Działaliśmy bezszelestnie, ale i pewnie, bo nie musieliśmy się obawiać, że ktoś nam przeszkodzi.
Następnie Perry wpuścił mnie do kuchni – powiedziałem mu, gdzie znajdzie klucz – i zabraliśmy się do właściwej roboty.
Nie jestem dumny z tego, co wydarzyło się tamtej nocy. Nie jestem potworem, ale
okoliczności zmusiły mnie do dokonania potwornych czynów. Najpierw uciszyliśmy Claytona, potem kuchennego, następnie kucharkę, na koniec „towarzyszkę” Scotchy’ego Lavelle’a.
Dlaczego musieli umrzeć? Otóż dlatego, że gdyby przesłuchano ich następnego dnia, zgodnie przysięgliby, że goniec telegraficzny nigdy nie wszedł do tego domu. Nie mieli nic do stracenia, a to czyniło ich wiarygodnymi świadkami. Trzech morderstw dokonał Perry i obawiam się, że sprawiły mu one niemałą przyjemność. Ja zlikwidowałem Henriettę, a potem zaniosłem na dół
Lavelle’a, wciąż pogrążonego w głębokim śnie. Przywiązałem go do fotela i ocuciłem zimną wodą, a następnie zadałem mu bardzo wiele bólu. Wiem, to nieładnie, ale na tym etapie jeszcze nie wiedziałem, gdzie znajdę Clarence’a Devereux. Nie wiedziałem też, jakie ma plany. Muszę przyznać, że Lavelle był dzielnym człowiekiem i opierał się dość długo, ale wszystko może się zmienić, gdy się ofierze roztrzaska kolano i zacznie przy nim manipulować. Tym sposobem dowiedzieliśmy się o planowanym skoku na Chancery Lane. Lavelle poinformował nas też, że Devereux ukrywa się w amerykańskim poselstwie, a uczynił to w dość zuchwały sposób, sądził
bowiem, że nigdy nie dopadnę jego pana w takim miejscu. Rzeczywiście, nie mogłem się tam włamać, a mój przeciwnik nigdy nie wychodził do miasta. Zrozumiałem, że wróg chory na agorafobię jest jak ślimak w twardej skorupie. Jak można go z niej wywabić?
Pozwoliłem, by Perry poderżnął Lavelle’owi gardło – niech się chłopak cieszy – i razem opuściliśmy rezydencję. Wcześniej jednak napisałem w dzienniku HORNER 13, by następnego dnia odnaleźć ten strzęp informacji do spółki z Jonesem. Na wypadek gdyby i ta wskazówka nie była dostatecznie oczywista, dołożyłem kostkę mydła do golenia. Ktoś powie: gabinet to dziwne miejsce do przechowywania przyborów toaletowych, ale ja miałem nadzieję, że myśli Jonesa od razu skierują się ku salonom fryzjerskim. Nie zapomniałem też o zaproszeniu na przyjęcie w amerykańskim poselstwie.
Okrutne morderstwa w Bladeston House wystarczyły, by skłonić Scotland Yard do
energicznego działania. Z właściwą sobie, niezbyt błyskotliwą determinacją inspektorzy uznali, że warto zwołać zebranie i pogadać o sprawie. Nie bez satysfakcji przyjąłem wieść o tym, że i ja mogę wziąć w nim udział. Na tym etapie moim największym zmartwieniem była bowiem myśl, że Jones mógłby spróbować nawiązać łączność z Agencją Pinkertona w Nowym Jorku
i przypadkiem dowiedzieć się, że wcale nie jestem śledczym. Właśnie dlatego zapytałem go o pokój telegraficzny. Nawet jeśli wysłanie wiadomości i uzyskanie odpowiedzi mogło potrwać w praktyce kilka dni, nie czułem się dobrze z myślą o tym, że z tak błahego powodu mógłbym nie zdążyć z realizacją moich zamiarów. Gdy inspektor Lestrade uparł się, że osobiście skontaktuje się z Agencją, wiedziałem już, że muszę działać, a zanim wyszedłem z budynku, miałem konkretny plan.
Tak, oczywiście, to ja rozkazałem podłożyć bombę w siedzibie Scotland Yardu. Choć
wszystko, co wtedy mówiłem, miało utwierdzić Jonesa w przekonaniu, że to jego biuro było celem ataku, w istocie jednak chodziło tylko i wyłącznie o zniszczenie pokoju telegraficznego.
To, że te dwa pomieszczenia sąsiadowały ze sobą, było jedynie szczęśliwym zbiegiem
okoliczności. Tak czy inaczej, zyskałem pewność, że Lestrade nie wyśle w najbliższym czasie wiadomości, która tak mnie niepokoiła. Bombę wniósł rzecz jasna Perry, a w broughamie czekał
na niego Moran. Tuż przed eksplozją pozwoliłem sobie na mały teatrzyk, by zwrócić na nich uwagę Jonesa – ba, omal nie straciłem przy tym życia pod kołami omnibusu. Zależało mi na tym, żeby inspektor zapamiętał pewne szczegóły; nieprzypadkowo wybrałem właśnie ten typ powozu.
Wiedziałem, że poruszy niebo i ziemię, żeby go odnaleźć. Perry i Moran kazali się zawieźć do poselstwa Stanów Zjednoczonych, ale podobnie jak wcześniej w Bladeston House, wcale nie weszli do środka. Wystarczyło, że znaleźli się w pobliżu właściwego budynku.
Byłem szczerze zaskoczony, gdy Jones zgodził się na złamanie świętego prawa immunitetu dyplomatycznego. Wiedział, że taki numer, w połączeniu z podszywaniem się pod zmarłego, może oznaczać koniec jego kariery. W tym momencie byliśmy już jednak tak mocno
zaprzyjaźnieni, a on tak bardzo pragnął odnaleźć Clarence’a Devereux – zwłaszcza że w ataku bombowym zginęli jego towarzysze – że gotów był poświęcić dosłownie wszystko. Gdy
zdemaskował Colemana De Vriessa, naturalnie okazałem mu należyty podziw, choć sam nieco wcześniej domyśliłem się, z kim mamy do czynienia.
Od tego momentu Jones przejął inicjatywę. Nie musiałem już sterować śledztwem,
wystarczyło podążać za nim, wcielając się w rolę Watsona, wiernego druha Holmesa. Razem odwiedziliśmy klub Bostończyk i przyznam, że było ciekawie – po raz pierwszy spotkałem Lelanda Mortlake’a. Prawdziwy pożytek z tej wycieczki polegał wszakże na czymś innym: udało mi się podrzucić kolejną wskazówkę. Żaden z detektywów Scotland Yardu nie był w stanie odgadnąć, co oznacza HORNER 13, nawet gdy przypomniałem im o kostce mydła, niemal
wprost sugerując, że może chodzić o aptekę lub podobny przybytek. Cóż, trudno się dziwić, że Holmes regularnie ich ośmieszał. Musiałem jednak coś z tym fantem zrobić i dlatego
podrzuciłem wizytówkę zakładu fryzjerskiego do jednego z czasopism w pokoju, który do niedawna należał do Pilgrima. Jones znalazł ją, na szczęście, i gra, jak powiedziałby wzorem Holmesa, rozpoczęła się na nowo.
Muszę przyznać, że rozwikłanie zagadki Chancery Lane wyszło mu po mistrzowsku i takiej roboty nie powstydziłby się nawet najsłynniejszy z detektywów. Nie miałem też zastrzeżeń do pułapki, którą postanowił zastawić w Blackwall Basin. Gdyby tylko Devereux zjawił się osobiście, by obejrzeć łupy rzekomo zdobyte przez Johna Claya w podziemiach Kompanii Depozytowej Chancery Lane! Jakże uprościłoby to moją misję! Niestety, tak się nie stało i nawet Edgar Mortlake wymknął nam się z rąk, a jego szef wciąż pozostawał poza naszym zasięgiem.
Wtedy zrozumiałem, że potrzeba nam jeszcze jednego kroku i jeszcze jednej porażki, zanim wreszcie go dopadniemy.
Aresztowanie Lelanda Mortlake’a dowiodło, że się nie pomyliłem. Nie byłem zaskoczony, ale nieco zasmucony, gdy Jones ochoczo chwycił się myśli, że narzędziem zbrodni była dmuchawa. Naturalnie rozumiem, że był kiedyś świadkiem skutków działania zatrutej strzałki –
sprawę opisał Watson w Znaku Czterech – ale tym razem haniebnie minął się z prawdą. Otóż to ja wbiłem pocisk w szyję Lelanda Mortlake’a, gdy odciągałem go od nadgorliwego kelnera. Grot zanurzyłem wcześniej w środku znieczulającym i w strychninie, by nawet nie poczuł ukłucia.
Żałuję, że nie cierpiał bardziej, bo to jego obmierzłe towarzystwo musiał znosić nieszczęsny Jonathan Pilgrim. Ta śmierć była jednak tylko prowokacją i jako taka zadziałała znakomicie.
Nie mogłem oczywiście przewidzieć, że Devereux odegra się, porywając córkę Jonesa.
Nawet ja nie zniżyłbym się do takiego kroku, lecz jak wspominałem, zawsze graliśmy na odmiennych zasadach. Cóż mogłem począć, gdy Jones przyszedł do hotelu z ponurą nowiną? Od razu wiedziałem, że będzie skrajnie niebezpiecznie, ale jednocześnie czułem, że gra wchodzi w kulminacyjną fazę. Musiałem tam być. I raz jeszcze dopisało mi szczęście: Perry był w moim pokoju i właśnie omawialiśmy dalsze plany, gdy zjawił się Jones. Mogłem więc chwilę później przekazać mu najnowsze wieści i zapewnić sobie ochronę.
Perry i pułkownik Moran czekali już w powozie przed domem Jonesów, gdy wyruszaliśmy na cmentarz. Jak zapewne pamiętasz, wyszedłszy na ulicę, zacząłem krzyczeć, niby pod adresem porywaczy, ale w rzeczywistości na użytek Morana: chciałem, żeby wiedział, dokąd się wybieramy, i dotarł tam wcześniej. Gdy wchodziliśmy w Aleję Truposzy, on już tam był.
Widział, jak nas ogłuszono, i wraz z Perrym podążył naszym śladem do Smithfield. Niewiele brakowało, a zjawiliby się za późno – na szczęście zdążyli nas uratować. To właśnie tam, w podziemiach, gdy rozmawialiśmy twarzą w twarz z Devereux, omal nie zostałem
zdemaskowany. Domyślał się już wcześniej, że Jonathan Pilgrim pracował dla mnie i wcale nie był śledczym z Agencji Pinkertona. A gdy w dodatku zaczął mówić o tym, że wcale nie wysłał
zaszyfrowanej wiadomości, od której wszystko się zaczęło, musiałem mu przerwać, bo lada chwila cała prawda mogła wyjść na jaw. I tylko dlatego rzuciłem się na Devereux, co kosztowało mnie kilka dodatkowych siniaków.
Już prawie skończyłem. Jeszcze kropla brandy i będzie po wszystkim. Zaraz... Na czym to ja stanąłem?
Teraz skupiłem wszystkie moje wysiłki na wyciągnięciu Clarence’a Devereux
z amerykańskiego poselstwa. Gdy rozmawialiśmy z Robertem Lincolnem, pułkownik Moran i Perry byli już na swoich miejscach: jeden z karabinkiem na pobliskim dachu, a drugi na ulicy, przebrany za straganiarza. Muszę powiedzieć, że od początku do końca wykazali się niezwykłą skutecznością. Tak, to prawda, że Morana interesują wyłącznie pieniądze, Perry zaś jest nieletnim sadystą, mimo to uważam, że nigdzie nie znalazłbym sobie lepszych towarzyszy.
A Jones! Myślę, że na koniec wreszcie się domyślił – może nie tego, kim naprawdę jestem, ale tego, kim z pewnością nie jestem. Od początku przeczuwał, że coś w tej historii nie pasuje.
Jego problem polegał na tym, że nie udało mu się odgadnąć, co to takiego. Jego żona miała rację: nie był tak bystry, jak mu się wydawało – i to go zgubiło. Jak na ironię, to ona była bystrzejszym z dwojga małżonków. Nie ufała mi od pierwszej chwili, a potem nie wahała się mówić o tym głośno. Żal mi jej, żal mi też małej Beatrice, ale nie miałem wyboru: Jones musiał zginąć.
Nacisnąłem spust, lecz do dziś żałuję, że ta historia nie mogła się skończyć inaczej.
Był porządnym człowiekiem. Podziwiałem go. I choć w końcu musiałem go zabić, zawsze będę o nim myślał jak o przyjacielu.
22
Początek
J a także wyjąłem rewolwer. Jones spojrzał na mnie i wtedy zobaczyłem w jego oczach zdumienie, rozczarowanie i wreszcie rezygnację.
– Przykro mi – powiedziałem i strzeliłem mu w głowę.
Zginął natychmiast, jego ciało przechyliło się na bok, a laseczka spadła po raz ostatni i zagrzechotała o bruk. Teraz wszystko musiało się rozegrać w dobrym tempie, wiedziałem bowiem, że w pobliżu kręci się mnóstwo policjantów. Wyskoczyłem z karykla i pobiegłem do Czarnej Marii, wciąż stojącej pośrodku ulicy. Woźnica i jego towarzysz już nie żyli. Konstabl, któremu kazaliśmy siedzieć na tylnym stopniu, trzymał się kurczowo drzwi, jakby mu zależało, żeby nikt ich nie otworzył. Strzeliłem mu w plecy i popatrzyłem, jak kuli się na jezdni i nieruchomieje. W tej samej chwili pułkownik Moran strzelił po raz trzeci: policjant stojący obok Perry’ego zwinął się w miejscu i upadł. Chłopak skrzywił się z niechęcią: jedno gardło mniej do poderżnięcia.
Strąciłem jednego z zabitych i usiadłem na koźle Czarnej Marii. Widziałem i słyszałem przechodniów, którzy wskazywali na mnie palcami i krzyczeli, lecz oczywiście żaden z nich nawet się nie zbliżył. Musieliby chyba oszaleć, żeby spróbować mi przeszkodzić. Ja zaś liczyłem, że ich panika pomoże mi w ucieczce. Perry podbiegł, wycierając ostrze kawałkiem szmaty.
Usiadł obok mnie.
– Mogę powozić?
– Później – odparłem.
Strzeliłem z bata. Konie były już spokojne; policja nie na darmo szkoliła je do pracy w każdych warunkach, nawet wśród wrogo nastawionego tłumu. Ruszyliśmy w górę Victoria Street i zaraz odbiliśmy w prawo. To był kolejny błąd Athelneya Jonesa: rozstawił swoich ludzi wzdłuż trasy wiodącej do Scotland Yardu, ale ja nie zamierzałem tamtędy jechać. Właśnie znikaliśmy za zakrętem, gdy w bramie kamienicy pojawił się pułkownik Moran. Czerwony na twarzy po krótkim biegu, niósł na ramieniu torbę golfową, do której zdążył włożyć karabinek pneumatyczny von Herdera. Usiadł na tylnym stopniu Czarnej Marii, tak jak się umówiliśmy.
Znowu strzeliłem z bata i ruszyliśmy żwawo w stronę Victoria Station i dalej, ku Chelsea.
Ludzi było tu sporo i najwyraźniej wiedzieli już, że coś się stało, ale nie mieli pojęcia co. Nikt nie próbował nas zatrzymać. Wpadliśmy jednym kołem w dziurę i usłyszałem, jak Moran klnie.
Zastanawiałem się, czy będzie jeszcze siedział na swoim miejscu, gdy dotrzemy do celu, a myśl o tym, że moglibyśmy go zgubić po drodze, nawet mnie rozbawiła. Ciekaw byłem też, co się teraz dzieje w głowie naszego pasażera. Na pewno słyszał strzały. Czuł też gwałtownie brane zakręty. Możliwe, że już się domyślił, co się wydarzyło, ale był zamknięty na cztery spusty i mógł jedynie czekać.
Dotarliśmy z Chelsea do Fulham – albo do West Kensington, jak nazywali swą dzielnicę jej mieszkańcy. Gdy mijaliśmy szpital, oddałem lejce Perry’emu, który poprowadził powóz z szerokim uśmiechem na ustach. Jechaliśmy teraz nieco wolniej. Wiedziałem, że miną godziny, zanim konsylium inspektorów Scotland Yardu postawi diagnozę i urządzi coś na kształt pościgu.
Zwracanie na siebie uwagi przechodniów zbyt ostrą jazdą zwyczajnie nie miało sensu.
Zawołałem pułkownika Morana i usłyszałem głuchy pomruk w odpowiedzi – a więc jeszcze trzymał się stopnia.
Minęła prawie godzina, nim dotarliśmy do Richmond Park. Wjechaliśmy przez Bishop’s
Gate, a wybrałem tę drogę dlatego, że była przeznaczona do użytku publicznego. Potrzebowałem otwartej przestrzeni, a park wydawał się idealnym miejscem. Zajechaliśmy na najrozleglejsze z pól – we wszystkie strony rozciągał się stąd niczym niezakłócony widok. Niski pagórek zasłaniał nam zakole rzeki, za to wioska i ciągnące się za nią miasto były doskonale widoczne. To był piękny dzień; wiosenne słońce nareszcie grzało pełną mocą i tylko kilka samotnych obłoczków szybowało gdzieś nad horyzontem. Zatrzymaliśmy się wreszcie. Pułkownik Moran obszedł powóz i stanął przy koniach, prostując zdrętwiałe ramiona.
– Musiałeś jechać tak cholernie daleko? – spytał.
Zignorowałem go. Stanąłem za budą Czarnej Marii i otworzyłem drzwi. Clarence Devereux wiedział, jaki los go czeka. Wystarczyły promienie słońca, by skulił się w kącie kabiny, zakrywając przedramieniem oczy. Milczałem. Wszedłem do środka i siłą wywlokłem go na zewnątrz. Byłem pewny, że nie ma broni, a zresztą tu, na otwartej przestrzeni, był kompletnie bezradny, jak ryba wyrzucona na brzeg. Pomachałem Perry’emu, który już prowadził Czarną Marię w stronę kępy drzew, pod którą ukryłem inny powóz. Jego zadanie polegało teraz na wyprzężeniu koni i zaprzężeniu ich do nowego pojazdu. Czekała nas długa podróż ku
południowemu wybrzeżu.
Stałem nad mym wrogiem, przyglądając się, jak pełznie na kolanach. Wiedziałem, że czuje podmuchy wiatru na policzkach. Słyszał śpiew ptaków i rozumiał dobrze, gdzie się znajduje, choć nie odważył się otworzyć oczu. Wciąż miałem przy sobie rewolwer, z którego zastrzeliłem Athelneya Jonesa. Perry także był uzbrojony. Ryzyko, że przeszkodzą nam w czymkolwiek spacerowicze, było nikłe, bo park był olbrzymi – aby być precyzyjnym: liczył dwa tysiące trzysta sześćdziesiąt akrów – a ja celowo wybrałem jego odległy zakątek. Zresztą nie zamierzałem zbyt długo tu zabawić.