak się złożyło, że czytałem je w pociągu, w drodze do Meiringen – która na nowo definiuje relacje między mózgiem a okiem. Istnieje pewien popularny rysunek, będący przykładem iluzji optycznej: wydaje się, że widzimy świecznik, ale gdy przyjrzymy się bliżej, zaczynamy dostrzegać dwoje ludzi zwróconych twarzami do siebie. Moja historia to w pewnym sensie podobny przykład, choć oczywiście nie tak trywialny.

Po co pojechałem do Meiringen? Dlaczego musiałem upozorować własną śmierć? Po co

spotkałem się z inspektorem Athelneyem Jonesem, zostałem jego towarzyszem podróży

i wreszcie przyjacielem? Pozwól, że włączę światło elektryczne i naleję sobie jeszcze trochę brandy. O tak. Jestem gotowy.

Byłem Napoleonem zbrodni. To Sherlock Holmes nazwał mnie tak jako pierwszy, ja zaś

nieco nieskromnie przyznam, że miano to przyjąłem z przyjemnością. Niestety, gdy rok 1890

miał się ku końcowi, nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce zacznie się moje wygnanie na Wyspę św. Heleny. Nieliczne szczegóły z mojego żywota, o których pisano, zasadniczo są prawdziwe.

Istotnie byłem jednym z braci bliźniaków urodzonych w porządnej rodzinie z Ballinasloe w hrabstwie Galway. Mój ojciec był prawnikiem, lecz gdy miałem jedenaście czy dwanaście lat, związał się z Irlandzkim Bractwem Republikańskim i świadom niebezpieczeństw, które mogły z tego wyniknąć, zadecydował, że zostanę wraz z bratem wysłany do Anglii, gdzie dokończymy naszą edukację. Tak trafiłem do Hall’s Academy w Waddington, gdzie celowałem zwłaszcza w astronomii i matematyce. Następnie podjąłem studia w Queen’s College w Cork, pod okiem wielkiego George’a Boole’a. Pod jego światłym przewodnictwem wydałem w dwudziestym

pierwszym roku życia traktat poświęcony dwumianowi Newtona, który, przyznam z dumą, wywołał w Europie niemałe poruszenie. W rezultacie powierzono mi katedrę matematyki na uniwersytecie, z czym wiąże się historia skandalu, który na zawsze odmienił moje życie. Nie zamierzam omawiać szczegółów owego skandalu, ale przyznam, że nie zachowałem się wówczas zbyt chwalebnie. Choć mój brat stał przy mnie murem, żadne z moich rodziców już nigdy się do mnie nie odezwało.

„Jednakże człowiek ten miał dziedziczne skłonności nieomalże diabolicznego rodzaju.

Przestępczość miał wręcz we krwi...”

Tak właśnie Holmes – a raczej Watson – napisał o mnie, lecz mylił się głęboko, a moi rodzice byliby wstrząśnięci, gdyby przeczytali taką opinię. Byli bowiem, jak wspomniałem,

szanowanymi obywatelami i nigdy, w całych dziejach mojej rodziny, nikomu nie zdarzyło się żadne wykroczenie. Moim czytelnikom zapewne niełatwo jest uwierzyć, że całkiem zwyczajny wykładowca może pewnego dnia z premedytacją rozpocząć karierę przestępczą, ale zapewniam, że tak właśnie było w moim przypadku. Pracowałem wtedy jako nauczyciel w Woolwich i choć prawdą jest, że wśród moich uczniów sporo było kadetów z pobliskiej Królewskiej Akademii Wojskowej, to jednak nie byłem „armijnym belfrem”, jak o mnie niesprawiedliwie napisano.

Jeden z nich, sympatyczny i ciężko pracujący młodzieniec nazwiskiem Roger Pilgrim, najpierw wpadł w długi hazardowe, a następnie w złe towarzystwo. Przyszedł do mnie pewnego wieczoru wielce poruszony. Nie obawiał się jednak policji, tylko własnego gangu. Poszło ponoć o niewielką sumę, którą zdaniem kolegów był winien i za którą, jak twierdził całkiem poważnie, gotowi byli rozerwać go na strzępy. Z pewną niechęcią zgodziłem się interweniować w jego obronie.

Mniej więcej wtedy dokonałem odkrycia, które miało odmienić moje życie po raz drugi.

Stwierdziłem mianowicie, że członkowie przestępczego podziemia – złodzieje, włamywacze, fałszerze i oszuści, którzy byli plagą Londynu – to bez wyjątku skończeni durnie. Wcześniej sądziłem, że będę się ich lękał, a okazało się, że większy niepokój czuję na myśl o spacerze po polu pełnym owiec. Szybko spostrzegłem, że brakuje im przede wszystkim organizacji, a jako matematyk byłem doskonale przygotowany do tego, by ich z tej przykrej sytuacji wybawić.

Czułem, że gdybym tylko umiał wprowadzić porządek i dyscyplinę w ich niecną działalność, tak jak potrafiłem dokonać tego z koeficjentami w moich dwumianach, stworzyłbym siłę zdolną podbić świat. Wyznaję, że choć z początku interesowało mnie głównie wyzwanie natury intelektualnej, to szybko zacząłem także myśleć o pomnażaniu przychodów, gdyż dość miałem

życia w ubóstwie.

Potrzebowałem nieco ponad trzech lat, by osiągnąć swoje cele, i może pewnego dnia opiszę ów proces, choć prawdę mówiąc, jest to mało prawdopodobne. Pomijając inne przyczyny, jakoś nigdy nie miałem skłonności do, jak to się mówi, dęcia we własną trąbę. Słowem kluczem była dla mnie zawsze „anonimowość” – bo w końcu jakże policja mogłaby ścigać człowieka,

o którego istnieniu nawet by nie wiedziała? Powiem więc tylko tyle, że Roger Pilgrim został ze mną i służył mi wsparciem natury fizycznej, to jest sprawdzał się jako skuteczna siła perswadująca w owych niezwykle rzadkich przypadkach, gdy musieliśmy uciec się do przemocy.

Nie dla nas były gruboskórne metody Clarence’a Devereux i jego gangu. Wkrótce staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Byłem drużbą na jego weselu i wciąż pamiętam dzień, w którym jego żona powiła pierwsze dziecko, Jonathana. I tym oto sposobem dotarliśmy do właściwego początku tej historii.

Gdy rok 1890 miał się ku końcowi, żyłem w bardzo przyjemnym przekonaniu, że moja

kariera nie przestanie rozkwitać. Nie było w Londynie ani jednego przestępcy, który nie pracowałby dla mnie. Nim doszedłem do tego stanu rzeczy, naturalnie zdarzały się konflikty zakończone rozlewem krwi, ale z czasem wszystko się uspokoiło i naprawdę miałem tę fazę za sobą. Nawet najpodlejsi i najmniej inteligentni ludzie półświatka nauczyli się doceniać moją ochronę, gwarantującą im lepsze życie. Owszem, odbierałem im niemałą część przychodów, ale zawsze służyłem pomocą, gdy popadali w tarapaty, zawsze chętnie wpłacałem kaucje

i zatrudniałem adwokatów. Potrafiłem być naprawdę przydatny: Włamywacz potrzebował

pasera? Oszust szukał przekupnego sędziego? Kontaktowałem ze sobą odpowiednich ludzi, otwierałem drzwi w więcej niż jednym sensie.

Był też naturalnie Sherlock Holmes. Najwybitniejszy detektyw-konsultant świata nie mógł

przecież pozostać niezauważony, lecz o dziwo nie poświęcałem mu szczególnej uwagi. Czy miałem cokolwiek wspólnego z niedorzecznym rytuałem Musgrave’ów albo równie

bezsensownym Znakiem Czterech? A cóż mnie mogło obchodzić małżeństwo lorda St. Simona albo jakiś tam skandal w Bohemii? Wiem, wiem, Watson lubił twierdzić, że jesteśmy

z Holmesem arcywrogami – zapewne dzięki temu lepiej się sprzedawały te jego opowiadania.

Fakty jednak były takie, że działaliśmy na odrębnych podwórkach i poza jednym przypadkiem nigdy się nie spotkaliśmy.

Owym przypadkiem było właśnie pojawienie się na scenie Clarence’a Devereux i jego świty: Edgara Mortlake’a, Lelanda Mortlake’a oraz Scotchy’ego Lavelle’a. Wszystko, co powiedziałem o nich Athelneyowi Jonesowi, było szczerą prawdą. Byli to bezlitośni bandyci, którzy odnieśli w Ameryce spektakularny sukces. Nieprawdą było jedynie to, że zamierzali zawrzeć ze mną sojusz. Przeciwnie, przybyli do Anglii, żeby mnie wykurzyć, przejąć moje przestępcze imperium.

W ciągu paru miesięcy podjęli wyjątkowo energiczne i brutalne działania, które, przyznaję, całkiem mnie zaskoczyły. Używając najpodlejszych metod, zwrócili przeciwko mnie moich dotychczasowych stronników. Każdy, kto zaprotestował, musiał zginąć, zwykle w dość krwawy sposób, by dać przykład innym. Wykorzystali też policyjnych informatorów przeciwko mnie, donosząc na potęgę nie tylko Scotland Yardowi, ale i Holmesowi, przez co w pewnym momencie zmuszony byłem toczyć wojnę na trzy fronty. To tyle, jeśli chodzi o złodziejski honor! Być może też nabrałem zbytniej pewności siebie. Na pewno byłem nieprzygotowany. Na swoją obronę powiem tyle: to nie byli dżentelmeni. To byli Amerykanie. Nie zwracali najmniejszej uwagi na tak zwane zasady, na sportowego ducha walki i na zwyczajną grzeczność, dla mnie zaś te wartości zawsze były istotne.

Jak już wspomniałem, przestępcy to durnie, zapomniałem tylko dodać, że z gruntu

samolubni. Moi partnerzy bardzo szybko zorientowali się, skąd wiatr wieje, i jak to się mówi,

zmienili barwy. Ludzie, którym ufałem, którzy mi doradzali, opuszczali mnie jeden po drugim.

Nie mogę ich za to winić. Myślę, że na ich miejscu uczyniłbym to samo. Tak czy owak, na początku kwietnia byłem już, choć trudno w to uwierzyć, uchodźcą. Moja przewaga polegała jedynie na tym, że Devereux nie miał pojęcia, jak wyglądam, i nie potrafił mnie znaleźć. Gdyby potrafił, z pewnością by mnie zabił.

W tym momencie miałem już tylko trzech bliskich sojuszników i wszyscy oni wystąpili w tej opowieści.

Peregrine, Percy albo Perry był wśród nich bodaj najbardziej wyróżniającą się postacią. Choć nie sposób w to uwierzyć, zaczynał jako najmłodszy syn księcia Lomond i mógł liczyć na wygodne, a nawet godne pozazdroszczenia życie. Wszystko się zmieniło, gdy jako siedmiolatka posłano go do prywatnej szkoły w Edynburgu. Prowadzili ją jezuici, którzy w równym stopniu raczyli swych podopiecznych Słowem Bożym, jak i kijem, aż wreszcie po tygodniu Perry uciekł

na południe i dotarł do Londynu. Zrozpaczeni rodzice prowadzili poszukiwania w całym kraju i oferowali ogromną nagrodę za informacje o miejscu pobytu dziecka, ale chłopiec, który nie życzy sobie, by go odnaleziono, nigdy nie zostanie odnaleziony. Perry z radością przepadł

w zaułkach metropolii. Sypiał w bramach i pod mostami, podobnie jak tysiące dzieciaków takich jak on, jakimś cudem żyjących samodzielnie w naszej pięknej stolicy. Przez krótki czas – i jest w tym pewna ironia – był jednym z Nieregularnych z Baker Street, gangu uliczników, z którego usług korzystał Sherlock Holmes. Dochód był z tego jednak marny i Perry szybko zauważył, że znacznie bardziej podoba mu się łamanie prawa. Naprawdę bardzo lubię tego chłopca, ale muszę przyznać, że jest w nim coś bardzo niepokojącego, co być może jest skutkiem chowu wsobnego w rodzinie Lomondów. Gdy go poznałem, miał jedenaście lat i wedle informacji, które zdobyłem, zdążył zabić co najmniej dwukrotnie. Odkąd przyjąłem go na służbę, zabijał znacznie częściej –

nie mogłem temu zapobiec – i wypada mi dodać z niejakim żalem, że jego niepojęta żądza krwi była mi czasem na rękę. Nikt nigdy nie zwracał uwagi na Perry’ego. Był zwyczajnym,

jasnowłosym, pulchnym dzieciakiem. Jeśli dodamy do tego jego zamiłowanie do przebieranek i teatralnych zagrywek, otrzymamy agenta, który potrafi wśliznąć się w każde towarzystwo i odnaleźć w każdej sytuacji. Dobraliśmy się w korcu maku. Nie zamierzam twierdzić, że byłem mu drugim ojcem, a to dlatego, że to zbyt niebezpieczne, Perry bowiem organicznie nienawidzi wszelkich autorytetów, a swego prawdziwego ojca najchętniej by zamordował. Tak czy inaczej, w pewien sposób staliśmy się sobie bliscy.

O pułkowniku Sebastianie Moranie nie muszę się zbytnio rozpisywać, bo już go opisałem, a doktor Watson dysponuje znacznie bardziej szczegółowymi informacjami. Wykształcony w Eton i Oxfordzie, był żołnierzem, hazardzistą, myśliwym polującym wyłącznie na grubego zwierza i nade wszystko snajperem. Przez długie lata był mi adiutantem, ale nigdy nie zostaliśmy przyjaciółmi. On po prostu nie był do tego zdolny. Mrukliwy z natury i skłonny do niemal niekontrolowanych wybuchów gniewu, z niepojętej przyczyny wytrzymał przy mnie tak długo, choć pewne światło na tę kwestię może rzucać fakt, iż szczodrze mu płaciłem. Ktoś taki jak on nigdy nie przyłączyłby się do Devereux, a to ze względu na wrodzoną niechęć do Amerykanów i, prawdę mówiąc, większości obcokrajowców. Jeśli przypomnę, że jego ulubioną bronią był

karabinek pneumatyczny z tłumikiem, wynaleziony przez niemieckiego mechanika Leopolda von Herdera, zapewne szybko rozgryziesz, drogi czytelniku, jego rolę w niniejszej opowieści.

I wreszcie dochodzimy do postaci Jonathana Pilgrima, syna mojego dawnego ucznia, Rogera.

Drogi moje i jego ojca rozeszły się dawno temu, gdy postanowił przejść dość młodo na emeryturę i osiąść w Brighton. Wcześniej zdążył, rzecz jasna, dorobić się majątku, pracując wraz ze mną, lecz jego żona martwiła się o niego nieustannie i nie byłem zbytnio zdziwiony i tylko trochę zasmucony, gdy poprosił mnie, bym pozwolił mu odejść. Królowie przestępczego świata

rzadko miewają prawdziwych przyjaciół oraz ludzi, którym mogą zaufać, a on był dla mnie jednym i drugim. Później naturalnie korespondowaliśmy ze sobą od czasu do czasu, a po szesnastu latach przysłał do mnie swego syna, młodzieńca o równie chimerycznym charakterze.

Co o tym myślała jego matka, tego pewnie nigdy się nie dowiem, lecz wiem, że zdaniem Rogera Jonathan zająłby się przestępczą działalnością bez względu na to, czy wziąłbym go pod swoje skrzydła czy nie, i doszedł do wniosku, że będzie lepiej, jeśli jednak wezmę. Chłopak był

zabójczo przystojny; miał w sobie niezwykłą świeżość i otwartość, po prostu nie dało się go nie lubić. Dlatego po dziś dzień żałuję, że pozwoliłem mu podjąć próbę infiltracji najbliższego otoczenia Clarence’a Devereux. Wszystko, o czym przeczytałeś w niniejszej książce, drogi czytelniku, zaczęło się właśnie od morderstwa, którego ofiarą padł Jonathan.

Chyba nikt w dziejach świata nie czuł tak dojmującej samotności jak ja, gdy znalazłem jego zwłoki w Highgate, gdzie mieliśmy się spotkać, by mógł mi przekazać świeżo zdobyte

informacje. Sposób, w jaki zginął, to, że spętano go i dokonano brutalnej egzekucji, wzbudziło we mnie odrazę. Klęczałem przy nim, a łzy spływały po moich policzkach. Wiedziałem, że Clarence Devereux zdołał mnie wymanewrować, i chyba nie mogłem już znaleźć się w głębszym dołku. Byłem skończony. Mogłem uciec z kraju albo skończyć ze sobą; nie miałem siły na nic więcej.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页