饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 7 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15401 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– oraz o tym, jaką rolę odegrała kilka lat wcześniej podczas strajku w Burlington and Quincy Railroad. Niektórzy oskarżali naszych agentów o wywołanie zamieszek, a nawet o mordowanie strajkujących, zapewniłem jednak Jonesa, że ich rola ograniczyła się do chronienia majątku firmy i utrzymywania spokoju – tak przynajmniej twierdzili.

Wreszcie inspektor odwrócił się i pochylił nad broszurą, którą przywiózł z Anglii. Była to monografia pióra samego Sherlocka Holmesa, poświęcona popiołowi. Jak twierdził Jones, słynny detektyw potrafił rozróżnić sto czterdzieści typów popiołu – z cygar, papierosów i tytoniu fajkowego – podczas gdy on sam ledwie dziewięćdziesiąt. Chcąc sprawić mu przyjemność, wybrałem się do wagonu restauracyjnego po pięć próbek popiołu, pobranych od mocno

zdziwionych pasażerów. Jones był mi nadzwyczaj wdzięczny i kolejną godzinę spędził na skrupulatnym badaniu mojej zdobyczy za pomocą lupy, którą odszukał w torbie podróżnej.

– Jakże żałuję, że nie było mi dane spotkać Sherlocka Holmesa! – wykrzyknąłem, gdy

w końcu, całkiem dosłownie, machnął ręką na próbki popiołu, by się ich pozbyć. – Pan miał to szczęście?

– W istocie. – To rzekłszy, umilkł, a ja, ku swemu zdziwieniu, spostrzegłem, że poczuł się jakby urażony moim pytaniem. Było to o tyle zaskakujące, że podczas naszej niedługiej znajomości niejeden raz dał mi do zrozumienia, że jest żarliwym, ba, może wręcz fanatycznym miłośnikiem talentu słynnego detektywa. – Prawdę mówiąc, spotkałem go trzykrotnie – dodał po chwili i znowu urwał, jakby nie był pewny, od czego zacząć. – Pierwszy raz właściwie trudno nawet nazwać spotkaniem; byłem wówczas członkiem większej grupy. Wygłosił wtedy wykład dla detektywów ze Scotland Yardu, który doprowadził najprostszą drogą do aresztowania złodzieja klejnotu z Bishopsgate. Po dziś dzień skłonny jestem wierzyć, że pan Holmes polegał

wtedy bardziej na swej intuicji niż na ścisłej logice. Nie mógł przecie wiedzieć, że ów człowiek

urodził się ze stopą końsko-szpotawą. Nasze drugie spotkanie wyglądało zgoła inaczej i stało się wydarzeniem znanym szerszej publiczności, a to za sprawą doktora Johna Watsona, który w swej relacji wymienił mnie nawet z nazwiska. Nie mogę jednak powiedzieć, by stawiała mnie ona w nazbyt korzystnym świetle.

– Przykro mi to słyszeć – odrzekłem.

– Zapewne więc nie czytał pan opowieści zatytułowanej Znak czterech? Dotyczyła sprawy zaiste niezwykłej. – Jones wyjął i zapalił papierosa. Wcześniej tego nie robił, a teraz najwyraźniej zapomniał o rozmowie, którą odbyliśmy podczas naszego pierwszego spotkania. Przypomniał

sobie w ostatniej chwili. – Przykro mi, drogi Chase, że po raz drugi przyszło ci podróżować w dymie – powiedział. – Naprawdę rzadko palę. Nie masz nic przeciwko?

– Ależ skąd.

Potrząsnął zapałką i wyrzucił ją.

– Mój staż na stanowisku inspektora policji był wtedy bardzo skromny – wyjaśnił. – Prawdę mówiąc, dopiero co awansowałem. Może gdyby doktor Watson o tym wiedział, byłby dla mnie bardziej wyrozumiały. Tak czy owak, zdarzyło się we wrześniu osiemdziesiątego ósmego, że zjawiłem się w Norwood, pracując nad dość trywialną sprawą pewnej pokojówki oskarżonej przez panią domu o kradzież. Właśnie skończyłem ją przesłuchiwać, gdy zjawił się goniec z wiadomością o morderstwie, którego dokonano w pobliskim domu. Jako najstarszy rangą funkcjonariusz w pobliżu miejsca zbrodni miałem obowiązek wszcząć śledztwo. Tym sposobem trafiłem do Pondicherry Lodge, rezydencji wielkiej i białej niczym jaskinia Aladyna, stojącej pośród ogrodu, który równie dobrze mógłbym nazwać cmentarzem, tyle wykopano w nim dziur.

Właścicielem był niejaki Bartholomew Sholto. Nigdy nie zapomnę chwili, w której zobaczyłem go po raz pierwszy: siedział w drewnianym fotelu, w gabinecie bardziej przypominającym laboratorium, na trzecim piętrze – całkiem martwy, z twarzą wykrzywioną ohydnym grymasem.

Był tam także Sherlock Holmes. Wyważył drzwi, by się dostać do środka, czego naturalnie nie powinien był czynić, gdyż sprawą miała się zająć policja. Wtedy to po raz pierwszy mogłem przyjrzeć się z bliska wielkiemu człowiekowi, w dodatku przy pracy, bo natychmiast rozpoczął

swoje dochodzenie. Cóż ci mogę rzec, Chase? Był wyższy, niż mi się wcześniej zdawało, i smukły niczym esteta, który celowo się głodzi. Tym bardziej zaznaczał się więc jego podbródek i kości policzkowe, a nade wszystko oczy, zatrzymujące się na każdym detalu jedynie po to, by odrzeć go z wszelkich informacji, których mógł dostarczyć. Była w nim energia niespotykana u innych ludzi; ani przez moment nie widziałem go w spoczynku, lecz jego ruchy były krótkie i oszczędne. Sprawiał wrażenie, jakby nie było ani chwili do stracenia. Nosił wtedy ciemny surdut, kapelusza nie używał. Gdy go ujrzałem, trzymał w ręku rozłożoną miarkę.

– A doktor Watson...?

– Nie przykuł aż tak mojej uwagi. Stał w cieniu, pod ścianą, niewysoki, krągły na twarzy, dobrotliwy. Nie zamierzam rozwodzić się nad szczegółami tamtej sprawy; możesz je poznać z relacji Watsona, jeśliś ciekawy. Nieboszczykiem był, jak wspomniałem, Bartholomew Sholto.

Jak się okazało, wraz ze swym bratem bliźniakiem Thaddeusem odziedziczył po ojcu wielki skarb – niestety, nie mogli go znaleźć i stąd liczne wykopy w ogrodzie. Fakty wydawały mi się najzupełniej oczywiste: bracia pokłócili się, jak to zwykle bywa, gdy w grę wchodzi niespodziewane wielkie bogactwo. Thaddeus zabił brata za pomocą dmuchawy i zatrutej strzałki

– zapomniałem wspomnieć, że dom był pełen indiańskich pamiątek. Aresztowałem więc

mordercę i jego sługę, niejakiego McMurdo, którego uznałem za współwinowajcę.

– I miał pan słuszność?

– Nie, jak się okazało, myliłem się. Zrobiłem z siebie kompletnego durnia; na szczęście nie ja pierwszy – wielu moich kolegów miało nieszczęście doświadczyć tego samego – lecz było to dla

mnie marną pociechą.

Jones umilkł. Na pozór zapatrzony we francuski pejzaż, a w istocie wbijał weń jedynie niewidzące spojrzenie.

– A trzecie spotkanie? – spytałem po chwili.

– Kilka miesięcy później... osobliwa sprawa Abernettych. I znowu, jeśli pozwolisz, drogi Chase, nie będę zagłębiał się w szczegóły awantury, która do dziś mnie złości. Zaczęło się, jak mogło się wydawać, od włamania – choć dość niecodziennego. Powiem jedynie, że po raz drugi przegapiłem wszystkie istotne szczegóły i stałem bezczynnie, gdy pan Holmes dokonywał

aresztowania. Ale to się już nie powtórzy, Chase, daję słowo. Przez kolejnych kilka godzin prawie się nie odzywał. Bez trudu zdążyliśmy na przesiadkę w Paryżu – po raz drugi

przejechałem przez stołeczne miasto, nie widząc nawet Wieży Eiffla. Ale czy to ma znaczenie?

Przed nami był Londyn i już zaczynałem się czuć nieswojo. Miałem wrażenie, że towarzyszy nam złowrogi cień, lecz do kogo należał – do Holmesa, Devereux czy może nawet Moriarty’ego

– o tym nie śmiałem wspomnieć.

Zatem do Londynu.

Ktoś kiedyś rzekł, że porządni Amerykanie po śmierci trafiają do Paryża. Przypuszczam więc, że ci mniej święci kończą jak ja: ciągnąc swój kufer podróżny z dworca Charing Cross, przy wtórze pokrzykiwania woźniców, w otoczeniu młodocianych żebraków i niezmierzonego tłumu przechodniów. Tam właśnie rozstałem się z inspektorem Jonesem – on wrócił do swego domu w Camberwell, ja zaś zamierzałem znaleźć hotel, który odpowiadałby możliwościom finansowym agenta podróżującego na koszt Pinkertona. Zdziwiłem się nieco, usłyszawszy, że mój towarzysz ma żonę i dziecko. Od początku brałem go za kawalera, a może nawet samotnika.

Wspomniał mi o swych bliskich w Paryżu, a kiedy schodziliśmy z pokładu parowca w Dover, ściskał w ręku kauczukową piłeczkę i kukiełkę – francuskiego policjanta Flagéoleta – którą kupił

opodal Gare du Nord. Jego wyznanie nawet mnie zaniepokoiło, lecz aż do końca podróży nie odezwałem się ani słowem na temat swych obaw.

– Pan wybaczy, inspektorze – rzekłem wreszcie, gdy mieliśmy się rozstać. – Wiem, że nie moja to sprawa, ale zastanawiam się, czy nie powinien pan jeszcze się zastanowić?

– Nad czym niby?

– Nad całą tą przygodą – nad ściganiem Clarence’a Devereux. Być może nie dość dobitnie objaśniłem panu, jak bezlitosny i występny to człowiek. Proszę mi wierzyć, gdy twierdzę, że nie chciałby pan mieć takiego wroga. W Nowym Jorku zostawił po sobie długi i krwawy trop, a jeśli

– w co wierzę – teraz zamierza działać w Londynie, należy się spodziewać tego samego. Proszę nie zapominać o tym, co spotkało nieszczęsnego Jonathana Pilgrima! Ja jestem w innej sytuacji; ścigając przestępcę, nie muszę się niepokoić o najbliższych. O panu nie można tego powiedzieć i dlatego źle się czuję z myślą o tym, że wciągam pana w niebezpieczną awanturę.

– Nie ty mnie w nią wciągasz, działam wszak z polecenia moich przełożonych ze Scotland Yardu.

– Devereux nie czuje moresu ani przed panem, ani przed całą tutejszą policją. Nie ochronią pana ani stopień służbowy, ani dobre stosunki.

– Wszystko jedno. – Przystanął, by spojrzeć na ołowiane popołudniowe niebo, Londyn

bowiem powitał nas chmurami i mżawką. – Skoro ten człowiek przybył do Anglii i zamierza, jak sugerujesz, kontynuować swą przestępczą działalność, należy go powstrzymać i jest to moim obowiązkiem.

– Nie brakuje w tym mieście detektywów.

– Jednakże to mnie posłano do Meiringen – odpowiedział z uśmiechem. – Rozumiem twoją troskę, Chase, i dobrze ona o tobie świadczy. Prawdą jest, że mam rodzinę. Nie chciałbym

żadnym sposobem sprowadzić na nią zagrożenia, ale wybór nie należy do mnie. Los zetknął mnie z tobą i niech tak już pozostanie, na dobre czy na złe. Jeśli to ci poprawi nastrój, dodam w sekrecie, że nie życzyłbym sobie, żeby Lestrade, Gregson czy którykolwiek inny z moich przyjaciół i kolegów odebrał mi zaszczyt schwytania zdobyczy, na którą polujemy. Lecz oto podjeżdża mój powóz, czas na mnie!

Wciąż jeszcze widzę go oczami wyobraźni, jak odjeżdża, z piłeczką w dłoni i lalką

w granatowym mundurze przewieszoną przez ramię. I jak wtedy, tak i dziś zastanawiam się, jakim cudem doktor Watson mógł w swej relacji uczynić zeń tak skończonego głupca. Czytałem potem Znak czterech i stwierdzam ponad wszelką wątpliwość, że literacki odpowiednik postaci Athelneya Jonesa w bardzo niewielkim stopniu przypomina niezrównanego detektywa

londyńskiej policji, którego dane mi było poznać.

W pobliżu dworca, przy Northumberland Avenue, znalazłem kilka hoteli, lecz już same ich nazwy – Grand, Victoria, Metropole – podpowiedziały mi, że w żadnym razie nie będę mógł

sobie pozwolić na tak drogi nocleg. Wybrałem więc inne miejsce, na nabrzeżu, blisko mostu –

w istocie tak blisko, że za każdym razem, gdy przejeżdżał obok pociąg, cały budynek trząsł się w posadach. Hexam’s Hotel był brudną ruderą pełną przetartych dywanów i krzywo wiszących żyrandoli. Pościel jednak była czysta, pokój kosztował ledwie dwa szylingi za noc, a gdy już starłem z szyby warstwę sadzy, ujrzałem za oknem połać rzeki z niespiesznie sunącą barką węglową. Zjadłem kolację w hotelowej restauracji, za jedyne towarzystwo mając nadąsaną pokojówkę i wyraźnie niezadowolonego ze swego losu pucybuta. Wróciwszy do pokoju,

czytałem aż do północy, kiedy to zapadłem w dość niespokojny sen.

Umówiłem się z inspektorem Jonesem, że spotkamy się nazajutrz w samo południe, to jest na godzinę przed wyznaczoną porą, przed Café Royal przy Regent Street. Po długich rozważaniach

– wszak spędziliśmy razem w pociągu aż trzydzieści godzin – opracowaliśmy plan działania, który, jak się wydawało, przewidywał wszelkie ewentualności. Mając przy sobie czerwony tulipan, zamierzałem odegrać rolę profesora Moriarty’ego, Jones zaś miał siedzieć przy sąsiednim stoliku, pilnie nasłuchując. Byliśmy zgodni co do tego, że Clarence Devereux najprawdopodobniej nie zjawi się osobiście. Nie chodziło tylko o to, że czyniąc to, naraziłby się, całkiem niepotrzebnie, na spore niebezpieczeństwo; cierpiał na agorafobię, zatem podróż przez miasto, nawet w zamkniętym powozie, byłaby dla niego niełatwą przeprawą. Dlatego

spodziewaliśmy się, że przyśle któregoś ze swych wspólników, a ten będzie oczekiwał, że Moriarty stawi się samotnie.

Co wtedy? Istniały trzy możliwości.

Przede wszystkim mieliśmy nadzieję, że zjawi się ktoś, kto po prostu zaprowadzi mnie do domu czy hotelu, w którym zatrzymał się Devereux. Jones podążyłby dyskretnie naszym śladem, by mnie ubezpieczać i, co oczywiste, poznać adres. Znacznie gorszy byłby scenariusz, w którym wysłannik znałby Moriarty’ego z widzenia. W takim przypadku natychmiast zorientowałby się, że to podstęp, i czym prędzej opuściłby restaurację. Wtedy Jones wymknąłby się za nim i śledził

go aż do miejsca, w którym, przynajmniej teoretycznie, czekał nań Devereux. Istniała jednak i taka ewentualność, że nikt nie przybędzie na spotkanie. Na szczęście, zgodnie z naszym życzeniem, londyńskie gazety szeroko rozpisywały się o cudownym ocaleniu Moriarty’ego i mieliśmy powody wierzyć, że wieść o nim dotrze i do Devereux.

Kupiłem czerwony tulipan na straganie przed dworcem kolejowym i przyozdobiwszy nim

marynarkę, wyruszyłem ku samemu centrum miasta – do Café Royal. Dane mi było poznać State Street w Chicago i nowojorski Broadway, lecz śmiem twierdzić, że żadna z tych ulic nie może się równać urodą i elegancją z Regent Street w Londynie, z jej czystym powietrzem i klasycznym szykiem kamienic. Nieprzerwane korowody dorożek sunęły w obie strony, zasilane pobocznymi

strumieniami pojazdów z okolicznych przecznic. Chodniki pełne były włóczęgów i uliczników, ale także angielskich dżentelmenów i przybyszów zza morza, a nade wszystko – wytwornych dam, którym towarzyszyli objuczeni zakupami służący. Cóż takiego można było kupić przy Regent Street? Mijałem sklepowe witryny, przyglądając się bacznie: perfumy, rękawiczki, biżuteria, czekoladki z wanilią, zegary z pozłacanego brązu... Uświadomiłem sobie prędko, że nie znalazłbym tam niczego taniego, a także niczego naprawdę niezbędnego.

Jones już na mnie czekał, ubrany w garnitur i jak zawsze o lasce.

– Znalazłeś sobie hotel? – zagadnął. Podałem mu nazwę i adres. – I trafiłeś tu bez kłopotów?

– To tylko krótki spacer, a udzielono mi precyzyjnych wskazówek.

– Znakomicie.

Jones spojrzał z powątpiewaniem na front Café Royal.

– Urocze miejsce na rendez-vous – mruknął. – Nie mam pojęcia, jakim sposobem ten

człowiek cię odszuka. A dyskretne śledzenie go w takich warunkach będzie, delikatnie mówiąc, niełatwe.

Miał rację. Już samo wejście od strony Regent Street – troje drzwi za potrójnymi kolumnami

– było obietnicą aż nazbyt wielu dróg ucieczki. Gdy zaś znaleźliśmy się w środku, dotarło do nas, że tak naprawdę nie wiemy, gdzie ma dojść do spotkania. Budynek był bowiem istnym

labiryntem korytarzy, klatek schodowych, barów, restauracji i zacisznych lóż, oddzielonych lustrzanymi przepierzeniami albo imponującymi kwietnikami. Nie było nam na rękę i to, że w porze lunchu w Café Royal zjawiła się bodaj połowa Londynu. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem tak licznego zgromadzenia zamożnych ludzi. Clarence Devereux mógł się ukryć wśród nich wraz z całym swoim gangiem i swobodnie planować kolejne morderstwo albo

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页