饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 6 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15552 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– Nie słyszałem.

– Ja zaś ją czytałem, podobnie jak wszystkie inne prace, którymi w swej szczodrości zechciał

podzielić się ze światem. Owa monografia zawiera analizę nie mniej niż stu sześćdziesięciu form ukrytej komunikacji. Co więcej, zawiera też opis metod, dzięki którym Holmesowi udało się rozgryźć…

– Proszę wybaczyć, inspektorze – przerwałem mu – ale cokolwiek oznacza ten tekst,

z pewnością nie jest szyfrem. Obaj przecież rozumiemy każde jego słowo. Sam pan zauważył, że to urywek żywcem przepisany z opowiadania doktora Johna Watsona.

– W rzeczy samej. To całkiem zwyczajny tekst, jeśli pominąć jedną osobliwość... Jak pan sądzi, dlaczego skopiowano go właśnie w taki sposób? Po co piszący zadał sobie tyle trudu, mieszając wielkie i małe litery?

– To chyba oczywiste, czyż nie? Chciał ukryć swój charakter pisma!

– Nie sądzę. Moriarty przecież wiedział, kto jest nadawcą listu. Po cóż więc piszący miałby cokolwiek maskować? Nie, mój panie. Otóż ja uważam, że układ wielkich i małych liter nie jest przypadkowy, ba, on jest kluczem do zagadki! Gdy tylko spojrzałem na tę wiadomość, od razu zauważyłem, jak wolno i starannie została napisana. Proszę zwrócić uwagę na to, jak mocno autor dociskał pióro. To coś więcej niż ćwiczenie z kaligrafii. To świadoma próba przekazania Moriarty’emu wiadomości, która miała pozostać sekretem, gdyby przesyłka dostała się w niepowołane ręce.

– Chce pan powiedzieć, że... to szyfr?

– Właśnie.

– A pan zdołał go złamać!

– Tak, metodą prób i błędów. – Athelney skinął głową. – Musi pan jednak wiedzieć, że ani myślę przypisać sobie zasługi. Ja tylko podążyłem ścieżką wydeptaną przez Holmesa.

– Zatem co naprawdę zawiera wiadomość? – Raz jeszcze zerknąłem na kartkę. – Jaki ukryto w niej przekaz?

– Wyjaśnię ci to, Chase. Wierzę, że wybaczysz mi tę bezpośredniość, ale zaczynam wierzyć, że połączy nas wspólna pogoń za przestępcą.

– I ja mam taką nadzieję.

– Doskonale. Jak słusznie zauważyłeś, same litery nie mogą nic znaczyć, zostały bowiem ułożone ręką doktora Watsona i są niezmienione. Pozostaje nam zatem skupić się na z pozoru przypadkowym rozrzuceniu małych i wielkich liter. Przypuśćmy więc, że wcale nie jest ono przypadkowe. Pomińmy inne znaki i okaże się, że samych liter mamy na tej stronicy równo czterysta czterdzieści. To bardzo ciekawa liczba, bo łatwo dzieli się przez pięć. Zacznijmy więc od podzielenia tekstu na grupy po pięć liter...

– Zaraz, zaraz. Równie łatwo dzieli się przez cztery i osiem.

– Cztery to za mało, a osiem to stanowczo zbyt wiele kombinacji – odparł, spoglądając na mnie z lekką naganą. – Zresztą próbowałem i takiego działania, ale bez skutku. Jak

wspomniałem, tu najskuteczniejsza jest metoda prób i błędów. Nie jestem wszak Sherlockiem Holmesem, więc niekiedy muszę iść dłuższą, okrężną drogą. – To rzekłszy, położył przed sobą kolejną kartkę. – Musimy zignorować odstępy między słowami. W gruncie rzeczy interesuje nas tylko jedno: układ wielkich i małych liter. A skoro tak, to nasz tekst będzie wyglądał następująco: WmWmW WWmWW mWmWm WWWWW mWWWW

WmWmm mWmWm WWmWW mmWmW mWWWW

WWmmm mWmWm WWmWW WmmmW mWWWm

WWmWW mWmmm WmWWW WmWmm WmWmW

mWmWm mWmmm WWmmW mWWWm mmmWm

WmmmW mWWWW mmmmm Wmmmm mWWWm

WWWWW mWWWW WWmWW mWmWm WmWWW

mWWWm WWWWm WWWWm mWmWm mmmWm

mWWmW WmWWW mmmWm mWWmW mmmmm

WWWmW mmmWm mWWWm WmWmm mWmmm

mWWWW WmmWW mWmWm WWmmm mWWWm

mWWmm mWWWm mWmWm WmWmW WmmmW

mWWWW WWmWW mmmmm WmWmm mmWmW

mWWWW mWWmm Wmmmm mmWmW mWWWW

WWmWW mmmmm mWmWm mmmWm WmWWW

mWmmm WWWmW WWWWm WmmmW WmWmW

mWWWm mmmWm mWmmm mWmWm mmWmW

mmmWm mWWWm WWmmW

Jones starannie kaligrafował litery, a ja przyglądałem się jego poczynaniom.

– Przecież to kod telegraficzny! – wykrzyknąłem nagle.

– Coś bardzo podobnego – zgodził się detektyw. – Przypomina alfabet Morse’a, w którym grupa znaków symbolizuje jedną literę. Jak się przekonasz, Chase, niektóre powtarzają się dość często. Grupa mWmWm występuje na przykład aż dziesięć razy, a mWWWW – osiem razy.

– Samogłoski? – zasugerowałem.

– Niemal na pewno. Grupę mWWWm spotykamy dziewięć razy... Ale zostawmy to, bo tak

rozpisane grupy trudno ogarnąć. Dlatego moim następnym krokiem było przypisanie im

numerów – dzięki temu znacznie łatwiej dostrzec, co mamy przed sobą. Małą – ale zawsze –

pomocą jest dla nas i to, że użyto tylko dwudziestu jeden, a nie wszystkich liter alfabetu.

Jones sięgnął po trzecią kartkę. Tym razem wypisał wyłącznie liczby:

1 2 3 4 5 6 3 2 7 5 8 3 2 9 10 2 11 12 6 1 3 11 13 10 14 9 5

15 16 10 4 5 2 3 12 10 17 17 3 14 18 12 14 18 15 19 14 10 6

11 5 20 3 8 10 21 10 3 1 9 5 2 15 6 7 5 21 16 7 5 2 15 3 14

12 11 19 17 9 1 10 14 11 3 7 14 10 13

– Rozumiesz naturalnie – rzekł – że każda liczba oznacza jedną grupę małych i wielkich liter.

Na przykład: 1 to WmWmW, 2 to WWmWW i tak dalej...

– Rozumiem. Tak.

– Jaki z tego wniosek? – Athelney Jones nie był już tym znużonym człowiekiem, który ledwo kuśtykał po schodach. Trudno było nie zauważyć energii i autentycznego podniecenia, które wręcz biły z jego oczu.

– Każda liczba oznacza jedną literę ukrytej wiadomości – odpowiedziałem. – Jest ich jednak sporo – dwadzieścia jeden, jak pan słusznie zauważył – a nie pomaga nam i to, że nie wiemy, gdzie szukać odstępów między słowami. Nie sposób odgadnąć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna kolejne.

– W rzeczy samej – przytaknął Jones. – Jednakże teraz przynajmniej widzimy bez trudu, które liczby powtarzają się najczęściej, a są to 3, 5 oraz 10. Albo są to samogłoski, albo, w co wątpię, najczęściej spotykane spółgłoski, takie jak R, T czy P. Niestety ma pan rację co do tego, że brak odstępów między słowami mocno utrudni nam zadanie.

– Jak zatem z tego wybrniemy?

– Dzięki skrupulatności i łutowi szczęścia, drogi Chase. Otóż zadałem sobie pytanie, czy mogły pojawić się w tej wiadomości pewne oczywiste słowa, które dałoby się rozpoznać po samym kształcie, układzie liter. Od razu przyszło mi do głowy kilka: na przykład SHERLOCK

HOLMES. Albo PINKERTON. Ostatecznie jednak postanowiłem użyć słowa MORIARTY. Jeśli

bowiem do niego adresowano tę wiadomość, to całkiem rozsądnie można założyć, że pojawi się w niej jego nazwisko. Zacząłem więc szukać sekwencji ośmiu liczb, z których jedna – i tylko jedna powtarza się na trzeciej i szóstej pozycji, tak jak powtarza się litera R w słowie MORIARTY. Proszę, spójrz na środkową część tekstu. Mamy tu ciąg liczb 17 3 14 18 12 14 18

15 – jeśli przyjmiemy, że 14 oznacza literę R, mamy dwukrotnie powtórzone R na właściwych pozycjach, jednak zaraz widać, że to nie może być nazwisko MORIARTY, bo również

dwukrotnie powtarza się w tym ciągu liczba 18, a przecież jedyną, która powinna wystąpić dwa razy, jest litera R. Z tego samego powodu 18 nie może być literą R. W całej wiadomości prawidłowy układ powtarzającej się litery występuje tylko raz, prawie na początku tekstu, w postaci ciągu 8 3 2 9 10 2 11 12. Nie powtarzają się w nim żadne liczby prócz 2, możemy więc przyjąć, że 2 oznacza literę R. Jeśli zaś założymy, że ciąg ten jest słowem MORIARTY, stwierdzimy coś bardzo ciekawego. Otóż występujące w nim liczby 2 i 3 pojawiają się też w ciągu na samym początku tekstu, zatem widnieje tam następujące słowo:

1 R O 4 5 6 O R 7 5

– To mogą być słowa, nie słowo – zauważyłem.

– Ja jednak sądzę, że to tylko jedno słowo – odparował. – Proszę spojrzeć na powtarzające się R i O. Do tego mamy powtarzającą się liczbę 5. O ile mi wiadomo, istnieje tylko jedno słowo o takiej strukturze. Proszę wziąć pod uwagę kontekst – autor wiadomości zwraca się do adresata.

– „Profesorze”! – wykrzyknąłem.

– Otóż to. „Profesorze Moriarty”, tak brzmią pierwsze dwa słowa ukrytego przekazu.

Wykorzystajmy więc litery, które już znamy, by odkryć większą część tekstu.

P R O F E S O R Z E M O R I A R T Y S P O T 13 A

14 I E 15 16 A F E R O Y A 17 17 O 14 18 Y 14 18 15 19

14 A S T E 20 O M A 21 A O P I E R 15 S Z E 21 16 Z E

R 15 O 14 Y T 19 17 I P A 14 T O Z 14 A 13

– „Profesorze Moriarty, spotkanie”...? – zacząłem i urwałem. – Potem już nie za wiele można odgadnąć – dodałem.

– Przeciwnie. Przyjmijmy, że „spotkanie” to już pewnik, i zaraz użyjemy nowych liter.

Najpierw jednak – litery R O Y A muszą należeć do słowa R O Y A L, nie ma innej możliwości.

– Mamy więc: „spotkanie... coś tam A F E... R O Y A L”.

– Otóż to.

– Ale co to może być?

– Tylko i wyłącznie „w Café Royal”, Chase! – wyjaśnił Jones. Popatrzyłem nań niezbyt przytomnie, więc zaraz dodał: – To słynna restauracja w samym sercu Londynu. Podobnie jak ty, Clarence Devereux mógł o niej wcześniej nie słyszeć, ale z pewnością powiedziano mu, że to miejsce, które bardzo łatwo znaleźć.

– A co z resztą wiadomości?

– Dzięki R O Y A L zyskujemy literę L, która jest też początkiem następnego słowa.

Pamiętamy zaś, że S P O T K A N I E dało nam literę N, zresztą występującą potem kilkakrotnie.

Stąd jestem pewny, że po R O Y A L mamy. .

– L O N D Y N – uzupełniłem. – Spotkanie w Café Royal w Londynie. Nie ma innej

możliwości.

– Zgadzam się. Znamy więc już miejsce schadzki; teraz przyjrzyjmy się reszcie, uzupełnionej o nowo poznane litery L, W oraz D:

D W 19 N A S T E 20 O M A 21 A O P I E R W S Z E 21...

– Ależ to oczywiste! – wykrzyknąłem. – Dwunastego maja o pierwszej!

– Czyli za trzy dni. Sam widzisz, jak szybko odkrywamy kolejne tajemnice tego szyfru.

Pójdźmy więc do końca, bogatsi o literę U, którą właśnie odkryliśmy pod liczbą 19:

C Z E R W O N Y T U L I P A N T O Z N A K

– Czerwony tulipan? – rzuciłem niepewnie.

– To znak – dodał Jones, kiwając głową. – Z tego, co mi opowiadałeś, wynika niemal

niezbicie, że profesor Moriarty i Clarence Devereux nigdy nie spotkali się twarzą w twarz. Obaj szczycili się zawsze tym, że nikt nie wie, jak naprawdę wyglądają. I dlatego Moriarty został

poinstruowany, że powinien nosić znak rozpoznawczy – czerwony tulipan. Obstawiam, że w butonierce. I oto mamy całą wiadomość, Chase:

PROFESORZE MORIARTY. SPOTKANIE W CAFÉ ROYAL, LONDYN,

DWUNASTEGO MAJA O PIERWSZEJ. CZERWONY TULIPAN TO ZNAK.

– Mieliśmy szczęście – dodał. – Profesor Moriarty okazał się kluczem do całej sprawy.

Gdyby nadawca pominął jego nazwisko, bylibyśmy w kropce.

– Ależ to przede wszystkim pańska zasługa, inspektorze Jones. Nie mogę wyjść z podziwu, jak wyśmienicie pan sobie poradził. Sam nie wiedziałbym nawet, od czego zacząć.

– Phi – prychnął. – To wcale nie było takie trudne. Nie mam wątpliwości, że pan Holmes poradziłby sobie w krótszym o połowę czasie.

– Oto i spełnienie moich nadziei – powiedziałem. – Oto dowód, że moja długa i kosztowna podróż do Europy nie była daremna. Clarence Devereux zjawi się w Café Royal już za trzy dni.

Podejdzie do człowieka z czerwonym tulipanem, tym samym zdradzając swoją tożsamość.

– Jeśli już wie, że Moriarty nie żyje, nie przybędzie na spotkanie.

– To prawda. – Umilkłem na chwilę, lecz zaraz przyszła mi do głowy nowa myśl. – A gdyby tak wydał pan oświadczenie, że pańskim zdaniem Moriarty jednak żyje? W końcu wysłano tu pana po to, by pan ustalił ponad wszelką wątpliwość, co zaszło nad wodospadem Reichenbach.

Mógłby pan z łatwością oznajmić światu, że wedle najświeższych dowodów Moriarty nie brał

udziału w ataku na Holmesa.

– A trup w krypcie?

– Może będziemy udawać, że to ktoś inny? – zasugerowałem po krótkiej pauzie. W tym

momencie gospodyni podeszła do naszego stolika, żeby zabrać talerze. – Pani Steiler –

zagadnąłem – czy zechciałaby pani przypomnieć nam nazwisko tego kucharza, którego matka zachorowała?

– Franz Hirzel. – Popatrzyła na mnie pytająco, spojrzawszy na głęboki talerz z nietkniętą zupą. – Niesmaczna?

– Znakomita – odpowiedziałem. Zaczekałem, aż pani Steiler zniknie za progiem kuchni. –

Tak więc mamy i nazwisko, gdyby pan potrzebował. Niech nieboszczyk będzie naszym

zaginionym kucharzem. Właśnie wracał do pracy, upił się i skończył pod wodospadem. Dziwnym trafem oba zdarzenia zbiegły się w czasie. Niech gazety piszą, że Moriarty żyje; niech Devereux wpadnie prosto w naszą pułapkę. – Jones spuścił głowę, zaciskając usta, a ja ciągnąłem: – Od niedawna się znamy, ale już wyczuwam, że obca jest panu myśl o wszelkiej nieuczciwości.

Podzielam te przekonania. Proszę mi jednak wierzyć, gdy mówię: nie ma pan nawet pojęcia, jak straszna zaraza zawitała do pańskiego miasta. Musi pan zrobić wszystko, by ją wyplenić; jest pan to winien współobywatelom. Proszę mi zaufać, inspektorze. Teraz, gdy nie ma już Moriarty’ego, to sekretne spotkanie jest naszą jedyną nadzieją. Musimy się tam pojawić. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Pani Steiler wróciła z daniem głównym – dwiema porcjami pieczonej jagnięciny. Sięgnąłem po nóż i widelec; tym razem miałem szczery zamiar pożywić się nieco.

Jones niespiesznie skinął głową.

– Masz słuszność – rzekł. – Wyślę telegram do Scotland Yardu; jutro ruszamy w drogę. Jeśli kolej nas nie zawiedzie, dotrzemy na miejsce w samą porę.

Wzniosłem kieliszek.

– Za schwytanie Clarence’a Devereux – powiedziałem. – I, jeśli wolno, za nas dwóch. Za współpracę Scotland Yardu i Agencji Pinkertona.

Wypiliśmy i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Och, jakże gorzko smakowałoby to wino i jak niechętnie połączylibyśmy nasze siły, gdyby tylko Opatrzność objawiła nam, co nas czeka!

5

W Café Royal

N iewielu Amerykanów ma okazję podróżować po Europie, a ja, choć trafiła mi się taka szansa, nie umiałbym opisać wiele z tego, co widziałem. Sporo czasu spędziłem z nosem przy szybie, spoglądając na wiejskie domki rozrzucone na stokach wzgórz, na bystre potoki, na doliny przybrane kwieciem wczesnego lata, lecz niepokojące myśli sprawiały, że nie mogłem się skupić na podziwianiu pejzaży. Pociąg toczył się wolno, a my, podróżni w wagonie drugiej klasy, nie doświadczaliśmy zbytnich wygód. Prześladował mnie lęk, że przybędziemy zbyt późno,

zwłaszcza że według Jonesa czekały nas cztery przesiadki kolejowe, nie wspominając o rejsie parowcem pocztowym z Calais prosto do przystani opodal London Bridge. Nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne spóźnienie. Z Meiringen ruszyliśmy na zachód, w Interlaken minęliśmy jezioro Brienz i pomknęliśmy dalej w stronę Berna. Gdy tam dotarliśmy, Jones nadał depeszę, której treść opracowaliśmy wspólnie: o tym, że profesor Moriarty cudem ocalał z tragicznego w skutkach starcia nad wodospadem Reichenbach i najprawdopodobniej powrócił do Anglii.

Dworzec kolejowy dzielił od urzędu pocztowego spory dystans i omal nie przypłaciliśmy tej wycieczki spóźnieniem na pociąg. Inspektor Jones nie mógł sobie pozwalać na tak forsowne marsze; gdy wreszcie szczęśliwie zasiedliśmy w swoim przedziale, był blady i wyraźnie cierpiał.

Przez pierwszą godzinę lub dwie podróżowaliśmy w milczeniu, pogrążeni w myślach, lecz gdy zbliżaliśmy się do francuskiej granicy opodal Moutier, zaczęliśmy rozmowę. Opowiedziałem Jonesowi co nieco o historii Agencji Pinkertona – żywo interesował się metodami śledczymi zagranicznych stróżów prawa, choć wydawały się mierne w porównaniu z jego techniką dedukcji

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页