饭饭TXT > 海外名作 > 《Moriarty》作者:[波] Anthony Horowitz【完结】 > Moriarty - Anthony Horowitz.txt

第 9 页

作者:波- Anthony Horowitz 当前章节:15412 字 更新时间:2026-6-22 23:19

– A stało się to w dniu, w którym przybył tu Scotchy Lavelle – odparłem. – Ale bez obawy, gdy tylko rozprawimy się z nim i resztą bandy, będziemy mieli dość czasu na podziwianie miasta.

Wkrótce dotarliśmy do domu, który wydał mi się jeszcze bardziej ponury niż w relacji Jonesa i jeszcze bardziej odizolowany od świata zewnętrznego. Nie był to kształtny budynek – wąski

i wysoki, wzniesiony został z szarej cegły, bardziej pasującej do zwartej zabudowy miejskiej niż do pogranicza wsi. Stylem architektonicznym wyraźnie nawiązywał do gotyku. Widać to było zwłaszcza w wymyślnym łuku nad drzwiami frontowymi i w ostro zakończonych wnękach

okiennych; nie brakowało nawet maswerków i gargulców. Jones nie mylił się co do

rozbudowanych zabezpieczeń: bramy, kolce, kraty, okiennice... Ostatnim tak dobrze chronionym gmachem, który widziałem, było więzienie. Przypadkowy gość – a może nawet złodziej

w środku nocy – nie zdołałby się tam dostać. Ja jednak znałem ludzi, z którymi mieliśmy do czynienia, dostatecznie dobrze, by się temu nie dziwić.

Nie mogliśmy dotrzeć nawet do frontowych drzwi, bo i od strony ulicy wstępu broniła żelazna, ozdobna brama osadzona w murze i zamknięta na klucz. Jones zadzwonił.

– Ktoś jest w środku? – spytałem.

– Widzę ruch za oknem – odparł. – Obserwują nas. Podejrzliwi gospodarze... Aha! Ktoś nadchodzi.

Lokaj w czerni podszedł do nas w tempie żałobnika, jakby miał nam zaraz obwieścić, że wizyta nie dojdzie do skutku, gdyż pan domu właśnie zmarł. Stanąwszy przy bramie, przemówił

do nas zza prętów.

– Czym mogę służyć? – spytał.

– Chcemy się widzieć z panem Lavelle’em – odparł Jones.

– Obawiam się, że pan Lavelle nie przyjmuje dziś gości.

– Inspektor Jones ze Scotland Yardu – teraz dopiero przedstawił się mój towarzysz. – Mnie z całą pewnością przyjmie. A jeśli nie otworzysz tej bramy w ciągu pięciu sekund, Clayton, wylądujesz z powrotem w Newgate, gdzie twoje miejsce.

Służący uniósł głowę wystraszony i teraz dopiero przyjrzał się mu uważniej.

– Pan Jones! – zawołał zupełnie innym tonem. – Na Boga, sir, nie poznałem pana.

– Ja zaś nigdy nie zapominam twarzy, Clayton, a widok twojej jakoś nie sprawił mi

przyjemności. – Lokaj wyjął z kieszeni pęk kluczy i otworzył bramę, Jones zaś obrócił się ku mnie i rzekł półgłosem: – Sześć miesięcy za kradzieże psów; zdaje się, że pan Lavelle nie jest zbyt wybredny, jeśli chodzi o towarzystwo.

Clayton poprowadził nas w stronę domu, z wyraźnym wysiłkiem odzyskując panowanie nad sobą.

– Może byś nam opowiedział o swoim pracodawcy? – zażądał Jones.

– Nic nie wiem, sir. To dżentelmen z Ameryki, bardzo skryty.

– Nie wątpię. Długo mu służysz?

– Od stycznia.

– Pewnie nie pytał o referencje – mruknąłem.

– Zawiadomię pana Lavelle’a, że panowie przyszli – oznajmił Clayton.

Zostawił nas w wielkim, dość ciemnym holu, którego wysokie ściany pokryto boazerią

w bodaj najbardziej ponurym odcieniu. Szerokie schody, niepokryte chodnikiem, prowadziły na piętro, ku otwartej galerii z szeregiem drzwi, zza których można było swobodnie obserwować to, co dzieje się na parterze. Nawet obrazy wiszące na ścianach wydały mi się mroczne i posępne –

były to zimowe pejzaże zamarzniętych jezior i bezlistnych drzew. Po obu stronach kominka ustawiono drewniane krzesła, lecz trudno mi było wyobrazić sobie, że ktokolwiek mógłby mieć ochotę przysiąść choćby na chwilę w tej oazie smutku.

Clayton wrócił po chwili.

– Pan Lavelle przyjmie panów w gabinecie.

Zaprowadził nas do pokoju pełnego książek, których nigdy nie czytano – książek

niekochanych, smętnie butwiejących. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, spojrzał na nas wilkiem

mężczyzna siedzący za przebogato zdobionym biurkiem, zapewne pamiętającym czasy króla Jakuba I. Przez chwilę miałem wrażenie, że rzuci się na nas. Urodą – ale nie strojem –

przypominał zawodowego boksera. Był łysy, miał zadarty nos i bardzo małe, głęboko osadzone oczy. Nosił zbyt ciasny surdut w dość odważny deseń, a niemal wszystkie palce jego rąk zdobiły pierścienie z cokolwiek krzykliwymi i niepasującymi do siebie kamieniami szlachetnymi. Gdyby zdecydował się na jeden klejnot, nie byłoby źle, ale taki zestaw trącił tandetą, wręcz raził. Fałdy na jego szyi daremnie próbowały ukryć się pod kołnierzem. Rozpoznałem go w mgnieniu oka: to był Scotchy Lavelle. Dziwne to było uczucie, spotkać go po raz pierwszy w podmiejskiej rezydencji, tysiące mil od Nowego Jorku.

Naprzeciwko biurka stały dwa krzesła, na których zasiedliśmy, nie czekając na zaproszenie.

Daliśmy tym sposobem sygnał, że nie zamierzamy dać się wyprosić.

– Co to ma znaczyć? – zagrzmiał Lavelle. – Inspektor Jones ze Scotland Yardu? Co pan tu robi? Czego pan chce? Nie mam panu nic do powiedzenia. – Teraz dopiero zauważył i mnie. –

A to kto?

– Nazywam się Frederick Chase – odpowiedziałem. – Pracuję dla Agencji Pinkertona

w Nowym Jorku.

– Dla Pinkertona! Banda obiboków i morderców. Dokąd mam jeszcze wyjechać, żeby się

w końcu od nich uwolnić? – Posługiwał się szorstką mową rodem z ulic dolnego Manhattanu. –

W tym kraju nie ma Agencji Pinkertona i nie zamierzam z panem rozmawiać, a już na pewno nie we własnym domu, dziękuję. – Teraz zwrócił się znowu do Jonesa: – Ze Scotland Yardu, powiada pan? I z panem nie chcę mieć do czynienia. Nie popełniłem żadnego przestępstwa.

– Szukamy pańskiego wspólnika – wyjaśnił Jones. – Niejakiego Clarence’a Devereux.

– Nie znam człowieka, pierwszy raz słyszę to nazwisko. Nie jest moim wspólnikiem. I w ogóle nikim. – Małe, czupurne ślepia Lavelle’a spoglądały na nas wyzywająco.

– I nie przybył pan wraz z nim do Anglii?

– Nie słyszał pan? Jak mogłem podróżować z kimś, kogo nigdy nie spotkałem?

– Pański akcent zdradza mi, że jest pan Amerykaninem – nie poddawał się Jones. – Mógłby mi pan powiedzieć, co go sprowadza do Anglii?

– Czy mógłbym? A może i mógłbym. Tylko za cholerę nie wiem, po co miałbym to robić –

odparował Lavelle, kierując ku nam jeden ze swych zdobnych w pierścień palców. – Ale dobrze, niech i tak będzie. Jestem promotorem – to chyba nie zbrodnia? Zajmuję się wyszukiwaniem inwestorów, oferuję udziały w zyskownych przedsięwzięciach. Kto chce wejść do spółki, produkować mydło, świece, sznurowadła albo cokolwiek innego – przychodzi do mnie. A może i pan jest zainteresowany inwestowaniem, panie Jones? Nie? A może pan pinkertończyk?

Proponuję małą, świetnie prosperującą kopalnię złota w Sacramento. Albo węgla i rudy żelaza w Vermissie. Gwarantuję znacznie lepsze przychody niż z tej waszej psiej służby.

Szydził z nas. Obaj wiedzieliśmy o jego związkach z Devereux, on zaś był tego w pełni świadomy. Niewiele mogliśmy jednak zdziałać, nie mając dowodów na to, że popełnił lub planuje popełnić jakiekolwiek przestępstwo.

Inspektor Jones spróbował po raz drugi.

– Śledziłem wczoraj pewnego młodzieńca – wręcz dziecko – aż do tego domu. Miał jasne włosy, nosił mundur gońca telegraficznego. Nie spotkał go pan?

– Niby po co? – Lavelle parsknął pogardliwie. – Może dostałem telegram, a może nie. Nie wiem. Pytajcie Claytona.

– Widziałem, jak ten chłopak wszedł do domu. I już nie wyszedł.

– I tak pan warował z lornetką pod moim domem? Podglądał mnie? Nie ma w tym domu

żadnych smarkaczy, gońców czy nie gońców.

– Kto więc tu mieszka?

– A co to pana obchodzi? Dlaczego miałbym o tym opowiadać? Jak już mówiłem, jestem

szanowanym biznesmenem. Niech pan zapyta o mnie w amerykańskim poselstwie. Tam za mnie poręczą.

– Skoro nie chce pan nam pomóc dobrowolnie, panie Lavelle, możemy tu wrócić z nakazem i tuzinem mundurowych. Kimkolwiek pan jest, wtedy będzie pan musiał odpowiedzieć na moje pytania.

Lavelle ziewnął i podrapał się po karku. Wciąż spoglądał na nas spode łba, lecz widziałem, że już rozważył możliwości i doszedł do wniosku, że nie ma wyboru: musi dać nam to, czego żądamy.

– Jest nas pięcioro – rzekł niechętnie. – Nie, sześcioro. Ja i moja kobieta, Clayton, kucharka, pokojowa i chłopiec kuchenny.

– Mówił pan, że nie ma tu dzieci.

– To żaden dzieciak, ma dziewiętnaście lat. Rudzielec.

– Chcielibyśmy z nim porozmawiać – wtrąciłem. – Gdzie go znajdziemy?

– A jak pan sądzi, gdzie można znaleźć kuchennego? Jest w kuchni – warknął Lavelle.

Pierścienie z drogimi kamieniami zatańczyły, gdy zabębnił palcami o blat biurka. – Poślę po niego.

– Sami pójdziemy – odparłem.

– Żeby węszyć w moim domu? Niech i tak będzie. Ale zaraz potem pójdziecie precz. Nie macie prawa mnie nachodzić, a ja mam serdecznie dosyć tej wizyty.

Gdy wstawał i wychodził zza biurka, przypominał pływaka, który z ulgą wynurza się na powierzchnię morza. Wydał mi się także jakby mniejszy, zwłaszcza gdy stał obok tego gigantycznego biurka, a wrażenie to potęgowały jeszcze obleśne, zbyt ciasne odzienie oraz nadmiar biżuterii.

– Tędy! – rzucił rozkazująco, otwierając drzwi.

Podążyliśmy za nim jak pokorni petenci, którzy właśnie odbyli rozmowę w sprawie pracy i zostali przyjęci na służbę. Znowu przemierzyliśmy hol, tym razem jednak na schodach pojawiła się nowa postać: kobieta znacznie młodsza od Lavelle’a i, podobnie jak on, dość ekstrawagancko ubrana w karmazynowy jedwab, zbytnio opinający jej bujne kształty. Miała nagie ramiona oraz dekolt, którego rozmiar wzbudziłby sensację na ulicach Bostonu. Na szyi dźwigała kolię z diamentami – nie umiałem stwierdzić, czy prawdziwymi, czy sztucznymi.

– Scotchy, kim są ci panowie? – spytała. Miała akcent z Bronxu. Choć przystanęła dość daleko, czułem wyraźnie mydło i wodę lawendową.

– Nikim – warknął w odpowiedzi Lavelle, najwyraźniej zirytowany tym, że zdradziła imię, pod którym znałem go nie tylko ja, ale i wielu stróżów prawa w Ameryce.

– Czekałam na ciebie – poskarżyła się piskliwym głosem uczennicy, którą wbrew woli

zaciągnięto do klasy. – Mówiłeś, że wychodzimy...

– Przymknij jadaczkę i zobacz, czy cię nie ma w pokoju.

– Scotchy?

– Idź na górę i czekaj na mnie, Hen. Powiem ci, kiedy będę gotowy.

Złożywszy usta w ciup, kobieta zadarła suknię, zawróciła i biegiem wróciła na piętro.

– To pańska żona? – spytał Jones.

– Moja pomoc. A co panu do tego? Znalazłem ją w jakiejś podrzędnej knajpie

i zafundowałem podróż... Tędy.

Dotarliśmy do drzwi kuchni – przestronnego pomieszczenia, w którym zastaliśmy troje zapracowanych ludzi. Clayton w głębokim skupieniu polerował rozłożone na stole srebra.

Rudowłosy kuchenny, chudy i ospowaty typek w niczym nieprzypominający Perry’ego, siedział

w spiżarni i obierał warzywa. Kobieta o surowym obliczu i siwych włosach, okryta fartuchem, mieszała chochlą w garnku stojącym na ogniu – w całej izbie rozchodził się przyjemny zapach curry. Kuchnia lśniła czystością, nawet na podłodze wyłożonej czarnymi i białymi płytkami nie dostrzegłem śladu brudu. Za dwoma wielkimi oknami i przeszklonymi drzwiami widać było ogród, lecz choć do środka wpadało mnóstwo dziennego światła, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że trafiliśmy w mroczne miejsce. Podobnie jak w całym domu, i tu okna były zakratowane, a drzwi zamknięte na klucz. Bez trudu uwierzyłbym, gdyby mi powiedziano, że tych troje przebywa tu wbrew swojej woli.

Przerwali pracę, gdy przekroczyliśmy próg. Kuchenny zerwał się ze stołka. Lavelle stanął

w drzwiach, ledwie się w nich mieszcząc ze swymi szerokimi ramionami.

– Ci panowie chcą z wami porozmawiać – rzucił, najwyraźniej nie uważając, że potrzebne są obszerniejsze wyjaśnienia.

– Dziękuję, panie Lavelle – odrzekłem. – Wiemy, jak bardzo jest pan zajęty, więc nie będziemy pana zatrzymywać. Clayton nas odprowadzi, gdy skończymy.

Nasz gospodarz nie wyglądał na zachwyconego, ale oddalił się posłusznie. Choć Jones milczał, widziałem, że jest zaskoczony tym, jak potraktowałem Lavelle’a. Przyszło mi na myśl, że być może postąpiłem nieco pochopnie. Było to jednak także moje śledztwo i choć bardzo się liczyłem ze zdaniem inspektora, niewątpliwie miałem prawo wyraźnie zaznaczać swoją

obecność.

– Inspektor Athelney Jones – przedstawił się mój towarzysz. – Poszukuję niejakiego

Clarence’a Devereux. Czy to nazwisko coś wam mówi?

Nikt się nie odezwał.

– Wczoraj, krótko po czternastej, widziałem chłopca, który wszedł do tego domu. Podążałem za nim aż od Regent Street. Był ubrany w jasnoniebieski uniform, na głowie miał czako. Ścieżka, którą wybrał, prowadzi wprost do tych oto drzwi. Czy ktoś z was był tu, gdy przyszedł ów chłopak?

– Spędziłam tu całe popołudnie – wymamrotała kucharka. – Poza mną i Thomasem nie było tu nikogo.

Kuchenny skinął głową na potwierdzenie.

– Co pani tu robiła? – spytałem.

Spojrzała na mnie z oburzeniem.

– Gotowałam!

– Lunch czy kolację?

– Jedno i drugie!

– A co teraz pani gotuje?

– Państwo Lavelle wychodzą. To będzie podane wieczorem, a te warzywa – tu kucharka

skinęła głową w stronę Thomasa – dopiero jutro. A potem będziemy gotować na pojutrze, jeśli to pana ciekawi!

– Nikt tu nie wchodził – wtrącił Clayton. – Gdyby zadzwonił, wyszedłbym przecie do bramy, ale tu rzadko kto zagląda. Pan Lavelle nie zachęca ludzi do wizyt.

– Chłopak nie korzystał z frontowych drzwi – powiedziałem. – Musiał wejść tędy, od ogrodu.

– To niemożliwe – zaoponował Clayton. – Drzwi mamy zamknięte na klucz, z obu stron.

– Chętnie zobaczę.

– A to po co?

– Nie wydaje mi się, Clayton, żebyś tu był od zadawania pytań. Sprawa jest prosta: rób, co każę.

– Tak jest, sir.

Lokaj odłożył widelec, który właśnie pucował, i podszedł do monstrualnie wielkiej komody, ciągnącej się wzdłuż całej ściany. Na jej bocznej ściance wisiała deska z haczykami. Clayton wybrał w skupieniu jeden z wiszących tam kluczy, po czym otworzył nim drzwi do ogrodu – i tu zamek był wyjątkowo skomplikowanej budowy, co, jak się wydawało, czyniło dom jeszcze bezpieczniejszym schronieniem. Wyszliśmy we trzech – Jones, Clayton i ja – do ogrodu i ścieżką biegnącą łukiem między trawnikiem a rabatami pełnymi kwiatów ruszyliśmy w stronę

drewnianej furtki w murze. Podejrzewałem, że rośliny posadzili jeszcze poprzedni właściciele, grządki bowiem, dawniej schludne i symetryczne, były wyraźnie zaniedbane. Szedłem jako pierwszy, Clayton tuż za mną, a nieco w tyle kuśtykał Jones. W takim szyku dotarliśmy do furtki, którą uprzednio oglądaliśmy z drugiej strony. Prócz zamku systemu Chubba od środka

zabezpieczała ją metalowa zasuwa, zablokowana jeszcze jednym zamkiem. Ktokolwiek

spróbowałby sforsować mur górą, musiałby pokonać rząd ostrych kolców, przez dłuższą chwilę pozostając w polu widzenia lokatorów domu. Nikt też ostatnio nie próbował zeskoczyć z ogrodzenia – było wysokie, a na miękkim trawniku nie było żadnych śladów.

– Masz klucz do tego zamka? – spytał Jones, wskazując na metalową zasuwę.

– W domu – odparł Clayton. – Ale naprawdę nigdy nie używamy tej bramki, panie Jones, nawet jeśli obaj panowie twierdzą, że jest inaczej. Mieszkańcy tego domu bardzo się pilnują: nikt nie może tu wejść inną drogą niż frontowymi drzwiami, a klucze o każdej porze są

目录
设置
设置
阅读主题
字体风格
雅黑 宋体 楷书 卡通
字体大小
适中 偏大 超大
保存设置
恢复默认
手机
手机阅读
扫码获取链接,使用浏览器打开
书架同步,随时随地,手机阅读
首 页 < 上一章 章节列表 下一章 > 尾 页