Powitała nas niewysoka kobieta o krągłych ramionach okrytych szalem, ubrana w suknię o bufiastych rękawach oraz fartuch. Przyniosła nam koszyk chleba i pintę czerwonego wina.
Stawiając dzbanek na stoliku, przedstawiła się jako Greta Steiler, szwajcarska małżonka naszego angielskiego gospodarza.
– Dziś wieczór mamy w karcie jedynie zupę i pieczone mięso – wyjaśniła. Po angielsku mówiła znakomicie i miałem nadzieję, że równie wyborne będą tutejsze potrawy. – Mój mąż jest w kuchni sam; na szczęście goście dziś nie dopisali. Nie wiem, jakbyśmy sobie poradzili, gdyby było ich więcej.
– A co się stało z waszym kucharzem? – zainteresował się Jones.
– Pojechał do Rosenlaui odwiedzić chorą matkę. Miał wrócić prawie tydzień temu, a nawet się nie odezwał – i to po tym, jak przepracował u nas pięć lat! I jeszcze ta ponura historia nad wodospadem, policja, detektywi rozpytujący no wszystko... Nie mogę się doczekać, kiedy Meiringen wróci do dawnego stanu. Nie prosiliśmy o całe to zamieszanie.
Oddaliła się w pośpiechu, a ja nalałem sobie wina. Jones odmówił i sięgnął po wodę.
– Ten dokument... – zacząłem. Odkąd tylko usiedliśmy do stołu, miałem ochotę spytać, czy udało mu się rozgryźć zagadkę.
– Możliwe, że będę mógł rzucić nieco światła na tę kwestię – odparł Jones. – Zacznę jednak od tego, że wbrew pozorom najprawdopodobniej jednak jest to wiadomość, o której pan mówił.
Niemal na pewno napisał ją Amerykanin.
– Jak pan na to wpadł?
– Zbadałem bliżej papier i stwierdziłem, że to papier powlekany ze ścieru drzewnego, a zatem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, produkt amerykański.
– A co z treścią?
– Zaraz do tego przejdziemy. Najpierw jednak, jak sądzę, powinniśmy dojść do
porozumienia. – Jones uniósł kieliszek i zamieszał; dostrzegłem blask ognia w krystalicznie czystej wodzie. – Przybyłem tu jako przedstawiciel brytyjskiej policji. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o śmierci Sherlocka Holmesa, uznaliśmy, że jeden z nas powinien zjawić się na miejscu, choćby tylko w imię dobrych manier. Jak zapewne pan wie, Holmes pomagał nam wielokrotnie.
Co więcej, interesuje nas wszystko, co dotyczy działalności profesora Jamesa Moriarty’ego. To, co zaszło nad wodospadem Reichenbach, wydaje się całkiem oczywiste, mimo to nie wątpię, że –
jak mawiał pan Holmes – jednocześnie rozpoczęła się jakaś gra. Pańska obecność tutaj oraz sugestia, że Moriarty był w kontakcie z członkiem amerykańskiego półświatka...
– Nie z członkiem, drogi panie. Z szefem.
– Tak czy owak, nie wykluczam, że łączy nas wspólny cel i może powinniśmy pracować
ramię w ramię. Muszę jednak ostrzec, że najogólniej mówiąc, Scotland Yard zachowuje sporą rezerwę, jeśli chodzi o współdziałanie z zagranicznymi agencjami detektywistycznymi, zwłaszcza prywatnymi. Wiem, że czasem utrudnia nam to życie, ale cóż – tak już jest. Wynika z tego, że jeśli mam o naszej wspólnej sprawie zameldować przełożonym, trzeba mi wiedzieć więcej. Innymi słowy, musi pan opowiedzieć mi o sobie oraz o wydarzeniach, które tu pana
sprowadziły. Naturalnie będzie to poufna rozmowa, lecz od siły pańskich argumentów zależy to, jakie kroki podejmę.
– Chętnie o wszystkim panu opowiem, inspektorze Jones – odparłem. – I nie zamierzam ukrywać, że bardzo mi potrzebna pomoc – i pańska, i całej brytyjskiej policji. – Urwałem, bo w tym momencie Frau Steiler przyniosła nam dwie miski parującej zupy oraz spätzle – tym mianem określiła kluseczki pływające w mętnej, brązowawej cieczy. Zapach tego specjału był
znacznie bardziej zachęcający niż jego widok. Czując w nozdrzach woń gotowanego kurczaka i ziół, rozpocząłem opowieść.
– Jak już pan wie, urodziłem się w Bostonie, gdzie mój ojciec prowadził powszechnie cenioną kancelarię prawniczą, z siedzibą przy Court Square. We wspomnieniach z dzieciństwa moja rodzina jawi mi się jako wzorowa pod każdym względem. Mieliśmy kilkoro służby.
Najbliższa memu sercu była czarnoskóra niania, Tilly.
– Był pan jedynakiem?
– Nie. Mój starszy o ładnych kilka lat brat, Arthur, jakoś nigdy nie był mi szczególnie drogi.
Ojciec należał do bostońskiej Partii Republikańskiej i większość czasu spędzał w otoczeniu dżentelmenów o podobnych poglądach, chlubiących się przestrzeganiem wartości, które przywieźli z ojczystej Anglii i które, jak im się zdawało, czyniły ich lepszymi od innych obywateli – elitą. Należeli do licznych klubów, takich jak Somerset czy Myopia. Moja matka, niestety, była wątłego zdrowia i sporo czasu spędzała w łóżku. W rezultacie rzadko widywałem rodziców i być może tym trzeba tłumaczyć burzliwość mej wczesnej młodości. Wiecznie zbuntowany, wreszcie wyrwałem się z domu w okolicznościach, których po dziś dzień żałuję.
Mój brat zdążył już wówczas dołączyć do rodzinnej firmy, a ode mnie oczekiwano tego samego. Tyle że mnie jakoś nie ciągnęło do prawa; podręczniki wydawały mi się suche, praktycznie niestrawne. Poza tym miałem inne ambicje. Właściwie nie wiem, kiedy
zainteresowałem się światem przestępczym... Może przesądziły o tym opowiadania, które czytałem w „Merry’s Museum”? Chłonęły je bodaj wszystkie dzieciaki z mojej dzielnicy. Był
jednak pewien incydent, który doskonale pamiętam. Należeliśmy do zgromadzenia baptystów przy Warren Avenue. Nigdy nie opuszczaliśmy nabożeństw; były jedyną okazją, by nasza rodzina mogła spotkać się w komplecie. Miałem może dwadzieścia lat, gdy odkryto, że nasz kościelny, niejaki Thomas Piper, dopuścił się całej serii dość makabrycznych morderstw...
– Piper? – wtrącił Jones, mrużąc oczy. – Pamiętam to nazwisko. Jego pierwszą ofiarą była mała dziewczynka...
– Zgadza się. Głośno było o tej sprawie daleko poza Ameryką. Lecz choć cała nasza
społeczność nie czuła wtedy prawie niczego poza świętym oburzeniem, ja muszę wyznać, że byłem dziwnie rozemocjonowany myślą o tym, iż ukrywał się wśród nas ktoś taki. Tak często go widywałem w tej jego długiej, czarnej pelerynie, zawsze uśmiechniętego i dobrotliwego. Skoro on mógł popełnić takie zbrodnie, to czy był wśród nas choć jeden człowiek, który ze spokojnym sumieniem mógłby stwierdzić, że jest poza wszelkimi podejrzeniami? Właśnie wtedy odkryłem swoje życiowe powołanie. Nudny świat prawników nie był mi przeznaczony. Pragnąłem zostać detektywem. Słyszałem, rzecz jasna, o Pinkertonach – już wtedy byli w Ameryce prawdziwą legendą. Ledwie kilka dni po tym, jak ujawniono skandal z kościelnym, oznajmiłem ojcu, że chcę się przenieść do Nowego Jorku i wstąpić do Agencji.
Umilkłem. Jones przyglądał mi się z intensywnością, do której wkrótce miałem przywyknąć, a ja czułem, że starannie waży każde moje słowo. Jakaś część mojej natury buntowała się przeciwko tej niczym nieograniczonej otwartości, lecz jednocześnie wiedziałem, że mój towarzysz właśnie tego ode mnie oczekuje.
– Mój ojciec był człowiekiem spokojnym i dystyngowanym – ciągnąłem. – Nigdy nie
podniósł na mnie głosu, ani razu w całym moim życiu, prócz tego jednego dnia. Dla kogoś tak wrażliwego praca policjanta czy detektywa (nie dostrzegał między nimi większej różnicy) była czymś uwłaczającym, niesmacznym. Błagał mnie, żebym zmienił zdanie, lecz odmówiłem.
Kłóciliśmy się, aż wreszcie wyszedłem z ledwie paroma dolarami w kieszeni i szybko
narastającym strachem w sercu: czułem, że opuszczając dom, popełniam straszliwy błąd.
Pojechałem pociągiem do Nowego Jorku i... wprost trudno opisać wrażenia, jakich
doznałem, wyszedłszy z dworca Grand Central. Znalazłem się w mieście niewyobrażalnego dostatku i przerażającej biedy; zniewalającej elegancji i skrajnego zdeprawowania, a przy tym obie strony życia egzystowały tuż obok siebie, wystarczyło tylko odwrócić głowę. Jakimś cudem dotarłem do Lower East Side, która skojarzyła mi się natychmiast z wieżą Babel: mieszkali tam Polacy, Włosi, Żydzi, Czesi, a wszyscy mówili swoimi językami i przestrzegali własnych zwyczajów. Nawet zapachy wydawały mi się obce. Dzieciństwo spędziłem pod kloszem; teraz miałem wrażenie, że po raz pierwszy widzę prawdziwy świat.
Łatwo było znaleźć wolny pokój w kamienicy, niemal na każdych drzwiach wisiało
ogłoszenie. Pierwszą noc spędziłem w ciemnej, dusznej klitce bez mebli, z małym piecykiem i lampą naftową. Wyznam chętnie, że z wielką radością otworzyłem o brzasku oczy.
Zastanawiałem się, czy nie wstąpić do nowojorskiej policji – sądziłem, że jako doświadczony stróż prawa łatwiej znajdę potem zatrudnienie w Agencji Pinkertona – ale szybko się przekonałem, że to praktycznie niemożliwe. Nie przywiozłem ze sobą ani jednego listu polecającego, nie miałem też znajomości, a bez tego trudno tam choćby przekroczyć próg.
Policjanci byli marnie opłacani, kwitła korupcja. Lecz czy słynna agencja, „Oko, które nigdy nie śpi”, mogła tak po prostu zatrudnić porywczego i niedoświadczonego młodzika? Istniał tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Poszedłem prosto do biura i złożyłem podanie.
Miałem szczęście. Allan Pinkerton, najsławniejszy detektyw Ameryki i założyciel firmy, a także jego synowie, Robert i William, właśnie poszukiwali rekrutów. Być może zaskoczy pana wiadomość, że doświadczenie w służbie policyjnej wcale nie było wymagane, wręcz przeciwnie.
Wielu wysokich rangą stróżów prawa w Stanach Zjednoczonych uczyło się swego rzemiosła właśnie w Agencji Pinkertona. Uczciwość, solidność... te cechy liczyły się najbardziej, dlatego stanąłem do rozmowy kwalifikacyjnej wraz z gromadą byłych szewców, nauczycieli i handlarzy wina, a wszyscy oni mieli nadzieję, że odmienią swe losy na lepsze dzięki Agencji. Nawet moja młodość nie była argumentem przeciwko mnie, zwłaszcza że potrafiłem się wysłowić i nieźle orientowałem się w prawie. Zanim dzień dobiegł końca, byłem już agentem specjalnym, z umową tymczasową, która gwarantowała mi zarobek w wysokości 2,5 dolara dziennie, plus nocleg i wyżywienie. Godziny pracy były długie i uświadomiono mi dobitnie, że w każdej chwili mogę zostać zwolniony, jeśli nie będę spełniał pokładanych we mnie nadziei. Postanowiłem sobie, że tak się nie stanie.
Zamieszałem zupę łyżką. Mężczyzna przy stoliku w kącie salki wybuchnął nagle hałaśliwym śmiechem. Pewnie rozbawiony własnym dowcipem, pomyślałem. Przemknęła mi przez głowę i taka refleksja, że był to rechot osobliwie germański, ale możliwe, że było to nieżyczliwe z mojej strony.
– Wybiegnę teraz w przyszłość, panie Jones – dodałem po chwili milczenia – bo z pewnością nie interesuje pana mój szczegółowy życiorys.
– Przeciwnie, uważam, że to wciągająca historia.
– Powiedzmy zatem krótko: praca detektywa dostarczyła mi mnóstwo satysfakcji i z biegiem lat stopniowo awansowałem w firmowej hierarchii. Warto też dodać, że w końcu wróciłem do Bostonu i ponownie spotkałem się z ojcem, lecz nigdy mi do końca nie wybaczył wyboru, którego dokonałem. Zmarł kilka lat temu, pozostawiwszy praktykę memu bratu, mnie zaś
niewielką sumę pieniędzy. Przydały się, bo choć nie zamierzam narzekać, nigdy nie zarabiałem kroci.
– O ile wiem, w żadnym kraju nie płaci się zbyt hojnie stróżom prawa – wtrącił Jones. – Co ciekawe, znacznie bardziej popłaca przestępczy proceder. Ale proszę wybaczyć, że przerwałem.
– Badałem sprawy fałszerstw, morderstw, oszustw, napadów na banki i niewyjaśnionych zaginięć ludzi – zapewniam, że nie brakuje takich w Nowym Jorku. Nie mogę powiedzieć, że używałem podobnych metod, tej błyskotliwej inteligencji, którą olśnił mnie pan dziś rano. Jestem za to wytrwały. Jestem precyzyjny. Czasem czytam sto zeznań świadków, zanim dostrzegę dwa wzajemnie wykluczające się zdania, które pozwalają mi odkryć prawdę. I właśnie dzięki temu uporowi udało mi się rozwiązać wiele spraw, to on sprawił, że zostałem dostrzeżony przez zwierzchników. Najwyższy czas, bym opowiedział panu o śledztwie, które powierzono mi wiosną 1889 roku. Wtedy, rzecz jasna, jeszcze o tym nie wiedziałem, ale to właśnie tamta decyzja sprawiła, że jestem dziś tu, gdzie jestem.
Jednym z naszych klientów był niejaki William Orton, prezes Western Union. Zgłosił się do nas, gdyż ktoś przechwytywał linie telegraficzne należące do jego firmy i wysyłał fałszywe wiadomości na adres nowojorskiej giełdy papierów wartościowych, wywołując tym sposobem kolosalny chaos. Kilka wielkich firm stanęło na krawędzi bankructwa, a straty niektórych akcjonariuszy sięgały milionów dolarów. Prezes pewnej kompanii górniczej z Kolorado, po odebraniu jednej ze wspomnianych depesz, udał się prosto do swej sypialni i się zastrzelił. Orton sądził, że to robota wyjątkowo podstępnego i pozbawionego ludzkich uczuć żartownisia.
Potrzebowałem trzech miesięcy i niezliczonych przesłuchań, by dociec prawdy: otóż mieliśmy do czynienia z wyjątkowo pomysłowym, wręcz genialnym oszustwem. Konsorcjum brokerów
z Wall Street skupowało akcje firm, których wiarygodność podważyły telegramy – po
skandalicznie niskich cenach, rzecz jasna. Gdy sytuacja wracała do normy, papiery te były warte fortunę. Cała ta operacja wymagała wielkiej bezczelności, wyobraźni, sprytu oraz sprawnego zarządzania liczną ekipą przestępców. Od razu wiedzieliśmy w Agencji, że z czymś takim spotykamy się po raz pierwszy. W końcu udało nam się doprowadzić do aresztowania gangu, lecz jego przywódca, człowiek, który wymyślił cały ten proceder, wyśliznął się z naszych rąk.
Nazywał się Clarence Devereux.
Musi pan zrozumieć, że Ameryka to młody kraj i pod pewnymi względami wciąż jeszcze
mało cywilizowany. Prawdę mówiąc, byłem wstrząśnięty skalą bezprawia, z którym zetknąłem się po przyjeździe do Nowego Jorku, choć może i nie należało spodziewać się niczego innego.
Czy firma taka jak Agencja Detektywistyczna Pinkertona mogłaby odnieść równie spektakularny sukces, gdyby jej usługi nie były potrzebne? Kamienicę, w której zamieszkałem, otaczały domy publiczne, szulernie i spelunki, w których przestępcy zbierali się tłumnie i otwarcie chełpili się swymi wyczynami. Wspominałem już o fałszerzach, oszustach i łotrach rabujących banki.
Wypada dorzucić jeszcze niezliczonych pospolitych bandytów, przez których strach wychodzić nocą z domu, a także złodziei kieszonkowych, działających całkiem jawnie, w biały dzień.
Przestępczość panoszyła się wszędzie. Tysiąc złodziei, dwa tysiące prostytutek. Była wszakże w tym wszystkim jedna szczęśliwa okoliczność: każdy działał na własny rachunek, niemal zawsze samotnie, brakowało im wszystkim sprawnej organizacji. Choć naturalnie zdarzały się wyjątki. Jim Dunlap i Bob Scott kierowali szajką, która stała się znana jako Krąg.
W bankach całego kraju udało im się ukraść fantastyczną kwotę trzech milionów dolarów. Inne gangi – takie jak Zdechłe Króliki czy Bezdomni – pojawiały się i znikały. W Baltimore działały Paskudy; czytałem ich akta... Lecz to Clarence Devereux był pierwszym człowiekiem, który dostrzegł zalety zwartej sieci przestępczej, posiadającej własny kodeks postępowania i w pełni sprawny łańcuch dowodzenia. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim przy okazji sprawy Western
Union, jednak w owej chwili Devereux cieszył się już w swoim środowisku opinią najbardziej błyskotliwego i najskuteczniejszego przestępcy swego pokolenia.
– I właśnie za sprawą tego człowieka znalazł się pan tutaj? – spytał Jones. – To on jest autorem wiadomości, którą otrzymał zmarły profesor Moriarty?