饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 5 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15444 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– Sądzę, że tak.

– Proszę kontynuować.

Nawet nie spróbowałem stygnącej zupy. Jones wciąż wpatrywał się we mnie w skupieniu.

Dziwna to była kolacja: dwaj obcokrajowcy w szwajcarskiej restauracji i żaden nawet nie tknął

potraw. Zastanawiałem się, ile czasu minęło, odkąd zacząłem swoją opowieść. Noc za oknem wydawała mi się mroczniejsza niż zwykle, a płomienie na kominku z trzaskiem skakały ku wlotowi komina.

– W owym czasie awansowałem już na agenta generalnego – ciągnąłem – a Robert Pinkerton uczynił mnie osobiście odpowiedzialnym za aresztowanie Devereux. Oddano pod moje rozkazy specjalny zespół – trzech śledczych, kasjera, sekretarkę, dwoje stenografów oraz chłopca do pomocy w biurze. Wkrótce zaczęto nas nazywać Nocną Zmianą, a to ze względu na długie godziny pracy. W naszym biurze, wciśniętym w kąt piwnicy, piętrzyły się sterty pism, a spod niezliczonych podobizn tworzących naszą galerię przestępczych sław nie wystawał nawet cal wolnej ściany. Każdego dnia napływały nowe meldunki z Chicago, Waszyngtonu i Filadelfii, a my wolno i metodycznie przebijaliśmy się przez setki stronic. Była to wyczerpująca praca, lecz z początkiem tego roku wreszcie zaczęła nam majaczyć pewna twarz... No, może nie twarz –

raczej postać.

– Clarence Devereux.

– W gruncie rzeczy nie jestem nawet pewny, czy to jego prawdziwe nazwisko. Nikt go nigdy nie widział. Nie istnieje żadne jego zdjęcie, żaden portret. Mówi się, że ma mniej więcej czterdzieści lat, że przybył do Ameryki z Europy, że pochodzi z zamożnej rodziny, że jest czarujący, kulturalny, że to filantrop. Widzę pańską reakcję, inspektorze. A jednak wiem ponad wszelką wątpliwość, że ofiarował niemałe kwoty na rzecz Nowojorskiego Szpitala dla Sierot i wspierał Dom Samotnych. Ponadto ufundował stypendium na Uniwersytecie Harvarda i jest jednym z mecenasów Metropolitan Opera. A jednak, może mi pan wierzyć, w całej Ameryce trudno o bardziej złowrogą postać. Clarence Devereux to przestępca niepodobny do innych, absolutnie bezlitosny – do tego stopnia, że wzbudza przerażenie nie tylko w ofiarach, którym zrujnował życie, ale i w łajdakach, którzy dla niego pracują. Nie ma takiej zbrodni, której by się nie dopuścił. Co ciekawe, organizowanie i wykonywanie kolejnych skoków sprawia mu taką przyjemność, że z czasem nabraliśmy przekonania, iż przestępcza działalność jest dlań w równym stopniu metodą zarobkowania, jak i... rozrywką. Ten człowiek zdążył już wszak zbić majątek; teraz jest raczej artystą, magikiem, który rujnuje każdego, z kim się zetknie, zostawiając przy tym krwawe ślady swych rąk.

Badałem jego metody. Podążałem jego tropem. Prezentuje sobą wszystko, czego szczerze nienawidzę, co mnie brzydzi. Gdyby udało mi się zakończyć paradę jego łotrostw, byłby to koronny sukces w mojej karierze. A jednak on wciąż mi się wymyka. Czasem mam wrażenie, że zna moją tożsamość. Nigdy się nie ujawnia, nigdy nie ryzykuje. Planuje kolejne przestępstwo –

napad na bank, włamanie, morderstwo – dopracowuje najdrobniejsze szczegóły, werbuje ludzi, bierze łupy, lecz nigdy nawet się nie zbliża do miejsca zbrodni. Pozostaje niewidzialny. Znam jednak pewien sekret, który może pomóc w zidentyfikowaniu go. Podobno cierpi na osobliwą dolegliwość natury psychicznej, zwaną agorafobią – otwarte przestrzenie budzą w nim śmiertelną wręcz grozę. Dlatego przebywa zwykle w czterech ścianach, a jeśli musi podróżować, to w zamkniętym powozie.

I jeszcze jedno: w miarę postępów śledztwa udało nam się wytropić trzech ludzi, którzy znają jego prawdziwą tożsamość i niemal na pewno pracowali dla niego jako jego najbliżsi adiutanci i ochroniarze. Krążyli wokół niego niczym satelity, a wszyscy trzej mają za sobą podobną przestępczą przeszłość. Dwaj z nich to bracia – Edgar i Leland Mortlake. Trzeci zaczynał od drobnych kradzieży – takich jak on nazywaliśmy złodziejami chusteczek – ale szybko zapragnął

poważniejszych łupów i parał się włamaniami do sejfów. Nazywa się Scotchy Lavelle.

– Nie możecie ich aresztować?

– Czyniliśmy to wielokrotnie. Wszyscy trzej bywali już pensjonariuszami Sing Sing oraz Tombs, ale w ostatnich latach bardzo się pilnują, byśmy nie przyłapali ich na gorącym uczynku.

Udają szanowanych biznesmenów i nie jesteśmy w stanie udowodnić, że nimi nie są.

Aresztowanie niczego by nie zmieniło. Policja także przesłuchiwała ich niejeden raz, ale nie ma takiej siły, która skłoniłaby ich do mówienia. Reprezentują nową rasę gangsterów, tę, której agenci Pinkertona obawiają się najbardziej: oni już się nie boją prawa. Uważają, że stoją ponad nim.

– Poznał ich pan osobiście?

– Obserwowałem wszystkich trzech z daleka, zza płotu. Zawsze byłem zdania, że będzie lepiej, jeśli nie zobaczą mojej twarzy. Skoro Devereux potrafi skrywać swoje oblicze przede mną, to wypada odpłacić mu pięknym za nadobne. – Pani Steiler minęła nasz stolik i ułożyła w kominku kolejne polano, choć i tak atmosfera w restauracji przypominała tę z sauny.

Zaczekałem, aż się oddali, zanim podjąłem opowieść: – Przez dwa lata z marnym skutkiem ścigaliśmy Clarence’a Devereux, aż nagle, ledwie parę miesięcy temu, dokonaliśmy przełomu.

Jednym z moich śledczych był młody Jonathan Pilgrim.

– Znam to nazwisko – mruknął Jones.

– Miał niewiele ponad dwadzieścia lat, gdy go poznałem; entuzjazmem i wrodzoną

przyzwoitością przypominał mi mnie samego z czasów młodości. Był naprawdę niepospolitym człowiekiem, a przybył do nas z Zachodu. Dobrze grał na wiolonczeli, nieźle w baseball.

Widziałem raz, jak rzucał w Bloomingdale Park... Gdy miał dziewiętnaście lat, brał udział

w spędzie koni; pokonał wtedy tysiąc mil po bezdrożach Teksasu. Pracował na ranczach, w kopalniach, przez jakiś czas nawet na rzecznym bocznokołowcu. W końcu dołączył do nas w Nowym Jorku i całkiem samodzielnie zdołał zbliżyć się do Lelanda Mortlake’a. Powiedzmy po prostu, że starszy z braci zawsze lubił towarzystwo przystojnych chłopców, a JP, ze swymi błękitnymi oczami i blond czupryną, był wyjątkowo przystojny. Wkrótce został osobistym sekretarzem i towarzyszem podróży Mortlake’a. Razem jadali kolacje, razem bywali w teatrze, w operze, w barach. W styczniu Mortlake obwieścił, że przenosi się do Londynu, i poprosił JP, by mu towarzyszył.

Była to dla nas znakomita sytuacja: mieliśmy agenta w samym sercu gangu i choć nigdy nie udało mu się stanąć twarzą w twarz z Devereux – o ileż prostsze byłoby nasze zadanie, gdyby tego dokonał! – to zdołał uzyskać dostęp do większej części korespondencji Mortlake’a. Choć groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo, podsłuchiwał rozmowy, bacznie obserwował

wchodzących i wychodzących, obszernie relacjonował nam wszelkie poczynania gangu.

Spotykałem się z nim w tajemnicy w każdą trzecią niedzielę miesiąca w tancbudzie zwanej Haymarket przy Trzydziestej Ulicy. Właśnie wtedy przekazywał mi szczegółowe meldunki. To od niego dowiedziałem się, że choć Clarence Devereux zyskał niemal totalną kontrolę nad amerykańskim półświatkiem, nie zaspokoiło to jego apetytu. Teraz pragnął rozwinąć skrzydła w Anglii. Nawiązał kontakt z niejakim profesorem Jamesem Moriartym, by wybadać grunt –

zamarzył mu się transatlantycki sojusz przestępczy. Wyobraża pan sobie, inspektorze Jones?

Bractwo łotrów, którego macki sięgałyby od kalifornijskiego wybrzeża po samo serce Europy!

Światowa konfederacja. Zjednoczenie dwóch geniuszy zła.

– Wiedział pan już wtedy, kim jest Moriarty?

– Oczywiście znałem jego nazwisko i reputację. Choć prawdą jest, że Scotland Yard nie zawsze wykazuje chęć do współpracy z Agencją Pinkertona, na szczęście utrzymujemy pewne kontakty z nowojorską policją, a także z Rijkswacht oraz Sûreté. Od dawna obawialiśmy się, że Moriarty może pewnego dnia wyruszyć na zachód, ale okazało się, że wszystko pobiegnie w przeciwnym kierunku.

Scotchy Lavelle, Leland Mortlake i Edgar Mortlake zainstalowali się w Londynie

z początkiem nowego roku. Jonathan wyruszył w drogę razem z nimi i kilka tygodni później przysłał nam telegram, z którego wynikało, że Clarence Devereux także do nich dołączył.

Właśnie na coś takiego czekaliśmy. Niewielu jest w Londynie zamożnych Amerykanów koło czterdziestki. Dodatkowym ułatwieniem w identyfikacji naszego przeciwnika mogła się okazać jego fobia. Nocna Zmiana niemal natychmiast zabrała się do wertowania list pasażerów bodaj wszystkich parowców, które w ostatnim miesiącu pokonały trasę między Ameryką a Anglią.

Zadanie było niezwykle pracochłonne – w grę wchodziły setki nazwisk – ale wierzyliśmy, że uda się tę listę znacząco skrócić. Czułem, że jeśli Clarence Devereux jakimś cudem nie nauczył się fruwać, znajdziemy go wśród setek podejrzanych, jeśli tylko będziemy szukać dniem i nocą.

Pracowaliśmy więc, a tymczasem przyszedł kolejny telegram od Jonathana Pilgrima,

z informacją, że osobiście doręczył Moriarty’emu list, w którym Devereux prosi go o spotkanie.

Tak! Nasz agent widział się z Moriartym. Rozmawiali nawet. Lecz już następnego dnia, zanim zdążył złożyć obszerniejszy meldunek, doszło do tragedii: gang musiał odkryć prawdziwą tożsamość Jonathana; może właśnie za sprawą ostatniego telegramu... Tak czy owak, nasz człowiek został brutalnie zamordowany.

– Skrępowany i zastrzelony. Pamiętam raport.

– Tak, inspektorze, ale tak naprawdę nie było to morderstwo, tylko egzekucja. Właśnie w taki sposób nowojorskie gangi rozprawiają się z informatorami.

– Mimo to podążył pan przez Atlantyk śladem Pilgrima.

– Nadal wierzyłem, że łatwiej będzie odszukać Devereux w Londynie niż w Nowym Jorku.

Poza tym pomyślałem, że jeśli uda mi się ustalić datę i miejsce spotkania Devereux z Moriartym, być może zdołamy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: aresztować za jednym zamachem dwóch najgroźniejszych przestępców tego świata.

Zapewne wyobraża pan sobie, jak bardzo byłem rozczarowany, gdy wstąpiłem po raz

pierwszy na angielską ziemię i zaraz ujrzałem nagłówki wszystkich gazet... Moriarty uznany za zmarłego! Było to siódmego maja. Od razu pomyślałem o tym, by udać się do Meiringen, wioski, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, w kraju, którego w ogóle nie znałem. Dlaczego? Ano właśnie z powodu listu. Gdyby Moriarty nadal miał go przy sobie, może ten trop doprowadziłby mnie do Devereux. Nie wykluczałem i tego, że zastanę tu samego Devereux, bo przecież mógł

mieć coś wspólnego z tym, co wydarzyło się nad wodospadem Reichenbach. Tak czy inaczej, tkwiąc w Southampton, nic bym nie zyskał. Dotarłszy na kontynent, pojechałem pierwszym pociągiem do Paryża, a potem dalej, do Szwajcarii. I właśnie tego ranka, gdy bez powodzenia starałem się nakłonić do współpracy tutejszych stróżów prawa, spotkaliśmy się na posterunku.

Umilkłem. Było już za późno, by zaatakować dawno wystygłą zupę. Sięgnąłem więc po

wino, słodkie i ciężkie. Inspektor Jones wysłuchał mojej opowieści w takim skupieniu, jakbyśmy byli sami w restauracji. Wiedziałem, że wchłonął każdy szczegół, niczego nie uronił i gdyby zaistniała taka potrzeba, potrafiłby powtórzyć z pamięci niemal całą historię mojego życia.

Kosztowało go to sporo wysiłku. Już wcześniej uznałem go za człowieka, który wyznacza sobie najwyższe standardy, ale trzyma się ich głównie dzięki uporowi i pracy nad sobą. Miałem

wrażenie, że jego skupienie jest rodzajem wewnętrznej walki ze słabością.

– Pański informator, Jonathan Pilgrim... Czy wie pan, gdzie się zatrzymał?

– Najął pokoje w klubie o nazwie Bostończyk. Zdaje się, że to w londyńskiej dzielnicy Mayfair. Gdybym musiał znaleźć jedną słabszą stronę jego charakteru, to powiedziałbym, że niekiedy bywał zbyt niezależny. Jego meldunki były lakoniczne i jestem niemal pewny, że nie zostawił po sobie żadnych notatek.

– A co z ludźmi, których obserwował? Z braćmi Mortlake i z Lavelle’em?

– O ile mi wiadomo, nadal przebywają w Londynie.

– Pan ich zna. Wie pan, jak wyglądają. Nie zdoła pan wykorzystać ich, by dotrzeć do Devereux?

– Są na to zbyt ostrożni. Jeżeli w ogóle się spotykają, to tylko w tajemnicy i za zamkniętymi drzwiami. Na co dzień porozumiewają się wyłącznie za pomocą telegramów, z wykorzystaniem szyfrów.

Jones zamyślił się nad moją odpowiedzią, a ja w milczeniu wpatrywałem się w ogień

pochłaniający drwa, czekając, aż przemówi.

– Uraczył mnie pan fascynującą historią – rzekł wreszcie – i w zasadzie nie widzę powodu, by odmówić panu mojego wsparcia. Jednak obawiam się, że może być już za późno.

– Dlaczego?

– Teraz, gdy Moriarty nie żyje, po co ów człowiek, Clarence Devereux, miałby pozostawać w Londynie?

– To może być dla niego znakomita sposobność. Devereux chciał zaproponować

Moriarty’emu coś w rodzaju spółki; teraz, gdy profesora nie ma już wśród żywych, może zgarnąć całą pulę. Niejako odziedziczyć organizację Moriarty’ego.

Jones parsknął z cicha.

– Zanim profesor Moriarty dotarł do Meiringen, zdążyliśmy aresztować praktycznie cały jego gang – powiedział. – A Sherlock Holmes zostawił nam kopertę z listą nazwisk i adresów większości jego wspólników. Być może Clarence Devereux przybył do Anglii w poszukiwaniu wspólnika w interesach, lecz z pewnością już zauważył, że to daremna wyprawa. Obawiam się, niestety, że dla pana też.

– A ta wiadomość, którą znaleźliśmy w kieszeni Moriarty’ego – mówił pan, że może rzucić nieco światła na sprawę.

– I rzuca.

– Zatem rozszyfrował pan ją?

– Tak.

– Niech więc pan mówi, na miłość boską! Moriarty może i zginął, ale Clarence Devereux z całą pewnością żyje i ma się doskonale – nie możemy się wahać, inspektorze, skoro jest szansa na to, by uwolnić świat od tej podłej kreatury.

Jones dokończył zupę, odstawił talerz na bok i ostrożnie wyjąwszy kartkę z kieszeni, rozłożył

ją przede mną. Miałem wrażenie, że w restauracji zrobiło się nagle jakby ciszej. Płomyki świec rzucały na stoliki ruchliwe cienie. Wypchane zwierzęce głowy pochylały się nad nami, jakby chciały posłuchać.

Raz jeszcze przeczytałem dziwaczny tekst, złożony z wielkich i małych liter.

– Nie widzi pan w tym sensu? – spytał Jones.

– Najmniejszego.

– Zatem pozwoli pan, że wyjaśnię.

4

Wiadomość

HoLmES ByŁ ŁaTwY w POŻYCiU. CHARaKter MiAł DOśĆ SpoKoJnY

I ZRÓWnowaŻoNy. O DzIESiątEj PRZeWAżNIe Już lEżAŁ W ŁóŻku, A wStAwAł, JadŁ

śniADanIe I WYchodZiŁ, gdy JeSZCZe spałEm. czasEM CaŁE DNIe SPĘDZAł

W LaBoRaToRIUm LUB w PROSeKTORiuM, a NiekiEdy NA dŁUgICH spaCerACh – Jak się

DOMyŚlam – Po nAJNęDzNiejSzych PRZEDmiEŚcIaCh LOndynU. W PrzYStępACH

prAcOwItOśCI był NiESAMOWiCIe czynNy, Ale od CzAsU Do CzASu nAchodziŁo Go

LENISTwO I wówczaS wYlegiWaŁ sIĘ W nAszyM SAlONIKU, nIe ruSZaJąC pALCem od

RanA do noCy I milCzĄc jaK zaKLĘtY. WzrO...

– Naprawdę wierzy pan, że w tym fragmencie powieści ukryta jest sekretna wiadomość? –

spytałem.

– Ja nie wierzę. Ja wiem.

Uniosłem kartkę do światła.

– Czy to możliwe, że napisano ją atramentem sympatycznym?

Jones uśmiechnął się. Odebrał mi rozmokły arkusik i ponownie ułożył go na białym obrusie.

W tej chwili żaden z nas już nawet nie myślał o kolacji.

– Być może słyszał pan, że pan Sherlock Holmes napisał monografię poświęconą szyfrom i sekretnym pismom – zaczął.

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页