饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 32 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15378 字 更新时间:2026-6-22 23:19

Takim to głupim myślom oddawałem się może przez pięć sekund. Potem zastąpiły je bardziej konstruktywne uczucia: furia i pragnienie odwetu. Pochłonęły mnie bez reszty i właśnie wtedy narodził się w mojej głowie plan tak śmiały i zaskakujący, że po prostu musiał wypalić. Zapewne pamiętasz moją sytuację: miałem przy sobie pułkownika Morana oraz Perry’ego – i nikogo więcej. Nikt inny nie pospieszyłby mi z pomocą, a dopóki było nas tylko trzech, przeciwnik miał

przytłaczającą przewagę liczebną. Wszyscy dawni wspólnicy zwrócili się przeciwko mnie. Co gorsza, nie wiedziałem, jak odszukać Clarence’a Devereux, bo podobnie jak ja, nigdy nie pokazywał się publicznie. Na szczęście dzięki Pilgrimowi wiedziałem o braciach Mortlake’ach i o ich klubie, Bostończyku. Niestety byłem świadom i tego, że żaden ze współpracowników mojego wroga nie zechce go zdradzić. Jonathan wskazał mi jeszcze jedną ciekawą postać: Scotchy’ego Lavelle’a, mieszkającego naprzeciwko miejsca, w którym potem miałem odnaleźć jego ciało. Scotchy rzeczywiście był niezwykle ostrożnym człowiekiem, a jego dom przypominał

fortecę. Może i mógłbym go zabić, ale najpierw musiałem się do niego zbliżyć, wyciągnąć informacje, które pozwoliłyby mi pokonać resztę gangu.

A gdybym tak zdołał przekonać do mojej sprawy potężne siły Scotland Yardu? Czy mógłbym z ich pomocą pokonać mojego wroga, pracując od środka i nie ujawniając mej prawdziwej tożsamości przed żadną ze stron? Najwspanialsze myśli matematyczne, takie jak metoda przekątniowa czy teoria punktów zwyczajnych, zawsze były dziełem chwili. Tak też było z moim pomysłem. Doszedłem do wniosku, że muszę umrzeć w jakiś spektakularny i niepodważalny sposób, a następnie powrócić incognito. Zamierzałem wykorzystać Policję Metropolitalną, by wykonała za mnie część roboty, ale jednocześnie trzymać się blisko, by w razie potrzeby skorzystać ze sposobności i zadziałać. Naturalnie nie mogłem udawać prywatnego detektywa, bo zbyt łatwo byłoby sprawdzić moją wiarygodność. A gdybym tak przybył z bardzo daleka?

Niemal od razu pomyślałem o Agencji Pinkertona w Nowym Jorku. Tak, to miałoby głęboki sens, gdybym jako śledczy podążył tropem Devereux i spółki aż do Anglii. Głośny już brak współpracy między Agencją a Scotland Yardem byłby dla mnie jeszcze jednym plusem.

Wystarczyłoby odpowiednio przedstawić siebie oraz stosowną kolekcję akt i już w nikim nie budziłbym podejrzeń; nikt też nie kwestionowałby mojego prawa do prowadzenia prywatnego dochodzenia.

Na początek postanowiłem podrzucić trochę papierów – w tym adres klubu Bostończyk – do

kieszeni Jonathana Pilgrima. Wiedziałem, że znajdzie je policja. Następnie ukartowałem własną śmierć. Wyznam, że pomysł wciągnięcia do tego Sherlocka Holmesa wydał mi się bardzo zabawny – któż inny nadawał się lepiej do tego, by mi dopomóc w zejściu ze sceny? On sam naturalnie nie miał pojęcia, że pomógł mu w pracy Clarence Devereux. Trzykrotnie – w styczniu, lutym i marcu – krzyżowały się nasze ścieżki i za każdym razem sporządzał rozległe notatki na temat moich spraw, które zamierzał przekazać policji. Pod koniec kwietnia odwiedziłem go w mieszkaniu przy Baker Street. Lękałem się, czy aby nie zdążył dowiedzieć się, jak rozpaczliwa jest moja sytuacja i jak niewiele zostało mi sił. Na szczęście tak nie było. Wziął za dobrą monetę wszystko, do czego chciałem go przekonać, a przede wszystkim to, że jestem mściwym

i niebezpiecznym przeciwnikiem, marzącym głównie o tym, żeby go usunąć ze sceny.

Powinienem wspomnieć i o tym, że przedsięwziąłem pewne podstawowe środki ostrożności, zanim zaryzykowałem spotkanie twarzą w twarz z Sherlockiem Holmesem. Zdziwiło mnie to, że przełknął i tę szopkę, choć wiedział, jak bardzo zawsze ceniłem sobie anonimowość. Poszedłem do niego mianowicie w peruce, nieco pobieliłem sobie twarz, zgarbiłem ramiona i włożyłem buty, które dodały mi trochę wzrostu... Holmes nie był jedynym mistrzem kamuflażu i po dziś dzień cieszy mnie niezmiernie to, że opis sporządzony przez Watsona – „niezwykle wysoki i chudy, o wystającej, białej półkuli czoła” – kompletnie mija się z prawdą. Wtedy naturalnie nie mogłem jeszcze wiedzieć, jak potoczą się wydarzenia, ale zawsze warto się zabezpieczyć.

Treści rozmowy nie muszę powtarzać – Watson uczynił to za mnie. Powiem tylko, że pod koniec naszej konwersacji Holmes poważnie obawiał się o swoje życie, a ja, chcąc spotęgować jego lęk, urządziłem kilka „zamachów” na niego, obliczonych naturalnie jedynie na zastraszenie, nie zabicie przeciwnika.

Holmes zachował się dokładnie tak, jak sobie to obmyśliłem. Wysłał inspektorowi

Pattersonowi listę moich byłych kolegów, nie wiedząc nawet, że wszyscy oni, bez wyjątku, przeszli już na stronę Devereux, a następnie umknął na kontynent. Podążyłem za nim wraz z Perrym i pułkownikiem Moranem, czekając na odpowiedni moment, by zrealizować pierwszy punkt kulminacyjny mojego planu. Okazja nadarzyła się w Meiringen, nad wodospadem

Reichenbach.

Domyśliłem się, że będzie chciał odwiedzić to niebezpieczne miejsce. Taka była jego natura.

Żaden turysta, nawet najbardziej tchórzliwy, nie mógłby przejść ścieżką i nie spojrzeć w dół, na spadające masy wody. Wyprzedziłem więc Holmesa i obejrzałem dokładnie miejsce akcji.

Wiedziałem, że będzie niebezpiecznie. Lubię myśleć, że tylko matematyk mógłby przeżyć taki samobójczy skok w otchłań. Któż inny potrafiłby obliczyć wszystkie kąty, uwzględnić przepływ wody, prędkość spadania oraz prawdopodobieństwo tego, że nie utonie i nie zderzy się ze skałami?

Następnego dnia, gdy Holmes i Watson wyruszyli z hotelu Englischer Hof, wszystko było gotowe. Pułkownik Moran dobrze się ukrył wysoko nad koroną wodospadu – był moim

zabezpieczeniem, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Perry chyba trochę za mocno przejął się rolą – przebrał się za pocztówkowy wręcz okaz młodego Szwajcara. Ja zaś postanowiłem zaczekać za grzbietem pobliskiego wzgórza. Perry wystąpił jako pierwszy: przekazał Holmesowi i Watsonowi list, rzekomo napisany przez gospodarza, który błagał doktora o rychły powrót do hotelu. Holmes został sam i właśnie wtedy pojawiłem się na jego drodze. Reszta jest, jak to mówią, historią.

Zamieniliśmy kilka słów, szykując się na najgorsze. Nie sądź ani przez chwilę, że moje słowa o szansach na przeżycie to czcza gadanina. Woda lała się dzikim strumieniem, a przepaść najeżona była ostrymi skałami. Gdybym miał wybór, pewnie wybrałbym inne rozwiązanie.

Niestety, zależało mi na efektownej śmierci i pamiętając o tym, pozwoliłem Holmesowi napisać

list pożegnalny. Trochę mnie zaskoczył tym, że postanowił utrwalić na papierze swoje ostatnie chwile, lecz wtedy jeszcze nie wiedziałem, że obaj szykujemy się do sfingowania własnego zgonu, co z perspektywy czasu wydaje mi się szczególnie oryginalne. Tak czy owak, jego świadectwo było tym, czego najbardziej potrzebowałem. Popatrzyłem więc, jak chowa list przy swym ekwipunku, a potem zaczęliśmy zapaśnicze zmagania godne czempionów z London

Athletic. Dla mnie była to chyba najbardziej przykra faza planu, gdyż nie lubię kontaktu z ciałem drugiego człowieka, a Holmes cuchnął tytoniem. Byłem mu bardzo wdzięczny, gdy w końcu wykorzystał swoją znajomość bartitsu i cisnął mnie w przepaść.

Omal nie zginąłem. Było to przedziwne i budzące grozę doświadczenie, gdy nieskończenie długo leciałem w dół, w dodatku nie mogąc oddychać, bo zewsząd otaczała mnie woda. Nic nie widziałem, a uszy rozsadzał mi ryk wodospadu. Choć wiedziałem dokładnie, ile sekund lotu mnie czeka, miałem wrażenie, że trwa to całą wieczność. Byłem mniej więcej świadom tego, jak blisko niektórych skał przemykam (jedną z nich musnąłem nawet nogą, na szczęście bardzo lekko, bo w przeciwnym razie strzaskałbym sobie kość). Wreszcie wylądowałem w lodowatej wodzie, a siła uderzenia wypchnęła resztkę powietrza z moich płuc. Miotałem się i wirowałem, niesiony prądem, czując się mniej więcej tak, jakbym rodził się na nowo – po śmierci. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że jednak przetrwałem, lecz przecież nie mogłem się wynurzyć, na wypadek gdyby Holmes obserwował powierzchnię potoku. Pouczyłem pułkownika Morana, żeby nie pozwolił mu się nudzić: miał ciskać w jego stronę nieduże kamienie, bym mógł

niezauważony dopłynąć do brzegu i wypełznąć na skały, a następnie, drżący i wycieńczony, ukryć się we wcześniej ustalonym miejscu.

To doprawdy dziwaczne – a nawet śmieszne – że obaj z Holmesem postanowiliśmy

wykorzystać ten sam incydent, by zniknąć z powierzchni ziemi. Ja miałem przynajmniej ważne powody, ale on...? Cóż, może i nie istnieje dobra odpowiedź na to pytanie. Tak czy inaczej, Holmes miał swój plan: chciał zaszyć się gdzieś na trzy lata. Ja zaś w głębi duszy czułem niepokój, bo w każdej chwili mógł powrócić. Byłem wszak jedynym człowiekiem na świecie, który wiedział, że nic złego go nie spotkało. Przez chwilę nawet podejrzewałem, że to on wprowadził się do sąsiedniego pokoju w hotelu Hexam’s i to jego kaszel nękał mnie

w ciemności. Dokąd udał się naprawdę i co tam robił – tego nie wiem i nie obchodzi mnie to.

Ważne jest to, że nie przeszkodził mi w realizacji moich planów. Im dłużej go nie widziałem, tym większą czułem ulgę.

Do kolejnej fazy mojego planu potrzebowałem trupa, który mógłby mnie zagrać i stałby się ostatecznym dowodem mojej śmierci. Oczywiście i o ten detal zadbałem zawczasu. Tego samego ranka spotkałem mężczyznę powracającego z wioski Rosenlaui. Sądziłem, że to robotnik rolny albo pasterz, ale jak się okazało, był to Franz Hirzel, kucharz z Englischer Hof. Trochę przypominał mnie budową ciała i wiekiem, tym większy czułem więc żal, gdy go mordowałem.

Odbieranie bliźnim życia nigdy nie sprawiało mi przyjemności, zwłaszcza gdy ofiarą był

przypadkowy, niewinny przechodzień, a Hirzel niewątpliwie należał do tej kategorii. Moje potrzeby były jednak znacznie silniejsze od skrupułów. Ubraliśmy z Perrym trupa w rzeczy podobne do moich i zaopatrzyliśmy w mój srebrny zegarek kieszonkowy. Osobiście zaszyłem też ukrytą kieszeń z zaszyfrowanym listem, który napisałem jeszcze w Londynie. Na koniec rzuciliśmy ciało do wody i oddaliliśmy się w pośpiechu.

Gdyby Athelney Jones zastanowił się choć trochę głębiej, doszedłby do wniosku, że to bardzo mało prawdopodobne, by Clarence Devereux napisał oficjalny list do profesora Jamesa Moriarty’ego, w którym zaprasza go na spotkanie. Ustny komunikat byłby o niebo pewniejszy.

A poza tym – czemu miał służyć ów dziwaczny szyfr? Do gatunku ciekawych należałoby też pytanie: Po co komu przeczytany list w podróży do Szwajcarii, zwłaszcza zaszyty w ubraniu?

Nagromadzenie nieprawdopodobnych zdarzeń było wręcz kolosalne, a przecież był to dopiero pierwszy ślad, którym zamierzałem zainteresować brytyjską policję.

Od chwili, gdy poznałem inspektora Jonesa, wiedziałem, że Opatrzność, która od tak dawna mnie zaniedbywała, nareszcie stoi po mojej stronie. Scotland Yard zaiste nie mógł wytypować lepszego przedstawiciela – w niektórych sytuacjach Jones był wręcz błyskotliwy, w innych zbyt ufny, zbyt naiwny. Gdy jego żona opowiedziała mi o fascynacji Sherlockiem Holmesem, nie mogłem uwierzyć, że los aż tak mi sprzyja. Do końca Jones tańczył tak, jak mu zagrałem – i na tym polegało jego nieszczęście. Był marionetką w moich rękach, jak ten kukiełkowy policjant, którego kupił córce.

Weźmy choćby nasze pierwsze spotkanie, na posterunku w Meiringen. Podchwycił każdy

trop z mojej bogatej kolekcji przygotowanej dla dowolnego detektywa Scotland Yardu, który mógł się tam pojawić: zegarek Pinkertona (kupiony w lombardzie w Shoreditch), fałszywy amerykański akcent, kamizelkę, gazetę kupioną w Southampton, kwity na mojej walizce.

W pozostałych kwestiach mylił się wręcz żenująco: zaciąłem się podczas golenia przy słabym świetle w paryskim hotelu, nie na pokładzie transatlantyku. Ubranie, które miałem na sobie, kupiłem specjalnie na tę maskaradę; nie należało do mnie, więc woń papierosów i wytarty rękaw były detalami bez najmniejszego znaczenia. On jednak przeprowadził dedukcję, a ja udałem, że jestem pod wrażeniem. Chcąc bowiem, by uwierzył we mnie, musiałem go przekonać, że wierzę w niego.

Powiedziałem mu o liście i zachęciłem do ponownych oględzin ciała kucharza – na szczęście tym razem go znalazł. Wykorzystanie fragmentu Studium w szkarłacie było chyba przesadnie teatralnym zagraniem, ale w swoim czasie wydawało mi się dość zabawne. Sądziłem też, że odwróci uwagę policjanta od innych skrajnie nieprawdopodobnych zdarzeń, o których już pisałem. Byłem pod wrażeniem tego, jak błyskawicznie poradził sobie z szyfrem, choć oczywiście byłem gotów pospieszyć mu z pomocą, gdyby było inaczej. Bądźmy jednak szczerzy: był to kod dość prosty do złamania, a – zgoła niepotrzebne – użycie słowa MORIARTY sprawiło, że stał się wręcz banalny.

Tak oto dochodzimy do spotkania w Café Royal. Cały mój plan polegał na tym, by stworzyć kolejne stopnie wiodące do celu – list, spotkanie, Bladeston House – a następnie dyskretnymi zagraniami odsłaniać łączące je wątki. Perry zjawił się w stroju gońca telegraficznego, udając wysłannika Clarence’a Devereux. Odegrał swoją rolę dokładnie tak, jak to wcześniej

wyćwiczyliśmy, i we właściwym momencie uciekł, ale niezbyt szybko, by Jones za nim nadążył.

Nawiasem mówiąc, jaskrawoniebieska kurtka też nie była przypadkowym rekwizytem. Chodziło o to, by Perry nie zniknął w tłumie. Z tego samego powodu usiadł na ławce na dachu omnibusa jadącego do Highgate, a nie w kabinie. Nie wszedł też do Bladeston House. W ostatniej chwili pobiegł na tyły, zdjął rzucającą się w oczy kurtkę i przyczaił się w krzakach. Straciwszy go z oczu, Jones uznał, że chłopak musiał wejść furtką od strony ogrodu. Czy mógł wyobrazić sobie inne rozwiązanie?

Scotchy Lavelle nigdy nie wpuściłby mnie do swego domu, ale gdy następnego dnia

zjawiłem się w asyście detektywa ze Scotland Yardu, nie miał wyboru. Gdy Clayton doprowadził

nas do Lavelle’a, mogło się wydawać, że przybyliśmy tam w tym samym celu, lecz

rzeczywistość była inna. Jones wypytywał o grzechy z niedawnej przeszłości, ja zaś przede wszystkim szykowałem scenę pod zbrodnię, której jeszcze nie dokonano. Zwiedzając Bladeston House, szukałem głównie słabych punktów w systemie zabezpieczeń.

„Żeby węszyć w moim domu?”, spytał Lavelle.

Tak, właśnie tak. To ja nalegałem, by odwiedzić kuchnię i sprawdzić furtkę na tyłach ogrodu.

Musiałem sobie obejrzeć metalową zasuwę. I znowu szczęśliwie się złożyło, że jestem

matematykiem i mam oko do pomiarów. Dobrze zapamiętałem położenie zamka, by wiedzieć, w którym miejscu należy wywiercić otwór. Tym razem także byłem wobec ciebie uczciwy, drogi czytelniku. Stwierdziłem, że wróciłem do kuchni jako pierwszy i przez moment byłem sam. Nie wspomniałem tylko o tym, że w tym czasie zdążyłem wsypać silny środek nasenny do garnka z curry, które podano na kolację. Teraz wszystko było gotowe do realizacji kolejnego punktu planu.

Wróciłem tam z Perrym tuż po dwudziestej trzeciej. Chłopak uwielbiał takie przygody.

Pierwszy zamek otworzyliśmy wytrychem, potem wycięliśmy otwór na wysokości drugiego; gdy byliśmy w ogrodzie, Perry wdrapał się po rurze spustowej na piętro – Jones się nie pomylił.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页