zbrojny napad na siedzibę Banku Anglii, a my nie bylibyśmy w stanie ich wypatrzyć! Gwar zaś był tak wielki, że pewnie nie zdołalibyśmy ich nawet usłyszeć.
Wybraliśmy kawiarnię na parterze – przestronna i pełna światła sala o wysoko zawieszonym stropie wydała nam się najbardziej naturalnym miejscem na spotkanie dwóch nieznajomych.
Turkusowe filary i pozłacane zdobienia prezentowały się imponująco; ze wszystkich stron otaczały nas czarne cylindry i meloniki skupione wokół marmurowych stolików. Kelnerzy w czarnych frakach i nieskazitelnie białych fartuchach przebijali się przez ciżbę ze zwinnością cyrkowych akrobatów, a przeładowane tace zdawały się lewitować nad ich ramionami. Choć zakrawało to na cud, udało nam się znaleźć dwa wolne, sąsiadujące ze sobą stoliki. Nie zamieniliśmy z Jonesem ani słowa, odkąd przekroczyliśmy próg sali. Gdyby ktoś nas
obserwował, musiałby dojść do wniosku, że jesteśmy wzajemnie nieświadomi swego istnienia.
Zamówiłem kieliszek wina, Jones zaś wyjął zza pazuchy francuską gazetę i zawoławszy kelnera, zażyczył sobie herbaty.
Siedzieliśmy obok siebie, ignorując się starannie i obserwując ukradkiem, jak długa wskazówka zegara wiszącego na przeciwległej ścianie uparcie pnie się w górę. Im bliższa była godzina spotkania, tym wyraźniej wyczuwałem napięcie mego towarzysza. Jones zdążył bowiem wmówić sobie, że czeka nas srogie rozczarowanie, że nasz wyścig z czasem przez pół kontynentu był daremnym trudem. Jednakże punktualnie o pierwszej ujrzałem w drzwiach osobnika, który przystanął, by bacznie przypatrzyć się gościom. Jones, siedzący obok, zesztywniał cały, a jego oczy, zwykle wyrażające spokojną powagę, nagle błysnęły czujnie.
Przybysz ów był dzieckiem, może czternastoletnim, schludnie odzianym w błękitną kurtkę i czako gońca dostarczającego telegramy. Miałem wrażenie, że czuje się nieswojo, jakby nie nawykł do noszenia stroju, który ktoś kazał mu włożyć. Uniform zresztą nie leżał na nim zbyt dobrze; był zdecydowanie za ciasny dla chłopca, którego nazwałbym wręcz pulchnym – ze swymi pucołowatymi policzkami i krótkimi nogami przypominał mi jednego z kupidynów,
których wizerunki zdobiły salę.
Rozpoznał mnie – a raczej tulipan wpięty w klapę mojej marynarki – i z domyślnym
błyskiem w oku ruszył ku mnie, przeciskając się między siedzącymi. Dotarłszy do mego stolika, bez pytania usiadł naprzeciwko i zarzucił nogę na nogę. Było to doprawdy aroganckie zachowanie i zdecydowanie niepasujące do postaci, w którą się wcielał; teraz, gdy siedział tak blisko mnie, pozbyłem się wątpliwości, że nie ma nic wspólnego z prawdziwymi gońcami.
Odniosłem wrażenie, że zbyt dużo wie. Jego oczy były przedziwne, wodniste i puste, jakby nigdy nie patrzyły na nic poza złem. Chłopiec miał jednak ładne rzęsy, bielutkie zęby, pełne wargi –
w efekcie przyszło mi na myśl, że jest zarazem bardzo urodziwy i bardzo szpetny.
– Czeka pan na kogoś? – zapytał. Głos miał chrapliwy, niemal męski.
– Być może – odrzekłem.
– Ładny tulipan. Powiedziałbym, że nie co dzień widuje się takie, proszę pana.
– Czerwony tulipan – podchwyciłem. – Mówi ci to coś?
– Może tak, a może nie.
Umilkł.
– Jak ci na imię? – spytałem.
– A czy potrzebuję imienia? – Mrugnął do mnie szelmowsko. – Nie wydaje mi się, proszę pana. Jaki sens się przedstawiać, skoro i tak nie będziemy kumplami? Ale coś panu powiem: skoro koniecznie muszę mieć jakieś imię, niech będzie Perry.
Inspektor Jones wciąż udawał pochłoniętego bez reszty czytaniem, lecz wiedziałem, że słyszy i zapamiętuje każde słowo z naszej rozmowy. W pewnej chwili opuścił nieco gazetę, by móc spojrzeć na chłopca, ale jego oblicze ani na chwilę nie straciło wyrazu kamiennej obojętności.
– No cóż, Perry – rzekłem – wyznam ci, że czekałem tu na kogoś, ale teraz już wiem na pewno, że nie na ciebie.
– Pewnie, że nie. Ja tylko mam pana do niego zaprowadzić, ale najpierw muszę być pewny, że pan jest tym, za kogo się podaje. Owszem, tulipan na miejscu. Ale czy ma pan także list od mojego pryncypała?
W rzeczy samej, miałem przy sobie podniszczoną stronicę z zaszyfrowaną wiadomością. To Jones zasugerował, że mogę zostać poproszony o jej okazanie. Wyjąłem ją więc z kieszeni i położyłem na stoliku.
Chłopak ledwie na nią zerknął.
– Pan profesor? – spytał.
– Tak jest – odpowiedziałem półgłosem.
– Profesor Moriarty?
– Tak.
– Czyli nie utonął pan w wodospadzie Reichen-coś-tam?
– Po co te wszystkie głupie pytania? – Prawdziwy Moriarty niewątpliwie zareagowałby właśnie w taki sposób. – To twój pan zaaranżował to spotkanie. Marnuj dalej mój czas, a zapewniam cię, że pożałujesz.
Chłopak nie dał się zastraszyć.
– No to niech mi pan powie, ile kruków wyleciało z Tower of London?
– Co?
– Kruki. Tower. Ile?
Tego obawialiśmy się najbardziej. Podczas długiej podróży koleją mieliśmy dość czasu i na to, by rozważyć kwestię sygnału rozpoznawczego. Przestępcy takiego formatu jak Clarence Devereux i profesor James Moriarty nie mogli ujawnić się wzajemnie, nie uzyskawszy wcześniej
absolutnej pewności, że są bezpieczni. I właśnie dlatego stanęliśmy przed ostatnią próbą –
w odpowiedzi na zagadkę musiałem użyć właściwych słów, zapewne ustalonych wcześniej w odrębnej wiadomości.
Postanowiłem ominąć rafę.
– Dość tych głupich gierek – powiedziałem. – Przebyłem długą drogę, by spotkać się
z Clarence’em Devereux. I dobrze wiesz, o kim mówię, nie udawaj! Widzę to w twoich oczach.
– Pan się myli. W życiu nie słyszałem tego nazwiska.
– Po co więc tu przyszedłeś? Rozpoznałeś mnie. Wiedziałeś o liście. Nie waż się twierdzić, że było inaczej.
Chłopak, wyraźnie zaniepokojony, zamierzał się oddalić: spostrzegłem, że zerknął w stronę wyjścia, a zaraz potem odsunął krzesło i wstał. Zanim jednak ruszył ku drzwiom, chwyciłem go mocno za ramię.
– Powiedz mi, gdzie mogę go znaleźć – rozkazałem. Mówiłem cicho, świadom tłumu gości pochłoniętych sączeniem kawy albo wina, zamawianiem potraw i rozmowami, jak to zwykle w porze lunchu. Athelney Jones wciąż siedział przy swym stoliku, bliski, a jednocześnie daleki, obojętny. Nikt w całej sali nie zwracał na nas uwagi. Odgrywaliśmy nasz mały dramat we dwóch.
– Nie trzeba zaraz być takim nieprzyjemnym – wycedził Perry, cicho, ale z wyraźnie
wyczuwalną groźbą w głosie.
– Nie wypuszczę cię, póki mi nie odpowiesz.
– To boli! – W jego oczach błysnęły łzy, jakby chciał mi przypomnieć, że jest w końcu tylko dzieckiem. I właśnie wtedy, gdy zawahałem się nieznacznie, gwałtownie zmienił pozycję i oto poczułem nieprzyjemny dotyk na szyi. Nie mam pojęcia, w jaki sposób zdołał jedną ręką tak błyskawicznie sięgnąć po broń, ale fakt pozostaje faktem: choć nacisk nie był silny, ostrze z łatwością wbijało się w moją skórę. Spuściłem wzrok, by przyjrzeć się temu, co tak zręcznie wydobył spod kurtki: był to groźnie wyglądający nóż chirurgiczny o czarnej rękojeści i ostrzu długim chyba na pięć cali. Perry trzymał go nader sprytnie, tak że nikt poza nami dwoma nie mógł dostrzec, że coś mi grozi – z wyjątkiem dżentelmena siedzącego przy sąsiednim stoliku, który miał czuwać, a z niepojętej przyczyny znowu pochylał się nad swą francuską gazetą.
– Puść mnie pan – syknął chłopak – albo klnę się na Boga, że poderżnę ci gardło tu i teraz, aż się tym wszystkim miłym ludziom odechce jedzenia. Robiłem już takie rzeczy i wiem, że krew potrafi trysnąć na siedem stóp w górę. Wylewa się falami, a my przecież nie chcemy nabrudzić w takim eleganckim lokalu. – Mówiąc to, wciąż dociskał ostrze do mej szyi. Czułem na skórze strumyk krwi.
– Popełniasz błąd – szepnąłem. – Jestem Moriarty...
– Koniec zabawy, mój panie. Kruki cię zdradziły. A teraz liczę do trzech...
– Nie trzeba!
– Raz...
– Powiadam ci...
– Dwa...
Nie doliczył do trzech. Puściłem go. Diabelski pomiot, nie zostawił mi żadnych wątpliwości co do tego, że z przyjemnością popełniłby morderstwo, choćby i w miejscu publicznym. Jones tymczasem nie uczynił nic, choć przecie musiał widzieć, co się dzieje. Czy naprawdę gotów był
pozwolić, by ten chłopiec pozbawił mnie życia na oczach tłumu, byle tylko osiągnąć swój cel?
Perry oddalił się czym prędzej, klucząc wśród gości restauracji, ja zaś sięgnąłem po serwetkę i przycisnąłem ją do rany. Gdy znowu uniosłem głowę, Jones był już na nogach; podążał za uciekającym.
– Czy wszystko w porządku, monsieur? – Kelner pojawił się znikąd i zawisł nade mną
wyraźnie zaniepokojony.
Oderwałem serwetkę od szyi i ujrzałem na białym płótnie długi, krwawy ślad.
– To drobiazg – odparłem. – Przypadkowe draśnięcie.
Pognałem w stronę drzwi, lecz nim dotarłem na ulicę, było już za późno. Inspektor Jones i chłopiec imieniem Perry zniknęli.
6
Bladeston House
Z obaczyłem Athelneya Jonesa dopiero nazajutrz, kiedy to w wielkim pośpiechu przybył do hotelu, pełen tej samej nerwowej energii, którą zaobserwowałem u niego jeszcze w Szwajcarii, gdy rozszyfrowywaliśmy wiadomość znalezioną w zaszytej kieszeni topielca. Zdążyłem
dokończyć śniadanie, zanim wszedł do jadalni i zasiadł naprzeciwko mnie.
– Zatem tu się zatrzymałeś, Chase? – Powiódł spojrzeniem po zszarganej tapecie
i skromnych stolikach stojących na niemiłosiernie wydeptanym dywanie.
Pół nocy nie spałem z winy człowieka cierpiącego na ciężki kaszel; hotel był pusty, a jednak z niewyjaśnionej przyczyny dano mu pokój tuż obok mojego. Sądziłem, że poznam go podczas śniadania, ale nie zjawił się. Byliśmy jedynymi gośćmi w Hexam’s i, szczerze mówiąc, wcale mnie to nie dziwiło. Takich noclegów nie polecają przewodniki Baedekera czy Murraya; mogą co najwyżej zalecać ich unikanie. Tak czy owak, byliśmy z Jonesem sami w pokoju śniadaniowym.
– Cóż, ostatecznie da się tu przeżyć. Może nie jest to Clarendon, ale nasze sprawy postępują żwawo i mam nadzieję, że za parę tygodni będziesz mógł wyruszyć w powrotną drogę do Nowego Jorku. – Oparłszy laskę o krawędź stołu, spojrzał na mnie jakby z troską. – Mam nadzieję, że nie ucierpiałeś. Widziałem, jak ten wyrostek sięgnął po nóż, ale nie bardzo wiedziałem, jak zareagować.
– Mógł pan go na przykład powstrzymać.
– I wydać nas obu? Poza tym nie wyglądał mi na takiego, co ugina się pod naciskiem. Nic bym nie osiągnął, aresztując go.
Przesunąłem palcem po ranie, którą Perry zostawił na mojej szyi.
– Niewiele brakowało – powiedziałem. – Mógł mi poderżnąć gardło.
– Wybacz mi, przyjacielu. Musiałem błyskawicznie ocenić sytuację, niewiele było czasu do namysłu.
– Cóż, nie wyszło to najgorzej. Teraz jednak z pewnością lepiej pan rozumie, inspektorze, co miałem na myśli. To okrutni ludzie, pozbawieni skrupułów. A przecie ten dzieciak nie mógł mieć więcej niż czternaście lat! I napadł mnie w samym środku zatłoczonej restauracji! Aż trudno w to uwierzyć. Na szczęście nie wyrządził mi wielkiej krzywdy. Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy doprowadził pana do Clarence’a Devereux?
– Nie, nie do Devereux. Chociaż powiadam ci, Chase, że nieźle mnie przegonił po Londynie: z Regent Street do Oxford Circus i dalej na wschód, do Tottenham Court Road. I pewnie zgubiłbym go w ciżbie, gdyby nie ta jego jasnoniebieska kurtka. Całe szczęście jednak, że trzymałem się na dystans, bo odwracał się kilkakrotnie, żeby się upewnić, czy nikt go nie śledzi.
Robiłem, co mogłem, a i tak omal mi nie umknął na Tottenham Court Road. Wskoczył znienacka do omnibusu i spostrzegłem go, dopiero gdy usadowił się na dachu.
– Zatem znowu dopisało nam szczęście; mógł przecież usiąść w kabinie.
– Być może. Zaraz zatrzymałem dorożkę i pomknęliśmy za nim. Wyznaję, że dość miałem już marszu; ucieszyłem się, zwłaszcza gdy zaczęliśmy jechać pod górę, ku północnym
przedmieściom.
– Tam właśnie uciekał?
– W rzeczy samej. Perry – o ile naprawdę tak mu na imię – doprowadził mnie aż do Archway Tavern, a stamtąd pojechał tramwajem linowym do Highgate Village. Jechaliśmy zresztą razem, on w przednim, a ja w tylnym przedziale.
– Co było potem?
– Znowu ruszyliśmy pieszo, tym razem niedaleko, ulicą w dół zbocza, Merton Lane.
Przyznać muszę, że gdy się tam znalazłem, nieco się zaniepokoiłem, bo czyż nie tam znaleziono zwłoki waszego agenta, Jonathana Pilgrima? Tak czy owak, dotarliśmy do domu otoczonego ze wszystkich stron wysokim murem, na skraju Southampton Estate – i tam na koniec go zgubiłem.
Gdy zbliżał się do celu, przyspieszył kroku. Z pewnością zauważyłeś, Chase, że nie cieszę się najlepszym zdrowiem, toteż byłem dość daleko, gdy znikał za murem. I ja przyspieszyłem, lecz gdy doszedłem do narożnika posesji, już go nie było. Nie widziałem, jak wchodził do domu, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie uczynił. Sąsiednia parcela to puste pole, jeśli nie liczyć paru krzaków – tam go nie było. W pobliżu stoi jeszcze kilka budynków, ale gdyby skręcił ku nim, z pewnością bym go zauważył. Nie, jestem przekonany, że wszedł do Bladeston House.
Znalazłem furtkę w murze na tyłach posiadłości; zapewne tamtędy dostał się na drugą stronę.
Była zamknięta na klucz.
Trzeba ci wiedzieć, że Bladeston House nie wygląda na zbytnio gościnne miejsce; moim zdaniem mieszkańcy domu sami się o to postarali. Mur zwieńczony jest metalowymi kolcami.
We wszystkich oknach są kraty. W furtce ogrodowej zaś zamontowano zamek patentowy
Chubba, z którym poradziłby sobie tylko najwprawniejszy włamywacz. Pomyślałem, że może chłopak jeszcze się pojawi. Wycofałem się więc i obserwowałem teren z pomocą przyrządu, który tak często mi się przydaje... – Skinął w stronę swej laski i teraz dopiero zauważyłem, że jej rączka, która wcześniej wyda mi się dziwnie niezgrabna, zawiera rozkładaną lornetkę. – Perry jednak nie wrócił, z czego wnioskuję, że nie posłano go z kolejną wiadomością. Zapewne mieszka w tym domu.
– Nie wszedł pan do środka?
– Bardzo chciałem – odparł z uśmiechem Jones – jednak uznałem, że powinniśmy zrobić to razem. W końcu to w równym stopniu moje, jak i twoje śledztwo, Chase.
– Piękny gest.
– Tymczasem jednak nie próżnowałem – dodał. – Zasięgnąłem języka i zdobyłem
informacje, które mogą cię zainteresować. Bladeston House był własnością George’a Bladestona, zmarłego w ubiegłym roku wydawcy. Jego rodzina cieszy się znakomitą opinią; sześć miesięcy temu wynajęła nieruchomość pewnemu amerykańskiemu biznesmenowi, niejakiemu Scottowi Lavelle.
– Scotchy Lavelle! – wykrzyknąłem.
– Tak jest. To niewątpliwie zausznik Devereux, o którym wspominałeś.
– A sam Devereux?
– Lavelle doprowadzi nas do niego. Widzę, że skończyłeś śniadanie – może wyruszymy od razu? Powiadam ci, Chase, gra jest jak najbardziej rozpoczęta.
Nie potrzebowałem większej zachęty. Podążyliśmy tą samą drogą, którą poprzedniego dnia umykał Perry – przez samo serce stolicy i przedmieścia. Wreszcie tramwaj linowy zawiózł nas bez wysiłku na wzgórze.
– Zadziwiające urządzenie – stwierdziłem.
– Żałuję, że nie mogę pokazać ci więcej. Z pobliskiego Heath rozciągają się piękne widoki.
Dawniej Highgate było samodzielną wioską, obawiam się jednak, że ostatnio straciło wiele ze swego uroku.