Moran stanął obok mnie i obrzucił jeńca swym standardowym spojrzeniem, zawierającym mieszaninę okrucieństwa i pogardy. Ze swym łysym czołem i potężnym wąsem w dość
nieszczęśliwy sposób przypominał łotra rodem z pantomimy, ale albo nie był świadomy tego faktu, albo było mu to obojętne. Pomyślałem o tym, że choć nie był przyjemny w obyciu, gdy się poznaliśmy, ostatnio z coraz większym trudem go znosiłem. Na starość jeszcze łatwiej się irytował.
– I co teraz, profesorze? – spytał. – Pewnie jesteś pan z siebie niezmiernie zadowolony.
– Plan wypalił, tak jak oczekiwałem – przyznałem. – Był taki moment, w którym wbrew wszystkiemu zacząłem podejrzewać, że minister jednak nam nie odda swego sekretarza.
Dlaczego ci ludzie muszą być tacy sztywni i uparci? Na szczęście świętej pamięci inspektor Jones w samą porę błysnął geniuszem. Będę mu za to wdzięczny do końca moich dni.
– Rozumiem, że... zabije pan tego padalca?
– Ależ nie! Chyba nie sądzi pan, że zadałem sobie tyle trudu tylko po to, żeby go pozbawić życia? Potrzebny mi jest żywy. Od początku taki był mój plan. Gdyby było inaczej, mielibyśmy zdecydowanie prostsze zadanie do wykonania.
– Dlaczego?
– Miną lata, zanim znowu będę mógł zacząć działać w Anglii, pułkowniku. Najpierw muszę odbudować moją organizację, a na to potrzeba czasu. Lecz nawet kiedy tego dokonam,
pozostanie pewien problem...
– Sherlock Holmes?
– Nie. Wydaje mi się, że na razie zniknął ze sceny. Chodzi o to, że choć bardzo mnie to dziwi, chyba muszę się nauczyć uważać na policjantów.
– Znają pana.
– Otóż to. Nie będą potrzebowali wiele czasu, żeby się domyślić, co zaszło. Kto wie, może
nawet Lestrade zdoła poskładać kawałki tej układanki. I wszyscy oni znają moją twarz.
– Siedział pan wśród nich, mogli się napatrzeć. W dodatku zabił pan jednego z nich. Nie spoczną, póki pana nie znajdą, profesorze.
– I dlatego muszę wyjechać z kraju. Za trzy dni Vandalia wypływa z portu w Hawrze w rejs do Nowego Jorku. Popłynę tam z Perrym. Pan Devereux oczywiście będzie nam towarzyszył.
– Co potem?
Spojrzałem na mojego jeńca.
– Otwórz oczy – rozkazałem.
– Nie!
Król amerykańskich przestępców, największe zło Nowego Świata, pomyślałem. Omal mnie nie zniszczył. A jednak w tej chwili kwilił jak małe dziecko. Przyciskał dłonie do twarzy i kołysał
się miarowo, jęcząc z cicha.
– Otwórz oczy – powtórzyłem. – Zrobisz to teraz, jeśli chcesz żyć. – Devereux usłuchał.
Bardzo wolnym ruchem odsłonił oczy, ale nie podniósł głowy: wpatrywał się w trawę między swymi nogami. – Spójrz na mnie!
Był to dla niego wielki wysiłek. Wykonał rozkaz, a ja pomyślałem, że to właśnie będzie robił
przez resztę swego krótkiego życia: wykonywał moje rozkazy. Płakał, a łzy toczyły się po jego nosie i policzkach. Jego skóra była zupełnie biała. Czytałem co nieco o agorafobii, stosunkowo niedawno odkrytej przypadłości, ale ciekawiło mnie, jak wyglądają jej objawy obserwowane z bliska. Gdybym podał mu swój rewolwer, pewnie nie byłby w stanie go użyć. Paraliżował go strach. Tymczasem Perry wyłonił się zza drzew, ciągnąc za sobą wielki kufer podróżny, w którym Devereux miał odbyć swą podróż.
– Pakujemy go?
– Jeszcze nie, Perry. – Zwróciłem się teraz do Devereux. – Po co tu przyjechałeś? – spytałem.
– Miałeś pieniądze, odniosłeś sukces w Ameryce. Nikt nie mógł cię tknąć: ani sądy, ani policja, ani Agencja. Ty miałeś swój świat, a ja swój. Dlaczego pomyślałeś, że jeśli się zderzą, wyniknie z tego coś poza chaosem? – Devereux usiłował odpowiedzieć, ale nie był już w stanie. – Widzisz, co osiągnąłeś? Tyle przelanej krwi, tyle bólu. Przez ciebie zginęli moi najbliżsi przyjaciele. –
Pomyślałem najpierw o Jonathanie Pilgrimie, a zaraz potem o Athelneyu Jonesie. – A najgorsze jest to, że musiałem się zniżyć do twojego poziomu; użyć metod, które budzą mój niesmak.
Dlatego czuję do ciebie wyłącznie nienawiść. Dlatego pewnego dnia umrzesz. Ale jeszcze nie dziś.
– Czego ty chcesz?
– Chciałeś przejąć moją organizację. Teraz ja przejmę twoją. Nie dałeś mi wyboru, bo przez ciebie jestem skończony w tym kraju. Dlatego podasz mi nazwiska wszystkich swoich
wspólników w Ameryce, wszystkich ludzi, z którymi pracowałeś, ulicznych bandziorów i ich panów. Powiesz mi wszystko, co wiesz o sprzedajnych politykach, prawnikach, sędziach, dziennikarzach i policjantach. O śledczych Pinkertona też. Anglia to dla mnie zamknięty rozdział, przynajmniej na jakiś czas, ale Ameryka – nie. To nowy świat! I tam się odrodzę, Devereux.
Przed nami długa podróż. Zanim dobiegnie końca, podzielisz się ze mną wszystkimi
informacjami, na których mi zależy.
– Jesteś diabłem!
– Nie. Jestem przestępcą. To niezupełnie to samo... A przynajmniej tak sądziłem, zanim cię poznałem.
– Teraz? – spytał Perry.
Skinąłem głową.
– Tak, Perry. Nie mogę dłużej na niego patrzeć.
Perry rzucił się na Devereux z dzikim entuzjazmem: spętał go i zakneblował w mgnieniu oka, a następnie wepchnął do skrzyni i zamknął wieko. Ja tymczasem rozmawiałem z Moranem.
– Liczę, że dołączy pan do nas, pułkowniku. Rozumiem, że nie darzy pan szczególnie wielką estymą kraju, do którego się wybieramy, mimo to przydadzą mi się pańskie usługi.
– A będą z tego pieniądze?
– Oczywiście.
– Moja stawka będzie dwa razy wyższa. Bo to za granicą.
– Za takie usługi to i tak okazyjna cena.
Moran skinął głową.
– Dołączę do was za miesiąc albo dwa. Wcześniej wybiorę się do Indii, do Sundarbanów.
Ponoć o tej porze roku w tamtejszych lasach namorzynowych nie brakuje tygrysów. Zostawi mi pan wiadomość tam, gdzie zawsze? Będę na nią czekał, kiedy wrócę.
– Doskonale.
Podaliśmy sobie ręce. A potem wspólnymi siłami dźwignęliśmy solidnie zamknięty kufer podróżny i zanieśliśmy go do naszego powozu. Chwilę później zajęliśmy z Perrym miejsca i ruszyliśmy łagodnym, trawiastym stokiem w stronę Tamizy. Słońce przygrzewało przyjemnie, łąki pachniały – w takiej chwili nie umiałem myśleć ani o zbrodniach, ani o triumfach, które bez wątpienia czekały mnie w Ameryce. Nie. Z bliżej niewyjaśnionej przyczyny moją uwagę pochłonęło bez reszty coś zgoła odmiennego: szukałem nowych rozwiązań równania Kortewega-de Vriesa – modelu matematycznego, nad którym już od dawna chciałem się pochylić, ale zawsze brakowało mi czasu.
Powóz zakołysał się na resorach, gdy wyjechaliśmy z trawnika na drogę. Perry powoził, szczęśliwy jak nigdy. Nasz gość, zamknięty w skrzyni, spoczywał bezpiecznie w tylnej części pojazdu. A przed nami płynęła rzeka: krystaliczna wstęga błękitu pośród zielonych pagórków.
Jechałem ku niej, a zmienne – x, t oraz ø – wirowały łagodnie w mojej głowie.
Spis treści
Karta tytułowa Nota z „Times of London” 24 kwietnia 1891 Znaleziono zwłoki w Highgate! 1.
Wodospad Reichenbach 2. Inspektor Athelney Jones 3. Nocna Wachta 4. Wiadomość 5. W Café Royal 6. Bladeston House 7. Krew i cienie 8. Scotland Yard 9. Bostończyk 10. Horner, Chancery Lane 11. Kolacja w Camberwell 12. Na obcej ziemi 13. Trzeci sekretarz 14. Pułapka 15.
Blackwall Basin 16. Aresztujemy 17. Aleja Truposzy 18. Na rzeźnickim haku 19. Powrót do światła 20. Immunitet dyplomatyczny 21. Cała prawda 22. Początek Karta redakcyjna
Document Outline
Nota z „Times of London”
Znaleziono zwłoki w Highgate!
1 Wodospad Reichenbach
2 Inspektor Athelney Jones
3 Nocna wachta
4 Wiadomość
5 W Café Royal
6 Bladeston House
7 Krew i cienie
8 Scotland Yard
9 Bostończyk
10 Horner, Chancery Lane
11 Kolacja w Camberwell
12 Na obcej ziemi
13 Trzeci sekretarz
14 Pułapka
15 Blackwall Basin Nota z „Times of London”
Zuchwały napad w Londynie
16 Aresztujemy
17 Aleja Truposzy
18 Na rzeźnickim haku
19 Powrót do światła
20 Immunitet dyplomatyczny
21 Cała prawda
22 Początek